|
III Dramat romantyczny
|
|
Señor Mermaid, ubrany w czarny garnitur z białą koszulą, nerwowo krążył po pokoju, od czasu do czasu spoglądając na swoją córkę siedzącą samotnie na kanapie dyrektorki. Nigdy wcześniej nie miał problemów wychowawczych, tak więc teraz nie wiedział czemu wezwano go do szkoły. Carmen milczała, co doprowadzało go do coraz większej furii. Matka Mermaid była nieco spokojniejsza od męża. Patrzyła przez okno na szkolny plac. Pierwszy raz była w tej szkole toteż uczucie podekscytowania nowym miejscem, przyćmiło obawę o wybryk córki. Cała rodzina czekała na dyrektorkę, która zjawiła się dopiero po dobrych piętnastu minutach. Na samym początku przeprosiła za spóźnienie, a potem kazała usiąść wszystkim naprzeciw siebie. - Tak, więc seniorita Mermaid obwieściła dlaczego państwa wezwałam? – zapytała Rosa Alonso patrząc swoimi skośnymi oczami to na Stefano, to na Ellen. – Mniemam, że nie – odpowiedziała widząc zdziwione miny rodziców. – Carmen nie tak dawno urządziła sobie festiwal piosenki i tańca w Wielkiej Sali. Wspólnie z bliskimi mi pracownikami ustaliliśmy, że państwa córka musiała zażyć jakiś nielegalny eliksir. A to, jak przynajmniej pan wie – i tu spojrzała na ojca Carmen, - jest zakazane w naszej placówce. Dziewczyna musi ponieść konsekwencje. - Tak, tak… naturalnie – przytaknął Stefano zastanawiając się jaką to karę pani dyrektor zada jego dziecku. - Przez miesiąc będzie pomagała w kuchni – powiedziała kobieta. - Zaczyna od jutra. A tutaj mają państwo listę strat materialnych. Termin płatności dwa tygodnie. To wszystko, dziękuję, do widzenia – odpowiedziała Rosa, dając do zrozumienia, że państwo Mermaid powinni opuścić już jej gabinet. - ¡Hasta luego!10 - odpowiedział Stefano całując dyrektorkę w dłoń. - Miło było panią poznać, do widzenia – dodała Seniora Mermaid. - Tak, tak… no zmykajcie już – powiedziała Azjatka machając przy tym dłońmi tak, jakby chciała gości wymieść za próg. Nie minęła minuta, a cała rodzina znalazła się na korytarzu. Była godzina dziewiąta, od czasu do czasu spotykali jakiś uczniów, którzy z zaciekawieniem przyglądali się rodzicom dziewczyny. Carmen wiedziała, że teraz będzie najgorsze. Przygotowywała się na to psychicznie kilka dni, układała sobie w głowie co powie, jednak jak to w takich sytuacjach bywa, wszystkie plany wzięły w łeb. Zauważyła, że zamiast udać się w kierunku wyjścia, ojciec zaczyna wchodzić po schodach. - Mamá… gdzie tata idzie? – zapytała, a serce tak szybko jej biło, jakby przygotowywało się do maratonu. - Idziemy do wuja. - Gdzie?! – krzyknęła młoda czarownica. - Carmen, chcę cię widzieć z przodu – odezwał się głos z pierwszego piętra i dziewczyna pobiegła do ojca. Po chwili cała trójka znalazła się na czwartym piętrze przed drzwiami profesora Mermaid. Wuj na widok swojego brata bardzo się ucieszył. Serdecznie się uścisnęli, po czym temat zszedł na… Carmen. Dziewczyna za wszelką cenę starała się zamknąć umysł. Rękę z różdżką trzymała za plecami. Była przygotowana na najgorsze, jednak nic takiego nie nastąpiło. Wuj był całkowicie pochłonięty rozmową z bratem. W duchu przeklinała przespane lekcje baskijskiego11. Nie rozumiała nic, była pewna tylko tego, że tak miało być. Starała się jak najwięcej słów zapamiętać, mogła je potem przecież odszukać w słowniku. Kiedy wuj spostrzegł, że ich zawzięcie słucha odesłał ją na lekcje. Dowiedziała się też, że dyskusja o jej szkolnych wybrykach rozpocznie się na rodzinnym obiedzie w najbliższą sobotę. Nie wróżyło to nic dobrego. Nawet przyjacielskie klepnięcie w ramię przez matkę nie było w stanie zdusić niepokoju w sercu Carmen. Dziewczyna udała się na plażę, z tego co mówiła Deatis wywnioskowała, że właśnie tam mają badać morskie stworzenia. Idąc do przyjaciół cały czas powtarzała w myśli słowa. Była tą czynnością tak zajęta, że źle postawiła nogę i obsunęła się ze stoku. Sturlała się pod same nogi swojej nauczycielki. Markiza Gramosde popatrzyła złowrogo na swoją uczennicę. Carmen miała wrażenie, że znów wróci do gabinetu dyrektorki, jednak ta kazała jej dojść do Frans i Dee, które jej „wszystko wyjaśnią”. Dziewczyna mruknęła ciche „¡Hola!” poczym usiadła na piasku, wyciągnęła