Pociąg ruszył ze stacji „Sigue iguan” w Madrycie. Staromodna czarno-złota maszyna z każdą chwilą nabierała coraz większej prędkość. Pierwszego dnia września każde dziecko miało obowiązek udania się do szkoły, wyjątku nie stanowili czarodzieje. Młodzi ludzie, z bagażami poszukiwali wolnych miejsc w przedziałach. Trzy piękne dziewczyny odsłaniały kolejno drzwi, żeby zobaczyć, iż wszystkie miejsca są zajęte.
- Tu jest wolny cały przedział – powiedziała czarnowłosa, która otworzyła chyba setne drzwi, więc nie ma się, co dziwić, że odetchnęła z ulgą.
Przedział był mały, a zarazem przestronny. Znajdowała się tam piękna klepka, której światła rozmieszczone po kątach dodawały uroku. Zielone, miękkie siedzenia zostały zaprojektowane dla sześciu osób. Nad nimi znajdowały się szafki wbudowane w ścianę. Dzięki swym magicznym właściwościom można było w nich upakować dużą ilość bagażu nie zagracając przedziału. Dużą dawkę promieniowania słonecznego dostarczało wielkie okno zajmujące prawie całą ścianę. Jednak w razie upału można było je zasłonić drewnianą żaluzją w kolorze klepki. Pierwsza dziewczyna szybko włożyła nad siedzenia bagaże i bezwładnie opadła na siedzenie. Kuse białe spodenki oraz jedwabna wzorzysta bluzka świadczyły, iż dziewczyna lubi łączyć wygodę z elegancją. Śniada cera przykuwała uwagę. Zawdzięczała ją soczkom z marchewki i… uwarunkowaniom genetycznym. Za nią do przedziału weszły pozostałe dwie dziewczyny.
- Weź te nogi – odezwała się brązowowłosa uderzając przyjaciółkę w podeszwę białych balerinek.
Właścicielka butów otworzyła oczy by pokazać piwną tęczówkę.
- Gdzie je mam wziąć? – zapytała z ironią siadając tak, aby dziewczyna mogła spokojnie włożyć walizkę nad siedzenia.
- O nie wiem. Może na głowę? – zaproponowała blondynka, która cierpliwie czekała na swoją kolej do ulokowania bagażu.
Czarnowłosa zignorowała sugestię przyjaciółki i powróciła do poprzedniej czynności, czyli leżenia z zamkniętymi oczami, jednak tym razem nogi miała tak ułożone, by nikomu nie przeszkadzały.
- Efekt cieplarniany jest okropny – odezwała się w końcu czarnowłosa leżąc na prawie trzech siedzenia. - Jak ten upał przetrzymać? Kiedyś tak nie było…
- O! Weszło! – krzyknęła brązowowłosa najwyraźniej zadowolona z siebie, że udało jej się ręcznie załadować swoją walizkę nad siedzenia.
- Dea, ty mnie słuchasz? – odezwała się piwnooka.
- Nie – odpowiedziała szczerze Deatis i usiadła naprzeciw leżącej Carmen. – Nie za wygodnie ci?
- Nie.
Panna Deatis de Didero wpatrywała się w Carmen dziwiąc się zarazem, że Hiszpanka ma trudności z upałem. Przerwała rozmyślania nad prawdziwym powodem zmęczenia przyjaciółki, wygładziła białą lekką sukienkę, założyła nogę na nogę i zaczęła się wpatrywać w okno.
Ciszę przerwała blondynka, która uporała się z bagażem.
- Twój eliksir działający odżywczo na włosy jest wspaniały – odezwała się dziewczyna pokazując lśniące blond włosy.
Carmen oparła się na łokciach. Popatrzyła to na Deatis, to na Francessce, po czym znowu opadła na fotele.
- Wiem, że jestem geniuszem w sprawach eliksirów – powiedziała egoistycznie Carmen.
