Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
V Navidad cz. 1
V Navidad cz. 1
Męska część rodziny wpatrywała się złowrogo w młodego Corteza. Chłopak zmieszany nie wiedział co ma robić i mówić
- Postaw ją na ziemię – zagrzmiał wuj Alfredo.
- Panie profesorze, pan nic nie rozumie… - zaczął tłumaczyć się chłopak, co spowodowało że Carmen się obudziła.
- Felipe? – zapytała zaspana. – A co ty tutaj robisz?
- Ja też chciałbym wiedzieć – wtrącił się Stefano.
Cortez nie mając najmniejszych szans ucieczki postanowił postawić Mermaid na podłodze, jednak na wszelki wypadek cały czas trzymał ją za rękę - takie zabezpieczenie.
- Carmen, chodź tu do mnie – powiedział ojciec mierząc w Felipe różdżką.
- Ale o co chodzi? – zapytała dziewczyna na wpół przytomna.
- Co to za głosy? – odezwała się Ellen zbiegając ze schodów w szlafroku.
- Kto przyszedł? – zapytała babcia wyglądając na korytarz.
Po chwili wszyscy domownicy znaleźli się na dolnym holu.
- Musiałaś ją brać? – szepnął Alfredo do swojej żony widząc Olayę na jej rękach.
- Chyba jest bardziej bezpieczna tu ze wszystkimi, niż sama w pokoju – odpowiedziała Mercedes.
Kobiety zszokowane przyglądały się całe sytuacji. Ich mężowie wpatrywali się z taką nienawiścią w Corteza jakby ten był jakimś groźnym przestępcą. W końcu babcia Carmen musiała przejąć sprawę w swoje ręce.
- Chodźcie skarbeńki – odezwała się starsza kobieta chwytając dwoje młodych czarodziei za rękę i prowadząc do kuchni - zrobię wam coś do zjedzenia.
- Wcześniej ja sobie z nim porozmawiam – powiedział Stefano zachodząc matce drogę.
Kobieta popatrzyła na swojego syna. Wiedziała, że nie spocznie póki nie wydusi z Corteza informacji „kto, jak, kiedy”. Uznała, że będzie lepiej dla wszystkich jak ojciec Carmen przeprowadzi poważną rozmowę z młodzieńcem.
- Masz dziesięć minut – odezwała się. – Potem przyprowadź go do kuchni, niech zje coś ciepłego.
Señor przytaknął głową po czym zaprowadził Felipe do swojego gabinetu. Ciemno drewniane małe pomieszczenie z dużą ilością półek, szafek i papierów. Na samym środku stało biurko, a naprzeciw niego dwa dębowe krzesła. Na jednym z nich usiadł Felipe, a ojciec Mermaid wspólnie z Alfredo zaczęli „przesłuchanie”.
- Kim jesteś? – zapytał Stefano po kilkosekundowym mierzeniu wzrokiem młodzieńca.
- Felipe Antonio Marco Barcelona Cortez – odpowiedział chłopak z chłodnych spojrzeniem.
- Kto ci kazał porwać moją córkę? Ile ci zapłacili?
- Nikt mi nie kazał – odpowiedział. – Chciałem z nią tylko porozmawiać.
- Dziwny sposób rozmowy – stwierdził ojciec Carmen.
- Nadzwyczajne sytuacje wymagają nadzwyczajnych środków działania – odpowiedział szorstko.
- Słucham?
- Nie chciała ze mną rozmawiać – oświadczył Felipe.
- Nie dziwię się – stwierdził Stefano.
- Z panem chyba też nie chciała, skoro señor nie wie kim jestem – powiedział Cortez zanim zdążył ugryźć się w język.
- Ojciec to cię nie nauczył jak się trzeba zachowywać?
- Uczył, ale ja tego nie praktykuję – odpowiedział chłopak, któremu było wszystko jedno co teraz będzie.