zeszyt i zaczęła pisać słowa, które usłyszała. - Co to? – zapytała Deatis zaglądając Carmen przez ramię. - Nic… - burknęła - Carmen, dobrze wiem, że baskijski nigdy nie był twoją mocną stroną mimo… - Nic, powiedziałam – odrzekła Carmen tonem, który zachęcił Dee do dyskusji. - Uważasz, że to dobry pomysł, aby każdy region miał swój język? - Nie wiem… - odpowiedziała brązowowłosa ucinając rozmowę – „Gizona etorri da 12” chyba jakoś tak było… - mówiła do siebie. - No Carmen! – odezwała się Francessca – Chce ci się uczyć wszystkich języków istniejących w Hiszpanii? - Nie muszę się uczyć wszystkich. Wystarczy, że znam oficjalny… - odpowiedziała Mermaid pisząc to coraz bardziej poplątane słowa. - Tak? A kto tu ostatnio narzekał, że jak pojechał do San Sebastian to się dogadać z facetem nie mógł. - Bo był starej daty, a poza tym był dziwny i w ogóle – zaczęła usprawiedliwiać się Carmen. - Tia… - odezwała się Francessca. – Weźmy ten twój walencki… Mermaid przerwała pisanie i popatrzyła na przyjaciółkę. - Co ci nie pasuje? – zapytała groźnie czarnowłosa. - Nic… - odpowiedziała blondynka - po prostu chcę powiedzieć, że Walencja to dziwny region. Niedługo ogłoszą swojego króla, zobaczysz! - Nie moja wina, że uważają się za inną grupę społeczną, a zresztą w Walencji zawsze się coś dzieje. A to wyścigi formuły1… - zaczęła Carmen, która przez dyskusję zapomniała większości słów. - Czego? – spojrzała z zaciekawieniem Dee. - Eee… nie ważne. Stamtąd wywodzi się święto „LA TOMATINA” 13 - poinformowała Carmen. - Nie z Walencji, tylko z Buñol – poprawiła Miramontes. – Wiem, bo czytałam o tym… - Wielka mi różnica paru kilometrów – powiedziała Mermaid. - Moim zdaniem powinni wszystko ujednolicić – ujawniła swoje stanowisko piękna Deatis. - W takim razie, który język wybrać, aby nikt nie miał pretensji? – zapytała Carmen. - Nie wiem… - odrzekła brązowowłosa. - Każdy coś po swojemu i gitara gra - podsumowała Francessca. - … de Didero – odezwał się głos nauczycielki a wszystkie oczy zwróciły się ku Deatis. - Pardon? – odezwała się cicho Dee. - Pokaż jak należycie trzeba się obchodzić ze Stalanami14. Carmen z zaciekawieniem patrzyła na morskie istoty. Ta, która przypadła w udziale Deatis miała łuski w kolorze mieniącej się zieleni, ogonek i cztery łapki. Carmen przypominało to zwierzaka tego słynnego czarodzieja ze Szkocji. Mugol nazwał by to stworzenie potworem z Loch Ness. - Opowiadaj… - zaczęła nauczycielka wpatrując się uważnie w Deatis. - Biedna Dee… ta wariatka chyba nigdy nie da jej spokoju – powiedziała Carmen rozwiązując krawat i rozpinając trochę koszulę, ponieważ było jej trochę za gorąco. * - Carmen! Wstawaj! – odezwał się znajomy głos na co dziewczyna zareagowała przewróceniem na drugi bok. - Na trzy. Raz… dwa… - AAA… - krzyknęła Mermaid i zerwała się na równe nogi. Stojąc mokra okręciła się prześcieradłem. Popatrzyła na swoich oprawców. - ¡Hola Nico! – odezwała się z nietęgą miną. – A ty z czego się tak cieszysz?! – powiedziała zwracając się do Deatis trzymającą puste wiadro. Która godzina? - Piata trzydzieści – odezwała się Francessca, która wiązała krawat przed lustrem. - Toż to przecie środek nocy – odpowiedziała Carmen naśladując swoją dyrektorkę, po czym usiadła na łóżku. - Nie przesadzaj, o wpół do siódmej zaczynasz karę, więc masz tylko godzinę – powiedziała Deatis wpychając przyjaciółkę do łazienki. – Chodźcie, ona niech się spokojnie wyszykuje. Rzeczą, której nienawidziła Mermaid było natychmiastowe zrywanie się z łóżka. Gdyby obudziła się o piątej i wstała o szóstej byłaby wiele bardziej wypoczęta niżby obudziła się i wstała o tej przykładowej szóstej. Uwielbiała, wręcz ubóstwiała poranne leżenie na łóżku. Kiedy się ubierała w sypialni do drzwi zaczął ktoś pukać. - Wyrażam szacunek dla twojej prywatności pukając - odezwał się głos zza drzwi, który mówił bardzo szybko, jakby ktoś go gonił, - ale jednocześnie podkreślam autorytet przyjaciela wchodząc tak czy siak!15 Carmen przed nosem przeleciały tylko wywarzone drzwi. - Witaj Felipe – odpowiedziała nadal wiążąc krawat; wyglądała jakby wyłamane drzwi i połamana komoda nie sprawiały na niej największego wrażenia. - Już się