Nagle drzwi przedziału się otworzyły, a Carmen błyskawicznie usiadła wyprostowana z ułożonymi rękoma na kolanach. Wpatrywała się w najprzystojniejszego chłopaka, jakiego znała. Jego czarne włosy często opadały mu na czoło, co dodawało tylko uroku. Brązowe oczy wpatrywały się prosto w oczy Carmen. Dziewczyna czuła, że się rumieni. Patrzyła na niego jak zaczarowana. Kiedy się uśmiechał i pokazywał swoje urocze dołeczki, panna traciła głowę. Teraz stał w drzwiach jej przedziału zapewne szukając wolnych miejsc. Jego obcisły niebieski T-Shirt z jakimś motywem ukazywał jego pięknie wyrzeźbione ciało. Tak, cały Felipe Cortez. Zabawne… figlarnie poruszał ustami, tak jakby coś mówił.
- C-co? – wybąknęła Carmen dumna z siebie, że cokolwiek powiedziała do niego.
- Pytam się czy możemy tu usiąść – powtórzył uprzejmie opierając się o kant drzwi.
- Proszę – wtrąciła Deatis widząc, że Carmen gdzieś odpłynęła.
Chłopak przyprowadził za sobą swoich przyjaciół. Mermaid od razu ich rozpoznała. Czerwony T-Shirt należał zapewne do Javiera Casillasa, potocznie nazywanym „złotą rączką”. Jego spryt i pomysłowość nie raz ratowały jego przyjaciół z opresji. Jak na prawdziwego Hiszpana przystało posiadał czarne włosy i śniadą cerę. Czasami był wybuchowy. Mermaid przypomniała sobie, jak w zeszłym roku posłał do szpitala chłopaka, z którym się pojedynkował. Tak… bez wątpienia lepiej z takim człowiekiem nie zadzierać. Zna wszystkie tajne przejścia w szkole. Zanim się ktoś obejrzy, a już Javier stoi za nim. Drugi chłopak to Nico Torres. Carmen zna go z meczy quidditcha. Sławny szukający, łapie znicza w przeciągu 10 minut, chyba że dłużej chce się pobawić przeciwnikiem. Z całą pewnością można powiedzieć, że to urodzony sportowiec. Jako, że pochodzi z rodziny mugoli doskonale wie na czym polegają takie gry jak siatkówka plażowa, piłka nożna, a nawet surfing. Do czego zmierzam? Chłopak jest tak ceniony za swoje osiągnięcia, posiada ogromny autorytet wśród kolegów i koleżanek, że udało mu się zaszczepić te sporty, które byśmy nazwali mugolskimi, wśród swoich znajomych i nie tylko. Niejednokrotnie widuje się liczną grupkę czarodziei z deskami. Carmen sama tego doświadczyła. Jest osobą odpoczywającą biernie jednak pływanie w tunelu, kiedy zamyka się fala sprawiało jej ogromną satysfakcję. Wracając do Nico, nie trzeba znać tych wszystkich historii by wiedzieć, że chłopak lubi sport. Wystarczy na niego spojrzeć. Biała, zwiewna koszula nie do końca dopięta odsłaniała klatkę piersiową, której tak wiele osób mu zazdrości, a dal której dziewczyny traciły rozum.
- ¡Hola Carmen! – powiedział Nico siadając obok niej. – Jak wakacje?
- Nie wszyscy znają wszystkie imiona osób w szkole – wtrącił Javier akcentując słowo „wszystkie”.
- Jak to nie? Wszyscy je znają. To jest Deatis de Didero, Francessca Miramontes – mówił Nico kolejno pokazując osoby.
- A… - powiedział Felipe - to z tymi uroczymi damami biegasz co dzień rano?
- Tak, z nimi – potwierdził Nico.
- To może się do was przyłączę? – zaproponował señor Cortez patrząc w zielone oczy Deatis.
Carmen mimowolnie poczuła uczucie zazdrości. No jak on śmiał nie patrzeć na nią?! Jeszcze do tego zalecał się do jej przyjaciółki!
- Yhm… yhm – odchrząknęła Carmen by zwrócić na siebie uwagę.