- Jesteś przyjacielem mojej córki? – zapytał Stefano, który wolał jeszcze nie robić wielkiej wojny o zachowanie Corteza, kiedy to niczego się w sumie nie dowiedział.
- Nawet więcej – odpowiedział Felipe z wrednym uśmieszkiem.
- Spałeś z moją córką? – zapytał w końcu mężczyzna.
- Zależy co pan ma na myśli mówiąc „spanie” – odpowiedział Cortez, który dobrze wiedział, że ani jedno ani drugie znaczenie nie znajdowało swojego potwierdzenia w przeszłości, ale przecież nikt nie musiał o tym wiedzieć.
Stefano popatrzył w brązowe oczy chłopaka. Dalsza rozmowa na ten temat nie ma sensu. W duchu jednak postanowił, że przy najbliższej okazji porozmawia o tym z senioritą.
- Powiedz – zaczął ojciec Carmen, - dużo czasu spędzasz z moją córką?
- Ostatnio nie, ale mam w planie być przy niej 24/7 – odpowiedział Felipe, który chciał rozwścieczyć mężczyznę wiadomością, że taki chłopak jak on będzie cały czas przy jego nieskazitelnej córeczce.
- To dobrze – stwierdził mężczyzna przytakując głową.
- Dobrze? – zdziwił się Felipe, a jego ton przypominał rozpaczliwy krzyk.
- Pilnuj ją – rozkazał Stefano patrząc cały czas na chłopaka.
- A co ja? Pies? – odpowiedział Felipe, gdzie po chwili ta odpowiedź wydała mu się bardzo zabawna.
- Powiedziałem, że masz ją pilnować – odezwał się ponownie Stefano poczym udał się do wyjścia.
- Zaraz, co to za ton? – krzyknął Felipe wstając z ozdobnego fotela. – Nie mam zamiaru jej pilnować. Ja nie niańka!
Mężczyzna tylko popatrzył na Corteza. Wzrok miał całkowicie inny, smutny a nawet błagalny. Nic nie mówiąc wyszedł z gabinetu.
- Co się dzieje? – krzyknął Felipe nie spodziewając się zbytnio, że ktoś mu odpowie.
- Ojciec Carmen otrzymuje regularnie pogróżki – zaczął Alfredo, który do tej pory tylko przysłuchiwał się rozmowie.
- Mój ojciec też dostaje dzikie wiadomości i nic sobie z tego nie robi – powiedział Felipe.
- Te od września bieżącego roku dotyczą Carmen i obawiamy się, że mogą się sprawdzić.
- No co? Zabiją ją? – zapytał Cortez wybuchając śmiechem. – To niedorzeczne.
- Nie wiadomo czy chcą ją zabić, spodziewamy się najgorszego. Nie wiemy kto to, nie wiemy jak tego chce dokonać, ani kiedy…
- Niech państwo dadzą jej ochronę i będzie po kłopocie.
- Zrobiłaby wszystko aby się od niej wymigać. Biorąc pod uwagę fakt, że jest dobra z eliksirów, rozklonowanie nie stanowiłoby dla niej problemu.
- To ją jakoś inaczej chrońcie, ale tak bez mojego udziału – odpowiedział Felipe mając zamiar już wychodzić.
- Nie posłałem ją na konkurs z eliksirów aby jej nikt nie otruł. Jak tylko mogę wkradam się do jej umysły aby zobaczyć, czy czegoś nie ukrywa.
- I pan się dziwi, że wam nie ufa? – zapytał z drwiną Cortez po czym wyszedł z gabinetu.
Chłopak udał się do kuchni, gdzie powinien znaleźć Carmen. Musiał z nią jak najszybciej porozmawiać. Chciał by pewnych faktów dowiedziała się od niego. Przez całą drogę zastanawiał się czy jest na niego zła, czy raczej zadowolona. Układał sobie w myślach to co powie jej i… innym. Jak to wszystko wytłumaczyć? Stanął w progu i poczuł przyjemny zapach. Carmen coś gotowała.