ubrałaś? – zapytał chłopak z nutą żalu w głosie. - Gdybyś nie gadał tej regułki przed drzwiami, to byś jeszcze coś zobaczył a tak – spojrzała na niego pełna energii i siły do działania – za gapowe się płaci. Napraw je… - Ale po co? Zobacz tak jest lepiej. Jest wentylacja, znikła obawa, że się zatrzaśniesz w pokoju… - Naprawiaj… - powiedziała spoglądając groźnie na Felipe. - Bien. 16 - odpowiedział rozkazując różdżką, a by drzwi wróciły na miejsce w nienaruszonym stanie, jednak wzrok miał ciągle utkwiony w Carmen. – Jak ty wiążesz ten krawat?! - Normalnie. - Daj to, bo widzę, że nie umiesz… - odpowiedział z uśmiechem. - Umiem! Zostaw… - powiedziała seniorita, kiedy chłopak zaczął rozwiązać jej supełek. – Mój krawat, moja szyja, moje wiązanie! - Twój krawat, twoja szyja, moje wiązanie i koniec kropka. Czy to nie David Villa za oknem na miotle? - Co? - zapytała Carmen automatycznie odwracając głowę w kierunku okna. - Ej… jak mogłeś – powiedziała, kiedy przekonała się, że nikogo nie ma. - Jak dziecko… jak dziecko – skwitował z uśmiechem Felipe. – I gotowe – odpowiedział, kiedy to na szyi Carmen zawisł elegancko zawiązany krawat. - I tak będę wiązała po swojemu. - To ja ci będę go ciągle poprawiał – odpowiedział młody Cortez, po czym pocałował Carmen w policzek. – Na razie – i wyszedł. Dziewczyna przez moment nie mogła wymówić nic innego niż „ach”. Potem sobie uświadomiła, że wpatruje się w jakiś napis na drzwiach. - Napiszesz mi wypracowanie z eliksirów… – przeczytała na głos. Dopiero po paru sekundach dotarł do niej sens słów. Już wcześniej postanowiła, że nie będzie niczyją służącą, a teraz miała okazję do wyjawienia tego stwierdzenia światu. Niewiele myśląc chwyciła różdżkę i wyważyła drzwi. Felipe przypadkiem stał na linii strzału i dzięki swojemu refleksowi w porę uskoczył w bok. - Mówiłem by tych drzwi nie wstawiać – powiedział. - Ty lizusie! – krzyknęła Mermaid w progu. - Co wy robiliście? – zaciekawił się nagle Nico. - Odpowiedź brzmi nie – powiedziała Carmen kładąc nacisk na słowo „nie”. - Ale czy trzeba się tak denerwować? – odpowiedział z uśmiechem. - Tak trzeba! – odpowiedziała, a po chwili wydała jej się ta odpowiedź idiotyczna. - Carmen… - zaczął, ale przerwała mu Deatis. - Szlaban raz! No już, już… w podskokach. * Seniorita Mermaid udała się do Wielkiej Sali na samym końcu znalazła małe drzwiczki. Przechodząc przez nie znalazła się w długim szerokim korytarzu z marmuru. Na samym końcu znajdowała się kuchnia. Kiedy tam weszła zaniemówiła. Pomieszczenie było ogromne. Z milion skrzatów pracowało tak perfekcyjnie, że Carmen przez chwilę pomyślała, iż to roboty. Wzrokiem odszukała kierownika. Była to mała skrzatka ubrana w białą jedwabną sukieneczkę, która w ręku trzymała tablicę z listą rzeczy do zrobienia. Carmen usiadła przy stole, gdzie czekała na dalsze instrukcje. Miała chwilę na przetrawienie całej sytuacji. Felipe… raz dziewczyna go kochała, a raz nienawidziła. W tej chwili chciała się do niego przytulić. Wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby ją kochał… Mermaid rozglądała się na boki. Zauważyła wielką tablicę, nie myśląc wiele podeszła do niej. Był to plan Wielkiej Sali, wszędzie były podpisy kto gdzie siedzi. Szybko odnalazła swoje nazwisko. Nieświadomie dotknęła nazwy „Mermaid”. Plansza momentalnie się zmieniła. Pojawiło się jej zdjęcie i… gusta kulinarne. Carmen zaniemówiła na chwilkę. O jej smaku wiedzieli chyba więcej niż ona sama. Nacisnęła „dania główne” i wyświetliło się 128 propozycji posiłków. Wszystko zdrowe do przesady. Klikając na jakąś nazwę wyświetlał się przepis i wartość kaloryczna. Tak, Carmen liczyła kalorie. Panicznie bała się starości, a sądziła że złe odżywianie szybciej do niej doprowadzi. Szybko wyszła ze swojego profilu i zobaczyła w czym gustuje Felipe. Najbardziej zaciekawiła ją nazwa desery. U niej wszystko bazowało na warzywach, a u niego na pierwszej pozycji znalazło się ciasto z biszkoptem nasączonym alkoholem, przekładany kremem i to wszystko polane dużą ilością czekolady. - Tu jest zakres twoich obowiązków – odezwała się skrzatka podając dziewczynie kartkę. - Mam pilnować aby stół 2H był obsłużony tak? – zapytała