- No tak, a to jest Carmen Mermaid – powiedział Nico wskazując na nią ręką.
Javier przyjrzał się jej uważnie, zmierzył wzrokiem od góry do dołu po czym powiedział:
- Ciebie to chyba pierwszy raz widzę – stwierdził zastanawiając się czy przypadkiem nie przeniosła się z jakiejś innej szkoły. - Z czego jesteś znana? Masz jakiś talent?
- W piętnaście sekund potrafię uwarzyć eliksir, który uśmierci cię w niecałe dwie minuty – odpowiedziała posępnie Carmen opierając głowę na ręce.
W tej chwili żałowała, że chłopcy weszli do jej przedziału. Pan Cortez będzie zalecać się do Deatis! Przecież to na nią miał spojrzeć, Carmen tak się stara, a on nic. Nikt o niej nie wspomni. Nagle poczuła się dziwnie malutka.
- Carmen ma specyficzne poczucie humoru – powiedziała Deatis widząc oburzenie Casillasa.
- Fascynujące – odpowiedział bez przekonania.
Nastało milczenie. Chłopcy się uśmiechali, a dziewczyny odwzajemniały ich uśmiechy, prócz jednej… prócz Carmen, której wcale nie było do śmiechu. Była tak wściekła na Felipe, że myślała, iż tam wszystkich mężczyzn rozszarpie na strzępy (i guzik ją obchodził fakt, że Nico i Javier byli niewinni). Drzwi do przedziału ponownie się otworzyły i stanął w nich kolejny chłopak. Była to chodząca porażka Carmen. Za każdym razem, gdy widziała twarz tego chłopca, przypominała sobie jak eliksir miłości wypił on zamiast Felipe. Minął już rok, a zmora nadal za nią łaziła i nic nie wskazuje na to by miała zamiar przestać. Stoi jak ten palant wykrzywiając usta gotowe do pocałunku.
- Czy dziś jest mój szczęśliwy dzień? – zapytał David Villa.
- Nie wiem czy szczęśliwy, ale ostatni – szepnęła do siebie Carmen, po czym wstała i udała się w kierunku drzwi.
Deatis dobrze znała te piwne oczy, gdyby mogły to by uśmierciły Davida na miejscu. Szybkim krokiem udała się, więc w kierunku Carmen.
- Czekaj, idę z tobą – krzyknęła i wyszła z przedziału, mijając karcące spojrzenie blondynki.
- Gdzie one poszły? – zapytał Felipe pozostawioną samą sobie dziewczynę, w towarzystwie trzech uroczych chłopaków.
- Carmen zapewne zamierza skończyć problem pt. ”natręt”, a Deatis planuje uratować tyłek Davidowi – odpowiedziała spoglądając w okno. – Patrzcie jaki cudny wodospad. Mam do niego sentyment – powiedziała przysiadając się bliżej szyby. – Dzisiaj ma bardziej mętną wodę, zapewne gobliny wreszcie się umyły.
Chłopcy spojrzeli po sobie rozumiejąc, że myślą o tym samym.
- Możemy wrócić do wątku Carmen vs. David? – zaproponował Felipe, którego bardziej obchodziła porywczość dziewczyny, niż jakiś wodospad zanieczyszczony sami-wiecie-czym przez gobliny.
- A co tu wracać? Po prostu wypił eliksir miłości cioci Carmen – podała oficjalną wersję przyjaciółki Francessca. – Od tamtej pory ugania się za nią, co jest irytujące.
- No ale co ona mu może? – zaśmiał się Javier. - Jest za słaba by mu przywalić.
- Widzisz to? – zapytała Francessca trzymając w ręku różdżkę.
- Kotku, ale trzeba umieć tego używać – odpowiedział z ironicznym uśmiechem Javier.
- A skąd pewność, że nie umie? – zapytała Francessca z takim samym uśmiechem.
- Bo nie widziałem by się zgłaszała do konkursu pojedynków – odrzekł.