- Gdzie twoja babcia? – zapytał wchodząc do pomieszczenia.
- Poszła porozmawiać z tatą i ewentualnie go pouczyć w sprawie prowadzenia rozmów z gośćmi – odpowiedziała Carmen nawet się nie odwracając.
- Aha – mruknął i usiadł na krześle przy wyspie.
Kuchnia była duża, przestronna z wielkim kwadratowym blatem na samym środku. Zewnętrzne ściany składały się głównie z wysokich okien, przez które w dzień wpada bardzo dużo światła. Teraz, kiedy to zegar wskazywał trzecią w nocy, okna działały jak wielkie lusterka. Same meble kuchenne były bardzo gustowne, w dawniejszym stylu. Felipe zaczął obserwować krzątającą się dziewczynę. Całkowicie go ignorowała. Kiedy nic nie mówiła trudno było wywnioskować w jakim jest humorze. Po paru minutach przyłapał się na tym, że cały czas obserwuje jej nogi odziane w skąpą pidżamę.
- Gniewasz się? – zapytał nieśmiało stając obok dziewczyny, która kroiła marchewkę.
- Rodzina zaczęła zasypywać mnie pytaniami o ciebie! – krzyknęła Carmen; bez zwątpienia była wściekła. – Jak tu się dostałeś? Po co tu przyszedłeś? Po co powiedziałeś tacie, że się w tobie zakochałam?
- Carmen, ja nic…
- A potem to się zrobiła wielka afera, no bo jak tak może być, żeby Seniorita Mermaid była nieszczęśliwie zakochana – mówiła, wyżywając się na marchwi, która trafiła pod jej ostrze. – Wszyscy uwielbiają wtrącać się do mojego życia! Jak nic nie chciałam mówić to co? Na pomoc przychodzi ligmencja! – mówiła, a marchewka była w coraz gorszym stanie. – Nikt się nie pyta czy mi się to podoba czy nie! Bezczelnie oglądają moje wspomnienia, a… a… a potem komentują! Co im się nie podoba w tym, że nigdy nie powiedziałam ci, że cię kocham?! Proszę bardzo – odwróciła się do chłopaka przodem i popatrzyła na niego złowrogo. – Kocham cię! – wykrzyczała, a deska z marchewką spadła na podłogę.
- Daj to – powiedział spokojnie Felipe zabierając nóż z ręki Carmen.
Dziewczyna spuściła wzrok i zaczęła zbierać porozrzucane warzywo. Była wściekła, policzki miała rozpalone. Chciało jej się płakać, ale jednocześnie za wszelką cenę pragnęła pokazać jaka z niej twarda kobieta. Marchewka wylatywała jej z ręki.
- Carmen, wtedy jak cię zapraszałem na bal – zaczął nie zwracając uwagi na to, że dziewczyna na wszystkie możliwe sposoby daje mu do zrozumienia, że go nie słucha, - no bo ja przeczytałem twój pamiętnik. Jasne było, że miałaś skłonności do nad interpretacji. Nie chciałem ci robić niepotrzebnych nadziei. Nie chciałem, żebyś znowu się rozczarowała. Pomyślałem, że jak zaproszę cię w taki sposób, w jaki nie zaprasza nawet przyjaciel to ty sobie pokolorujesz i wyjdzie tak jakby na bal szedł przyjaciel z przyjaciółką. Carmen – zmusił ją żeby na niego spojrzała, - jakbym zaprosił cię normalnie, to ty byś myślała, że to coś więcej niż przyjaźń i…
- Zostaw mnie – powiedziała cicho Carmen spuszczają wzrok – zostaw – i wyszła z kuchni.
Felipe siedząc na podłodze oparł się o szafkę kuchenną, zamknął oczy.
- Pardona me24 – powiedział zawiedzionym głosem.
Siedział tak może z godzinę, aż w końcu do kuchni wszedł Stefano w towarzystwie swojej matki.