Mermaid, po tym jak wzrokiem przebiegła po liście. - Tak, dokładnie – potwierdziła kierowniczka. - A… mogłabym obsługiwać sama jedną osobę? - Którą? – zapytała skrzatka, jednak kiedy spojrzała na tablicę wszystkie inne pytania były zbędne. – Dobrze, przynajmniej nikt mi się nie będzie pod nogami plątał. * Przez najbliższe trzy dni seniorita Mermaid gotowała tylko dla Corteza. Oglądanie, jak nieświadomie je to co mu przygotowała, dawało jej ogromną satysfakcję. Jednak nastała sobota. Tego dnia miał przyjechać po nią samochód, który zawiezie ją do domu. Carmen w pełnym napięciu wypatrywała swoje czarne Ferrari17. Krążyła nerwowo przed bramą zamku, aż w końcu usłyszała znajomy ryk silnika. Tak jak się spodziewała przyjechał po nią stary dobry sługa Rahul. Uroczy czterdziestolatek, z pochodzenia hindus, był traktowany jak rodzina państwa Mermaid. To oni jakieś 20 lat temu przygarnęli go pod swój dach. Do te pory nie wiadomo dlaczego uciekł z domu, może sprzeciwił się woli ojca… - Witaj seniorita – powiedział z uśmiechem otwierając jej drzwi samochodu. - ¡Hola! – odezwała się dziewczyna. – Co tam w domu? - Panienki matka zmieniła wygląd ogrodu… Nastało kłopotliwe milczenie, które przerwała Carmen po dobrych dziesięciu minutach - Mamá zdrowa? - Zdrowa, zdrowa… dziękować. - Papa zdrowy? - Zdrowy, zdrowy… dziękować. - Reszta? - Zdrowa, zdrowa… dziękować. - Aha – podsumowała dziewczyna i do końca podróży słuchali lokalnego radia. Punkt ósma dojechali do rezydencji państwa Mermaid. Dziewczyna wysiadła z samochodu i popatrzyła na swój dom. Zastanawiała się dlaczego jest taki duży. Mieszkają tu tylko rodzice Carmen i służba no i oczywiście od święta seniorita Mermaid. Rozmyślała nad tym, czy przypadkiem nie chcą, aby ona, jak już założy swoją rodzinę, zamieszkała z nimi… tutaj… w tym wielgaśnym budynku. Kochała swoich rodziców, ale perspektywa, że ona i Felipe będą musieli mieszkać ze Stefano i Ellen… nie, to byłaby katastrofa. Konflikt gwarantowany. Gdyby nowi państwo Cortez chcieli by… właśnie. Państwo Cortez. Ta nazwa wydawała się dziwnie obca. Felipe nie traktował Carmen w jakiś szczególny sposób. Była dla niego po prostu przyjaciółką od pisania wypracowań. Kiedy dziewczynie zdawało się, że chłopak coś do niej czuje, zaraz potem boleśnie przekonywała się, że popełniała błąd. Teraz stała przed dębowymi drzwiami z nieodpartym wrażeniem beznadziejności. Przekroczyła próg. Szybko spostrzegła, że nic się nie zmieniło od jej ostatniego pobytu. Ściany w kolorze magnolii w zależności od kąta padania promieni słonecznych zmieniały swoją barwę na miodowy. Zaraz po lewej stronie zawieszone było wielkie lustro w ciemno drewnianej ramie. Carmen popatrzyła na swoje odbicie i postanowiła nacisnąć nazwę „kalendarz; Stefano Mermaid”. Dziewczyna była bardzo ciekawa czy ojciec wyjeżdża w delegację w Wigilię i mile się rozczarowała. Na dzień. 24 grudnia, wielkimi czerwonymi literami widniał napis: „czas z rodziną”. Nacisnęła swój profil i najbliższe dni wypełniła: „dom, spanie, dom, spanie…”. Obróciła się na pięcie i popatrzyła na kremowo dębowy salon. Nad kominkiem, na ścianie zawieszony był obraz dostojnej rodziny. Matka siedziała w fotelu, za nią stał ojciec, który od czasu do czasu potakiwał głową, obok rodziców znajdowała się Carmen, poważna i dumna, nie wykonywała żadnych ruchów, zdawać by się mogło, że nie oddychała. Ten obraz powstał jakieś trzy miesiące temu, wcześniej znajdowało się tam zdjęcie szczęśliwej rodziny bawiącej się w ogrodzie. Dziewczyna zastanawiała się co się stało z zaufaniem, radością z rzeczy przyziemnych… Niżej stał stoliczek, na którym postawiony był wazon z białymi różami. Ich zapach roznosił się po całym domu. - Carmen… moje dziecko! – krzyknęła Ellen na widok córki. – Jesteś głodna? Może zrobię coś do zjedzenia? Nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak przed senioritą Mermaid stanęła pani tego domu. Ubrana w brązową długą spódnicę i białą koszulę Ellen wpatrywała się w swoje dziecko tak jakby je pierwszy raz na oczy widziała. - Nie, dzięki mamo – odpowiedziała wyślizgując się z uścisku matki. - Widziałaś ogród? – zapytała. - Jeszcze nie… - To nie oglądaj! Jeszcze