- Kotku, Senorita Veneno
1 nie używa różdżki do pojedynku, tylko do przywoływania eliksirów – powiedziała blondynka gładząc Javiera po policzku.
Wiadomość o przydomku Carmen, widocznie chłopaków zaskoczyła. To jest właśnie ten moment, kiedy to cofamy się w czasie, aby poznać historię nazwy „Senorita Veneno”. Dwa lata wcześniej, kiedy to Mermaid była w czwartej klasie, na lekcji eliksirów przyrządzano trucizny. Jako jedynej udało się jej wykonać zadanie poprawnie. Nauczyciel będący pod wrażeniem, zaczął, co lekcję zwiększać poprzeczkę. Carmen musiała zmierzyć się z coraz trudniejszymi miksturami. Wszystkie wykonała poprawnie. Profesor Morientes zachwalał jej talent we wszystkich klasach, w których uczył. Z powodu, że nie umiała wykonać najprostszej odtrutki oraz eliksiru pomocy nazwano ją Senorita Veneno, być może z lekką ironią. Od tamtej pory dziewczyna postanowiła nie obwieszczać światu swojego talentu w dziedzinie czarodziejskich płynów. Wracając do rzeczywistości. Z korytarza dochodziły przeraźliwe krzyki. Duży huk (najwyraźniej ktoś na coś wpadł). Kilka osób przebiegło obok przedziału naszych bohaterów. Trzaskanie drzwiami, pisk, panika… myślicie, że takie słowa wystarczą do opisania reakcji na pojawienie się groźnego smoka?
- SMOK! – ktoś krzyknął uciekając przed ogniem. – Norweski SMOK! Uciekajmy!
Drzwi przedziału otworzyły się. Stanęła w nich Carmen trzymając na rękach smoka. Chłopcy zastygli w przerażeniu. W prawdzie nie pierwszy raz widzą smoka, jednak perspektywa, że to Carmen go trzyma wydała im się mniej bezpieczna nić lekcje w wykonaniu szalonego nauczyciela od Magicznych Zwierząt. Za Carmen podążała Deatis machając różdżka na lewo i prawo naprawiając wszystko, co zwierzak zniszczył.
- O… moje biedactwo ma czkawkę? – zapytała Francessca biorąc na ręce smoka. – Spokojnie ciocia Carmen zaraz poda eliksir.
Smok w rzeczywistości miał gdzieś ok. sześćdziesięciu cm, piękną czerwoną skórę z plamką na lewej łapie. Jego wielkie zielone oczka tak niewinnie patrzyły na swoją właścicielkę. Od czasu podskakiwał do góry wydając przy tym lekki ogień. Deatis jako wyćwiczona czarownica w zaklęciach naprawiających szkody, bez najmniejszego wysiłku przywracała do poprzedniego stanu podpalone zasłony.
- C-co to jest? – zapytał Felipe wciskając się w fotel by być jak najdalej od zwierzęcia.
- Smok? – zapytała Deatis z ironią w głosie.
- To jest SMOK?! – krzyknął Javier.
- Nie, wielkolud z jednym okiem! – wtrąciła Carmen, podając smoczkowi butelkę z eliksirem.
- Możecie go posłać tam skąd go wzięłyście? – zaproponował Javier
- Uważaj, bo zaraz ciebie poślemy tam skąd przyszedłeś – warknęła Carmen.
- Dlaczego go tutaj przyniosłyście jeśli możemy wiedzieć? – zapytał Felipe najdelikatniej jak umiał, by nie wywoływać burzy w szklance wody.
- Ponieważ, spalił prawie cały ostatni wagon – odpowiedziała Dea ziewając. – Potrzebny był mu eliksir.
- Co? Nie udało ci się dopaść Davida – powiedziała Francessca zwracając się do Carmen kołysząc lekko swoim zwierzakiem.
- Powiedzmy, że lepiej oszczędzić tego łapserdaka, niż natknąć się na profesora Mermaid – wtrąciła Deatis z uśmiechem.