- A ty skarbeńku nie z Carmen? – zapytała starsza kobieta. – Zjadłeś coś?
- Nie, dziękuję – odezwał się Felipe podnosząc deskę z zebraną marchewką. – Ja już pójdę.
- Jest wigilia, czwarta nad ranem – powiedziała babcia. – Zostań przynajmniej na śniadaniu.
- Carmen ma rację, już dosyć namieszałem – przyznał szczerze. – Przepraszam.
- Rozmawiałeś z nią? – zapytał Stefano na co chłopak odpowiedział mu milczeniem. - Będziesz miał jeszcze szansę – pocieszył, bądź co bądź nie chciał aby w wigilię nowo poznany chłopak był przygnębieniony.
W tej samej chwili do kuchni weszła dziewczyna, przyczyna całego zamieszania. Ubrana w czarną spódnicę i białą bluzkę z oryginalnym czarnym wzorkiem. Wyglądała na zaskoczoną obecnością Felipe, dałaby sobie rękę uciąć, że ojciec wysłał go do Barcelony jakaś godzinę temu, a tu taka niespodzianka…
- Ktoś tu spać nie może? – zapytał Stefano z uśmiechem.
- Nie będę przeszkadzać – powiedziała chwytając za klamkę od drzwi.
- Nie przeszkadzasz – powiedział ojciec, - zrobisz dla całej rodziny słodkie kakao25 i tak nikt nie śpi.
- To dużo roboty – zaczęła się wymigiwać.
- Twój kolega ci pomoże – odpowiedział i wyszedł zostawiając w kuchni dwoje skłóconych sobie ludzi.
- U was o czwartej rano zawsze taki duży ruch? – zapytał z uśmiechem Felipe chcą rozładować napięcie między nimi.
- Tylko wtedy, gdy do domu włamał się jakiś intruz – odpowiedziała szorstko Carmen.
- Nie włamałem się. Sama mnie tu przyniosłaś – odpowiedział po chwili uśmiechając się pod nosem.
- Co? No tak, i co jeszcze – rzekła szukając cynamonu w szafce. - Wydaje mi się, że bym cię nie udźwignęła.
Dziewczyna kiedy znalazła torebkę rozejrzała się po kuchni. Gdzie on jest? Chłopak nie mógł się tak po prostu schować. Zresztą, niby po co?
- Felipe? – zawołała cicho, a jego imię odbijało się echem w uszach Carmen. – Felipe…
Zza wyspy wyjrzała mała czarna główka pieska. Szczeniak nieśmiało zaczął podchodzić do swojej pani. Carmen nie mogła uwierzyć własnym oczom… nie chciała wierzyć. Piesek patrzył na nią tak błagalnie, tak niewinnie.
- Oj, nie patrz tak na mnie – powiedziała dziewczyna po czym usiadła w swoim wyjściowym stroju na podłodze.
Szczeniaczek podłożył się naprzeciw seniority i zaczął cichutko skomleć. Po minucie wstał i zaczął lizać rękę dziewczyny.
- Muszę przyznać, że jako pies jesteś bardziej przekonywujący – powiedziała głaszcząc zwierzątko.
Po chwili Felipe usiadł obok Mermaid i wrócił do swojej ludzkiej postaci. Popatrzył na dziewczynę i przytulił ją do siebie.
- Nie gniewaj się już dłużej – powiedział cicho.
- Nie zasługujesz na to bym się do ciebie odzywała, ale dziś jest wigilia – rzekła dziewczyna.
Udała się do koszyczka stojącego na wyspie, wzięła z niego kawałek chałwy26 i usiadła znowu naprzeciwko młodzieńca.
- Un feliz y próspero Año Nuevo27 - szepnęła i wyciągnęła przysmak w kierunku Felipe.
- Wszystkiego najlepszego Cami – odpowiedział całując w policzek dziewczynę i jednocześnie ułamując kawałek chałwy.