nie jest skończony… - zaczęła seniora Mermaid uśmiechając się radośnie – zamierzam wybudować salon letni. - Salon letni? – powtórzyła Carmen. - Tak, taka większa altanka… mama Francessci już przygotowała wstępny plan wyglądu budynku. Nie minęłaś się z nią w drzwiach? Przed chwilą wyszła… - Nie. Mamo, jestem zmęczona. Prześpię się… kiedy mam zejść na obiad? - Zawołam cię. - Dobranoc. - Kolorowych snów – odpowiedziała Ellen i wzrokiem odprowadziła córkę po dużych, marmurowych schodach na górę. Carmen udała się prosto do jej pokoju. Kiedy otworzyła drzwi ujrzała znajomy widok. Ciemne drewniane łóżko z białą pościelą, za nim po ścianie spływał wodospad, który działał jak klimatyzacja. Naprzeciw lóżka był zawieszony telewizor, który w chwili dotknięcia zmieniał się w elegancki obraz przedstawiający sylwetkę mężczyzny w ciemnościach. Podłoga jak i sufit były zaczarowane. Osoba, która wchodziła do pomieszczenia widziała przepaść, jednak śmiało mogła stawiać kroki na przód. Dotknąwszy stopą podłoża pojawiał się kamień, który miał podtrzymywać czarodzieja. Kiedy Carmen zaczarowała podłogę, skrzatka przez pierwszy tydzień nie chciała w nim sprzątać, ponieważ bała się, że spadnie. Dziewczyna w mgnieniu oka przebrała się, w bawełnianą koszulkę i położyła się na łóżku. Wpatrywała się w niebo (które dla swoich potrzeb przyciemniła) i po chwili usnęła. Sen miała niespokojny, co chwila się budziła. Raz śniło się jej, że Felipe jeździł na małym rowerku i wpadł na kubeł ze śmieciami 18, innym razem że ktoś zmuszał ją do jedzenia czekolady, a zabrał wszystkie owoce i warzywa, po czym nie wiadomo czemu zaczęła gonić ją wielka marchewka. „Carmen” – usłyszała głos matki co uratowało ją przez staranowaniem przez nieokiełznane warzywo. Dziewczyna przebrała się do obiadu w kremową letnią sukienkę i założyła w tym samym odcieniu balerinki. Związała włosy w koński ogon i udała się na dół. Chciała mieć to wszystko za sobą. Kiedy tylko wyszła na korytarz usłyszała głosy gości. W kawowej sukience stała piękna młoda kobieta. Bujne kręcone włosy opadały luźno na ramiona. Carmen podeszła i przywitała się uprzejmie. Jakby się przyjrzeć to siostra Stefano była bardzo do niego podobna, ten sam nos i brązowe oczy. Dziewczyna ze swoją ciocią, którą nazywała Mia, miała najlepszy kontakt z całej rodziny, jednak kiedy znalazła sobie narzeczonego wszystko jakby prysło. Nie są ze sobą skłócone, jednak to co między nimi trwa jest całkowicie inne. Po chwili przybył Conrado Febregas, ucałował Carmen w rękę jak prawdziwy dżentelmen i uśmiechnął się szarmancko. Jak przystało na prawdziwego przyszłego zięcia państwa Mermaid, ubrany był w białą koszulę z krótkim rękawkiem i czarne dżinsowe spodnie. Była to swego rodzaju strojna tradycja. W czasie rodzinnych obiadów, panowie eleganckie koszule, panie sukienki. Seniorita Mermaid usłyszała jak ojciec zaczął wypytywać się swojej chrześnicy, o szkołę. Olaya w białej sukieneczce wyglądała jak aniołek, a jej uśmiech przyćmiewał wszystko inne. Carmen poczuła, że ktoś ją ciągnie za rękę. - Dziadek! – krzyknęła radośnie i rzuciła się staruszkowi na szyję. - Jakie miłe przywitanie – uśmiechnął się Fernando. Ojciec Stefano był w wieku, kiedy to biały kolor pokrywa czarne włosy. Najwyraźniej nigdy nie pogodził się z tą koleją rzeczy, ponieważ zaczął je farbować na swój pierwotny kolor, jednak… brodę zostawił w spokoju. - Mam coś dla Ciebie – powiedział mężczyzna i włożył Carmen paczuszkę w rękę. – Otwórz później. Dziewczyna przytaknęła i poszła przywitać się z babcią. Do przywitania pozostała już tylko jedna rodzina – Alfreda. Dziewczyna do seniory Seleny i Olayi nie miała nic, jednak brat ojca poważnie zalazł jej za skórę. Niczym aktorka z Hollywoodu uprzejmie przywitała ostatnich gości. - O… jesteś Carmen – odezwał się Stefano, który to dopiero teraz zauważył córkę. – Zapraszam wszystkich do jadalni. Gospodarz domu otworzył drzwi do pomieszczenia gdzie był przygotowany posiłek. Na samym środku sali stał wielki, zaokrąglony na końcach stół. Na białym obrusie ustawiona była czerwonobiało-złota zastawa, a obok nakryć karteczki z imionami i nazwiskami gości. Ściany pomalowane były na