Dalsza podróż minęła nieco w spokojniejszych warunkach. Smok po kołysance zaśpiewanej przez blondynkę natychmiast zasną. Carmen przestała się na wszystkich dąsać, bo skoro chce zdobyć serce Felipe to dobrze mieć sprzymierzeńców u jego przyjaciół.
*
Pociąg wypełnił się dźwiękiem dzwonka obwieszczającego, że pojazd zaraz dotrze na miejsce. Ubrani w stroje szkolne wyszli na peron. Dziewczyny nosiły białe bluzki z krótkim rękawem. Do tego krawat, w skośne paski w dwóch odcieniach szarego. Do wyboru miały, czarne krótkie spódniczki lub spodenki. Chłopcy natomiast nie mieli wyboru. Białe koszule z krótkim rękawkiem, czarne długie spodnie i do całego ubioru zakładali taki sam krawat, co dziewczyny tylko w odcieniu krwistej czerwieni. Deatis, Francessca i Carmen stały przed tabliczką „Almeria”, a zaraz za nią znajdował się portal. Przeszły przez wejście uwite z zarośli i znalazły się w wielkim korytarzu. Po lewej stronie znajdowały się ciężkie drewniane drzwi z srebrnym okuciem. Przekraczając próg nasze bohaterki znalazły się w Sali, gdzie odbywało się uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego. Pomieszczenie było ogromne. Wszerz było ustawionych dziewięć rzędów, każdy zawierał osiem stołów mieszczących po dwadzieścia osób każdy. Wszystko było tak zorganizowane, by można było szybko dotrzeć do swojego miejsca. Teraz wytłumaczę zagadkę ustawienia. Na samym końcu znajdowało się lekkie podwyższenie, a na nim długi stół nauczycieli. Najbliżej nich znajdowali się pierwszoroczni, za nimi drugoroczni i tak do ósmego roku. Każdy stół to inny oddział. Od lewej strony (mówiąc z perspektywy osoby stojącej przodem do uczniów) zaczynał się oddział A i kończył oddziałem H (czyt. hache). Wszystkie stoły wyglądały jednakowo. Drewniane z białymi obrusami. Na samy środku stały lilie mieniące się srebrem i czerwienią. Przez całą długość stołu, co jakiś czas były zawieszone w powietrzu szare świeczki, dające wspaniałe oświetlenie. Starannie zastawiono porcelanową zastawę z motywem czerwonego smoka, srebrne sztućce położone zostały na czerwonych haftowanych serwetkach. Na każdym talerzu ustawiono małą karteczkę z imieniem i nazwiskiem ucznia. Carmen zajęła miejsce w zaszczytnym szóstym rzędzie, w oddziale H, tak że była zwrócona przodem do nauczycieli. Dopiero teraz mogła rozejrzeć się jak w tym roku ustroili pomieszczenie. Na samej górze były umieszczone okna, przez które wpadały promienie słoneczne, jednak to nie one były głównym źródłem światła. Sufit wypełniały miliony maleńkich świecących kuleczek, które odbijały się od siebie. Po ścianach spływała krystaliczna, zimna woda. Była tak zaczarowana, aby nie topiła pomieszczenia. Dzięki niej w sali znajdowało się świeże powietrze, oraz chłodna bryza, która w takich gorących dniach jak te była zbawieniem. Za spływającą wodą można było dostrzec obrazy dyrektorów szkoły. Wszystkie oprawione w srebrne ramy z wielkim podpisem oraz latami panowania. Spoglądając na podłogę miało się wrażenie, że ona porusza się w rytmie morskich fal, jednak było to tylko złudzenie. Kiedy ostatnia osoba znalazła się w pomieszczeniu, wejście uformowane z zarośli błyskawicznie się zamkło i znikło. Z krzesła stojącego na środku podestu podniosła się kobieta o typowej azjatyckiej urodzie. Ubrana w suknię w stylu „Napoleon i ja”, położyła kilka kartek na pulpicie i przemówiła:
- Witam wszystkich bardzo serdecznie już po raz dwudziesty – zaczęła rozglądając się po swoich uczniach. – Nazywam się Rosa Alonso i jestem dyrektorem tej szkoły. Postaram się streszczać, wiem, że wszyscy są zmęczeni. Tak więc krótka informacja organizacyjna dla pierwszaków. Po uczcie odbędzie się oficjalne przedstawienie nauczycieli oraz zasad panujących w Szkole Iigameses. Z tej okazji, że może to potrwać do późnych godzin nocnych, jutro jesteście zwolnieni z zajęć lekcyjnych, ale od wtorku bierzecie się do pracy – uśmiechnęła się łagodnie. - Następna informacja. Cisza nocna zaczyna się o 22:30. Po tej godzinie proszę nie wychodzić z dormitoriów, chyba, że chcecie zarobić szlaban.