Chłopak odjechał do domu około godziny piątej nad ranem. Rahul miał za zadanie dopilnować aby Felipe trafił wprost w ramiona rodziców oraz przekazać państwu Cortez list Stefano, w którym opisał wszystko co miało miejsce kilka godzin wcześniej. Ojciec Felipe – Marco, wysoki potężny mężczyzna przyjął zaistniałą sytuację z powagę i ukrywaną złością, matka natomiast – Rosa była mniej opanowana. Kiedy tylko zobaczyła swojego syna, mocno go przytuliła i obdarzyła zakazem urządzania jakiej kolwiek prywatki, za to że prawie przysporzył ją o zawał serca.

W domu Mermaid panowała cisza. Wszyscy postanowili dospać to co nie zostało im dane w nocy. Dopiero około południa kobiety, bo kto by inny, zaczęły przygotowywać dom do wieczerzy. Carmen mimo swojego talentu kulinarnego nie została dopuszczona do kuchni. Babcia wyraźnie nie ufała wnuczce w sprawach tradycji. No trudno. Seniorita nakrywała do stołu, Olaya ustawiała nowo co zakupione figurki w szopce, a panowie smacznie chrapali sobie w swoich łóżkach. Kiedy nastał wieczór wszystko było gotowe, tak więc w spokoju można było zając się sobą, bo przecież o dwudziestej drugiej zaczynała się wieczerza. Seniorita Mermaid przygotowywała się do wigilii. Założyła drugą czarną spódnicę i białą bluzkę, poprzednia się już nie nadawała do założenia, oczywiście za sprawką Felipe. Zakręciła burzę loków na głowie, pomalowała ustna na jasny kolor i popatrzyła się na ozdobę leżącą na biurku - prezent od dziadka. Długi łańcuszek, na którym był zawieszony kryształ w kształcie słońca. Dziewczyna uznała, że dziadunio nigdy nie nadążał za modą, ale w końcu liczą się dobre chęci. Duża wskazówka na zegarze prawie dochodziła do dwunastki. To był dobry moment aby zejść na dół. Po paru minutach wszyscy znaleźli się w jadalni. Każdy wziął kawałek chałwy i zaczął przełamywać się z pozostałymi domownikami. Po złożeniu sobie życzeń zasiedli do syto zastawionego stołu. Owoce, słodycze, różnego rodzaju potrawki ze zwierząt, alkohol – to właśnie znajdowało się na stole. Skrzaty domowe wniosły potrawy z indyka i baranka. Carmen pomyślała, że ich skrzatki równie dobrze można by nazwać sprzątaczkami, pokojówkami. Nigdy nie gotowały, co najwyżej usługiwały przy stole. Babcia uważa, że ich potrawy są bez smaku i zapachu. Zawsze to mama i babuleńka robią wszystko same w kuchni, a przecież w innych domach to właśnie skrzaty domowe przygotowują całą wieczerzę. Ach ta tradycja. Wigilia mijała w rodzinnej atmosferze, miło i… głośno.
- Moi mili – odezwał się głos Stefano, kiedy uczta dobiegała końca. – Za jakieś piętnaście minut wyjdziemy na pasterkę.
Wszyscy tą wiadomość przyjęli z entuzjazmem i zaczęli powoli ubierać się w płaszcze bądź marynarki. Tradycyjnie wszystkie rodziny mieszkające w okolicy szły na pieszo do kościoła. Kiedy Carmen wyszła przed dom ujrzała kolorowo przystrojone ulice i inne familie udające się na pasterkę. Coś w tym było, jakaś swoista magia. W kościele oprócz mszy, byli świadkami występu przedstawiającego narodziny Jezusa. Sztuka zakończyła się owacjami na stojąco. W drodze powrotnej Mermaid słyszała głosy małych dzieci śpiewających kolędy, zresztą i dorośli nie zostawali w tyle. Wszyscy ludzie mijający się w drodze składali sobie życzenia i wymieniali serdeczne uściski. Takich widoków nie spotykało się codziennie. Po przyjściu do domu, rodzina Mermaid rozsiadła się wygodnie w salonie i zaczęła pić whisky, hiszpańskie wino bądź francuski szampan. Rozmawiali o ślubie Mia z Conrado, o dzieciach i miłości, ale kiedy babcia wyciągnęła stary album ze zdjęciami, Carmen uciekła do swojego pokoju pod pretekstem zmęczenia. Weszła do dobrze jej znanego pomieszczenia i upadła bezwładnie na łóżko. Leżąc tak przez chwilę zauważyła jakąś obcą kartkę na biurku. Podeszła i otworzyła list z niebieskiej koperty.