kolor biały, jednak ciężkie czerwone zasłony świetnie się z nimi uzupełniały. Wszyscy zasiedli na swoich miejscach, a zaraz potem wniesiono potrawy. Carmen robiła dobrą minę do złej gry. Uśmiechała się, a jednak pełna była niepokoju. Chciała oczyścić umysł z myśli, ale cały czas zastanawiała się czy wuj przypadkiem nie zechce wtargnąć do jej głowy. Z rozmyślań wyrwała ją mała Olaya. - Co to za chłopak, który się cały czas obok ciebie kręci? – zapytała dziewczynka patrząc na Mermaid swoimi dużymi brązowymi oczami. - Który? – zapytała Carmen i spostrzegła, że siostra ojca się jej przysłuchuje. - No ten taki wysoki… - zaczęła opisywać Olaya, która chciała za wszelką cenę przypomnieć sobie coś bardziej charakterystycznego. - Kolega z klasy – odpowiedziała szybko Carmen widząc, że rozmowa schodzi na niebezpieczne tory. - Przecież on z tobą w klasie nie jest? – zdziwiła się córeczka Alfreda. - Siedzi przy stole „G”, a ja ostatnio słyszałam jak rozmawiał ze swoimi kolegami… - Koniec tematu! – przerwała nagle Carmen, która zrobiła by wszystko, a żeby nikt z rodziny nie wiedział, że kocha się w TYM Cortezie. Dziewczynka posmutniała i zaczęła się wpatrywać w solniczkę, która wędrowała po stole. Mia popatrzyła karcącym wzrokiem na Carmen, która to z kolei udawała, ze tego nie zauważyła. - … jakie ładne – odezwał się głos babci, który dochodził z początku stołu. - Widzę, że nasz przyszły zięć zaczyna się podlizywać – powiedział rozbawiony dziadek, patrząc się na uśmiechniętego Conrado. - Zazdrosny jest, że i on nic nie dostał – powiedział Stefano, po czym wszyscy zaczęli się śmiać. - Co babciu dostałaś? – zapytała Carmen, która nie mogła dostrzec podarunku. - O… a takie coś skarbeńku – powiedziała posyłając zaklęciem złote pudełeczko w kierunku wnuczki. - To… lusterko? – zapytała, kiedy to otworzyła prezent. - Mapa – poprawił Conrado, - żeby twoja babcia mogła trafić do naszego domu. - Aha – powiedziała z uśmiechem Mermaid. Dalsza część obiadu mijała w przyjemniej atmosferze. Wszyscy śmiali się i czarowali sobie ptaszki i motylki. Carmen przez chwilę myślała, że ojciec zapomniał o jej wybryku, jednak… pamiętał. Pod koniec uczty Stefano stuknął w kieliszek, dając do zrozumienia, że chce coś powiedzieć. - Moi drodzy goście – zaczął wstając i spoglądając na każdego z osobna – żono… - i puścił jej oczko, na co kobieta zareagowała ukryciem twarzy w dłoniach, - córciu… - popatrzyła na Carmen i dziewczyna w mig zaczęła chłodzić się różdżką przerobioną na wachlarz. – Nie tak dawno zostałem wezwany do szkoły bo moja droga tu obecna córeczka coś przeskrobała. Na początku chciałem ją srogo ukarać jednak ktoś za pomocą swojego wspomnienia pokazał mi co się tak naprawdę stało. Uznałem to jej widowisko za bardzo zabawne toteż postanowiłem je wam udostępnić. - Na te słowa podszedł do obrazu przedstawiającego Carmen, żonę i jego. Dotknął lekko płótna i pojawiły się świecące niebieskim światłem drzwi – zapraszam. Wszyscy goście ze strachem, ale i z zaciekawieniem przekraczali magiczne wrota. - Nie idziesz Carmen? – zapytała Mia, a jej włosy zakryły policzek. - Wolę nie… - Jak chcesz – odpowiedziała kobieta i skrawek jej kawowej sukienki zniknął za drzwiami. Seniorita Mermaid została sama. Zastanawiała się jak rodzina zareaguje na jej taniec przed całą szkołą. Zresztą, teraz to na pewno się wyda, kto był „takim tym wysokim”. Dziewczyna w pełnym napięciu czekała na powrót gości. Na dźwięk dzwonka do drzwi podskoczyła na krześle. Wstała od stołu i udała się do wejścia. - Do Carmen Elizabeth… - Do mnie - powiedziała dziewczyna, która chciała oszczędzić kurierowi wymawiania całego jej imienia i nazwiska. – Dziękuję – i zatrzasnęła mężczyźnie drzwi przed nosem. Otrzymaną paczkę postawiła na małym stoliku w salonie, usiadła na kanapie i zaczęła czytać liścik z niebieskiej koperty. „Jesteś piękna. Jesteś cudowna. Cieszę się, że jako jedyna słyszysz moją muzykę. V.” Pierwsza myśl jaka przyszła Carmen do głowy to ta, że list jest od Felipe, jednak to nie był jego charakter pisma. Druga, że nieznajomym jest Villa, jednak dziewczyna nie jest pewna czy wie co to jest fortepian. Pan Ktoś nie dawał Mermaid spokoju. Kto to