- A jednak klub uczniowski wydusił pół godziny więcej – powiedziała Carmen robiąc ze swojej kartki lwa.
- Taa… - odpowiedziała ponuro siedząca obok Deatis. – Mogliby zamiast tych trzydziestu minut zdjąć zaklęcie.
Nagle Carmen poczuła, że coś uderzyło ją w tył głowy. Podniosła kartkę z podłogi i przeczytała:
Dopisz swoje trzy słowa. Tworzymy opowiadanie o naszej szkole:
Dawno, dawno temu
Tak dawno, że
Pamięta to tylko
Nasza kochana dyrektorka
Do szkoły zawitał
Trójnogi goblin prosząc
O jałmużnę na
Bardzo Szczytny cel
Nasza kochana dyrektorka
Będąc ostoją spokoju
I wyrozumiałości powiedziała
Masz tu parę groszy
Goblin zdjął z
siebie ubrania i
okazało się, że
to inspektor od
praw ucznia
TO NIE SĄ TRZY SŁOWA!
Matematyczka się odezwała, a Ty to ile napisała co?!
Wracając do tematu
Goblin zamknął kilku
Nieznośnych nauczycieli w
Schowku na miotły
Aby sami zobaczyli
Jak miło się
Tam siedzi po
Dwunastej w nocy.
PRZECIEŻ ONI ZAMYKAJĄ NAS po osiemnastej.
No to co?
To jest tu nieścisłość w obliczeniach.
Następny matematyk!
CICHO! Goblin poszedł…
Ale po dwunastej będzie się im gorzej siedziało.
Debilu możesz mi kartki nie wyrywać?!
Ale szlaban za ciszę nocną zaczyna się o 18:00!!!!
Carmen patrzyła się z szerokim uśmiechem w kartkę. Odwróciła się do siódmoklasistów i zobaczyła czterech chłopców i jedną dziewczynę. ½ klubu uczniowskiego występującego w obronie praw ucznia. Od dawna namawiali do buntu przeciwko karom cielesnym, zamykaniu w różnych dziwnych miejscach i wszystkiemu co rozczochrane profesorów wymyśliły. Ich motto życiowe: Dyscyplinie mówimy NIE! Teraz cała piątka rozgląda się po bokach, zasłaniając się kwiatkami, talerzami i tym, co mają pod ręką byle nie spotkać się ze wzrokiem Carmen. Mermaid pokiwała głową, zgniotła kartkę i rzuciła, w któregoś chłopaka.
- Następnie – ciągnęła dalej pani dyrektor. – harmonogram meczy quidditcha zostanie wywieszony tu na drzwiach. Zapraszam do oglądania i kibicowania. Pan profesor Mermaid pragnie, aby osoby chętne do między klasowych pojedynków zapisały się do 29 września. Jeden miesiąc należy do jednego rocznika. Klasy pierwsze i drugie nie mogą brać udziału w tego typu zawodach. Ostatnia informacja. Nasza szkoła dostała wiele propozycji konkursów przedmiotowych. Więcej informacji u nauczycieli od danych przedmiotów. Koniec na dzisiaj. Życzę smacznego – powiedziała, odwróciła się na pięcie i wróciła na swoje miejsce.