był? Otworzyła paczkę i ku swemu przerażeniu zobaczyła ruszającą się czekoladową figurkę, która przedstawiała ją… w akcie. * Sobota jak i niedziela minęły młodej czarownicy bardzo szybko. Z wielką ulgą dowiedziała się, że cała ta sytuacja z eliksirem była niezwykle komiczna dla rodziny. Od dawna nie widziała ich tak rozbawionych, tak więc obiad mogła zaliczyć do udanych, jednak coś nie dawało jej spokoju. Strach przed ojcem, miłość do Felipe, przejmowanie się wszystkim czym można... to wszystko znikło i pojawił się nowy temat rozmyślań. Kto jest tym nieznajomym? Zastanawiał ją fakt dlaczego tylko ona słyszy muzykę w zamku, tylko ona widzi swoje nagie ciało w czekoladowej figurce (wszyscy inni mówią, że to Papa Noel19. To na pewno był ktoś ze szkoły, który umie grać na fortepianie, zna dobrze Carmen i umie tajemnicze zaklęcia. Szkolnych grajków znała niewielu, jednak nie znała wszystkich. Postanowiła, że przy pierwszej nadążającej się okazji sprawdzi wszystkich wirtuozów. * Carmen przez tydzień usiłowała znaleźć listę osób umiejących grac na fortepianie, niestety wszystko skończyło się porażką. Postanowiła, że od pocznie od śledztwa i wróci do swojego ulubionego zajęcia – ważenia eliksirów. Odkryła w bibliotece tajne przejście za którym kryją się księgi z najróżniejszymi miksturami (oczywiście są też książki z innych dziedzin, ale kogo to obchodzi?). Któregoś dnia ostatniego miesiąca, Carmen wyruszyła do krainy wiedzy. Znając zaklęcie unoszenia ciała ponad alarm, dziewczyna udała się na dziesiąte piętro po godzinie dwudziestej czwartej. Nagle usłyszała dźwięk walki. Od razu zmieniła punkt docelowy nocnej wędrówki. Wyszła na szkolny balkon i niżej, na następnym tarasie ujrzała Felipe i Javiera ćwiczących szermierkę, sekundował im oczywiście Nico. Carmen była na tyle zszokowana, że nie opacznie upuściła książkę, którą niosła do biblioteki. Kiedy tylko spotkała się z podłogą, młody Cortez w błyskawicznym tempie odwrócił się w kierunku książki z wyciągniętą szpadą ku niej. Zdarzył tylko spojrzeć na Carmen i upadł na ziemię. Dziewczyna zbiegła natychmiast do chłopaka. Popatrzyła mu w nieobecne ciemne oczy, zobaczyła krew na swoich dłoniach i upadła tak, że jej usta prawie stykały się z ustami chłopaka, który miał wbitą szpadę w plecy. 10 ¡Hasta luego! - do widzenia; 11 baskijskiego - jedna z odmian języka hiszpańskiego obowiązującego przy granicy z Francją, bardzo dziwaczny xD; 12 Gizona etorri da - (bas.) Mężczyzna przybył; 13 LA TOMATINA - święto narodowe w Hiszpanii przypadające w sierpniu. Polega na obrzucaniu się pomidorami; 14 stalany - małe morskie stworzenia podobne do potwora z Loch Ness; 15 Wyrażam szacunek (...) tak czy siak! - cytat z "Przygód Timmyiego"; 16 bien - dobrze; 17 Ferrari - odsyłam do linku 18 Felipe (...) ze śmieciami - nawiązanie do ostatniego rodziału Dee 19 Papa Noel - Święty Mikołaj; Notkę dzisiaj dedykuję mojej Mamie, która ma dziś swoje święto (wprawdzie lata kończy 8 grudnia, ale dziś jest impreza ^^). Chcę, żeby wiedziała, że bardzo ją kocham i że zawsze może na mnie liczyć. Besos! No wiem, że to nie jest 20 stron A4, ale miałam duże problemy. I tak, dziś ostatkami sił dokończyłam rozdział (mam 37,5° gorączki). Mam nadzieję, że Mikołaj się spisał. Pozdrawiam wszystkich moich czytelników :) |
|
Witaj. Rozdział jak zwykle świetny. Przeczytałam go bodajże wczoraj, ale dopiero teraz komentuje. Choć faktycznie jakoś twórczym on nie jest.Znaczy się mój wpis. Kończąc mój wywód nie na temat chciałabym przekazać Tobie, iż nie ma wpisu u mnie w Księdze Mugoli. Nie wiem, może były jakieś problemy techniczne. Pozdrawiam ciepło. |
|
Meris
» http://secrets-snapes.wjo.pl 13 grudzień 2008
|
|
To bardzo prawidłowo ze strony weny ^^ Czekam zatem ^^ |
|
Crimson
» brak www 13 grudzień 2008
|
|
Ale długi rozdział, zabieram się do czytania i czekam na następny..u mnie również 6 nowy
|
|
Devka
» brak www 13 grudzień 2008
|
|