Do Sali weszło około trzystu skrzatów niosących ciepłe potrawy, desery i napoje. Każdemu poprawił się zaraz humor, gdy zobaczył tak wiele pysznych dań. W mig w pomieszczeniu zrobił się gwar. Każdy mocno gestykulował i prawie krzyczał do swojego sąsiada. Carmen od razu sięgnęła po swoje ulubione gazpacho
2. Zaczęła rozglądać się za Señor Cortez. Siedział wśród swoich przyjaciół, stół obok (w oddziale G) i zajadał się pysznym empanadillas
3. Mogłaby patrzeć na niego tak cały czas, ale Deatis zasygnalizowała iż uczta dobiegła końca. Przyjaciółki wstały od stołu i udały się do swojego pokoju. Musiały wejść na szóste piętro i iść na sam koniec korytarza. Wszystkie były tak zmęczone, że ledwo doszły do ściany z tajemnym przejściem. Carmen położyła rękę na śliskim kamieniu i otworzyła wejście.
- Co jutro mamy pierwsze? – zapytała Deatis wchodząc do salonu i otwierając okno.
- Hmm… - zaczęła Carmen przyglądając się magicznej tablicy zawieszonej na ścianie. – Wychodzi na to, że zielarstwo.
- Za jakie grzechy? – krzyknęła Francessca z drugiego pokoju.
- Oj cicho! – warknęła Deatis. – Jaki ten dzień był męczący… idę zaraz spać.
- Czy ty nas szantażujesz? – zapytała z uśmiechem Carmen.
Dea nic nie odpowiedziała, wzięła swoje ubrania i poszła do łazienki, potem Carmen i na końcu Francessca. Cała trójka w błyskawicznym tempie znalazła się w pidżamach. Bezwładnie opadły na łóżko i zasnęły prócz jednej… prócz Carmen. Dziewczyna leżała na łóżku wpatrując się w sufit. Zastanawiała się co było i co będzie. Czy jej wujek przestanie ją uczyć i stosować na niej ligilimencję? Jak powiedzieć ojcu, że ona wcale nie chce przejąć rodzinnego interesu w wyrabianiu mioteł, tylko woli zająć się pisaniem książki na temat eliksirów. Jak pozbyć się tego idioty Davida? Czy Felipe w końcu ją zauważy? Ona nie może czekać w nieskończoność. Z dnia na dzień staje się coraz starsza, aż końcu będzie przypominać swoją babcię. Czy to wszystko jakoś się ułoży, czy osiągnie w życiu jakiś cel? Czy marzenia się spełnią?
- Jestem Lady Carmen i oto moja historia – szepnęła i zamknęła oczy.
1 Senorita Veneno – Panna Trucizna;
2 gazpacho - chłodnik warzywny;
3 empanadillas - pierożki smażone na oleju z nadzieniem z ryb, pomidorów lub mięsa;
Tą notkę dedykuję

. To wszystko zaczęło się od Ciebie. Zawsze komentowałaś mi notki wspierając mnie duchem. To Ty zmobilizowałaś mnie by przejść do blog4u.pl z onet.pl To Ty mi tłumaczyłaś podstawy obsługi, co jak i z czym się je. Zawsze mogę się Ciebie o coś poradzić, a ty będziesz za wszelką cenę starała się rozwiązać problem. Twój optymizm i humor daje siłę do pokonywania przeciwności życia codziennego. Gracias Ci za to, że mnie nie okłamujesz, że nie nadużywasz mojego zaufania, jak Cię o coś poproszę to Ty to spełnisz. Mucas Gracias, że jesteś.
Wszystkich chętnych do powiadamiania zapraszam do księgi zapisów. Jeśli ktoś napisze zgłoszenie w komentarzu to owszem, może powiadomię, ale nie kiedy mogę zapomnieć. Aby usprawnić powiadamianie proszę o wpisanie się do księgi. Uff... skończyłam. A tak co do noty, wydaje mi się, że druga część poszła słabiej stylistycznie...