A więc... Upiór w Operze opowiada historię młodej i pięknej Christine Dae, która ma niesamowity głos. Lekcji śpiewu udziela jej Anioł Muzyki - Upiór Opery paryskiej, który się w niej zakochał. A z V. skojarzył mi się dlatego, że tylko Christine rozmawiała z Upiorem i analogicznie Carmen tylko słyszy grę V. Spoilerować opowieści nie będę, ale polecam, bo niesamowita jest ^^ Powracając jeszcze do V., to wydaje mi się nieludzki głównie z powodu tej muzyki. Sama pani przyzna, że słyszenie muzyki, której nikt inny nie słyszy nie jest normalne. I że w takim razie coś musi być z Carmen, albo z muzyką. Zakładając zatem, że Carmen jest normalna (bo jest), musimy stwierdzić, że z tą muzyką jest coś nie tak. A zatem, konkludując: muzyka musi być nieludzka, a skoro jest nieludzka, to musiał tworzyć ją nie-człowiek. O. ^^' PS. A kiedy oczekiwać następnego rozdziału u pani? :> |
|
Crimson
» brak www 7 grudzień 2008
|
|
o *-* widzę nowy szablon. pycha :) u mnie niu. zapraszam serdecznie. |
|
Nancy
» brak www 7 grudzień 2008
|
|
Hõla Seniorita C., (¿Que tall?) rozdział jest BOSKI! Ciekawie przedstawiłaś rodziców Carmen. Z jednej strony dobrze, że ta "akcja" z eliksirami się wyjaśniła i C. nie została ponownie ukarana. Dziwną postacią jest tajemniczy V. Mam kilka koncepcji na temat tego pana(bo na osobnika płci żeńskiej to raczej nie stawiam ^^). Na razie zamilczę i jeśli któraś się sprawdzi to wówczas Cię powiadomię. :) Przepiękny szablon. Znasz się na flashu czy robiłaś te ptaki w czymś innym? Ach i boskie jest to zdjęcie... Rozpływam się. Jedyne zastrzeżenie jakie mam to do typografii. Nie wiem czy wiesz, co ta ustrojstwo... W telegraficznym skrócie: mam zastrzeżenie do tytułu, a w zasadzie do samych liter. Nie wygląda to zbyt dobrze, gdy "d", "y", "n" i "m" nachodzą na siebie. Brakuje mi między nimi przestrzeni i tzw. światła(przepraszam ale to przez to, że studiuję na kierunku artystycznym ^^). Ok, ale poza tym szablon jest G E N I A L N Y!!! Ok, więc nie pozostaje mi nic innego, jak domagać się o więcej! Pozdrawiam. p.s. trzymaj się i nie choruj :) |
|
Alex K.
» http://story-about.blog4u.pl 6 grudzień 2008
|
|
A jakże ^^ Spisał się, spisał. Tylko czemu, na wielką nietoperzycę, dał tak MAŁO? -- (dobra, nie narzekam, nie narzekam....) .... JAK MOGŁA PANI W TAKIM MOMENCIE SKOŃCZYĆ?! PROTESTUJĘ! (wyciąga zza pleców tabliczkę z napisem 'WIĘCEJ! WIĘCEJ!') Felipe potrafi być naprawdę słodki, skubaniec, ale materialista z niego straszliwy -- Więc nie wiem, co myśleć mam o nim. Tak dokładnie. A w każdym razie, z mojego pół-feministycznego punktu widzenia muszę stwierdzić, że wykorzystywanie biednej Carmen do pisywania wypracowań podłe jest. O. (I kończy się na tym, że z jednej strony go lubię, z drugiej nie...) A, jeszcze: gdyby ktoś mojej rodzince przy obiedzie puścił takie... erm... wspomnienia, jak to niby tańczę i śpiewam, to poszłabym się schować. Naprawdę. Nie wróciłabym już do domu. -- Ale Carmen jest wielka ^^' (bo nie uciekła) V. skojarzył mi się z Upiorem z Opery ^^' Poza tym dalej nie mogę się pozbyć wrażenia, że on jakoś szczególnie ludzki nie jest Oo? Kończąc: więcej? Proszę o więcej? Błagam o więcej? (Felipe żyje, prawda?) ps. szablon powalił mnie na kolana. ^^ Genialny, jak zwykle. (jak pani robi te ruszające się ptaki? oO) pss. nowy rozdział się u mnie pojawi dzisiaj, więc jakby pani miała ochotę i czuła się na siłach, to zapraszam ^^ psss. jeśli to na co jest pani chora, Lady Carmen, to nie grypa, to mogę podać przepis na wywar z ziół ^^ W większości wypadków działa prawie od razu ^^ |
|
Crimson
» brak www 6 grudzień 2008
|
|
Mrr... Rozdział cudny... a zakończenie! Och! Ale nie zabijesz go chyba? Zresztą nie chce wiedzieć... Wolę przeczytać ;) "- Mamá zdrowa? - Zdrowa, zdrowa… dziękować. - Papa zdrowy? - Zdrowy, zdrowy… dziękować. - Reszta? - Zdrowa, zdrowa… dziękować." ten fragment przebił wszystko ;) Ogólnie narobiłaś nam apetytu i wszyscy jesteśmy spragnieni dalszego ciągu ^^ i życzymy szybkiego powrotu do zdrowia :* |
|
Deatis
» brak www 6 grudzień 2008
|
|
"Każdy coś po swojemu i gitara gra" - no po prostu cała ja xD Rozdział bardzo, bardzo, bardzo dobry, ferrari też dobre (w końcu pomagałam wybrać - ma się gust ^.^) A z tymi językami to rzeczywiście przesada :D Daj dziewczynie się zrelaksować, a nie tak jakoś o :D Zafascynowana twoją twórczością czekam jak zawsze na następny rozdział ;) |
|
Fleur
» brak www 6 grudzień 2008
|