„Twoje nogi i piersi to rozkosz dla moich oczu. Mam nadzieję, że niedługo i ja Tobie sprawię rozkosz!
V.”


Carmen czym szybciej schowała kartkę do koperty poczym wrzuciła niebieski papier do szuflady, gdzie znajdowały się pozostałe listy od tajemniczego V. Ostatnimi czasy dostała kilka pism napisanych w takim stylu. Zaczęła się obawiać tego człowieka. Doszła do wniosku, że wie o niej bardzo dużo, nawet bardzo intymne szczegóły. Zaczynała się czuć niepewnie, jednak z nikim nie mogła się tą tajemnicą podzielić. Wszyscy by ją wyśmiali bo przecież nie ma żadnej muzyki.

*

Zanim się obejrzała nastał 31 grudnia – sylwester. Do swojej czerwonej poręcznej torby bez dna wpakowała wszystko co wpadło jej pod rękę. Ubrania, kosmetyki, parę eliksirów. Tak przygotowana chwyciła brytfankę z wcześniej przygotowanym ciastem i wyszła z domu. Przed odjazdem ucałowała mamę siedzącą w towarzystwie kobiet na werandzie i już miała wsiadać do swojego Ferrari, kiedy to Mia się odezwała.
- Dokąd jedziesz?
- Do Madrytu do Francessci, a potem jedziemy do Francji, do Deatis – odpowiedziała z uśmiechem Carmen. – Wrócę jutro tak po południu.
- Jakbyś trochę poczekała to byś z nami do stolicy pojechała – odpowiedziała Mia. – Jedziemy na bal sylwestrowy.
- Nie, ja już jestem spóźniona – odpowiedziała Carmen, która chciała jak najszybciej zakończyć rozmowę.
- A chłopaki jakieś będą? – zapytała siostra Stefano uśmiechając się podejrzanie.
- Nie – zaprzeczyła Mermaid, - będziemy tylko my trzy.
- Myślałam, że spędzisz tego sylwestra z ukochanym – powiedziała Mia śmiejąc się.
- Spędzamy go we trzy. Miłej zabawy – powiedziała i trzasnęła drzwiami od samochodu.
- Na jaką ulicę zawieść? – zapytał Rahul z uśmiechem, kiedy to wyjeżdżali z bramy wilii Mermaid.
- Pod ten adres – odpowiedziała podając mężczyźnie karteczkę.
- Ale to jest w Barcelonie.
Dziewczyna uśmiechnęła się tylko po czym zaczęła czytać jakąś książkę. Po pewnym czasie zajechali pod bardzo wysoką czarną bramę. Wkoło posesji państwa Cortez był postawiony równie wysoki, w kolorze piasku, mur. Po chwili wjazd stał otworem i szofer ruszył do przodu. Do domu prowadziła długa szeroka alejka. Przypominała nową drogę na ulicy, tylko bez białych pasów. Po bokach zasadzony był piękny ogród. Wysokie drzewa rzucały cień na ścieżki i asfalt. W końcu Rahul podjechał pod wejście do wielkiego domu o kolorze piasku. Dziewczyna zbliżyła się do ciemnobrązowych drzwi i zadzwoniła. Po chwili w wejściu pojawił się wysoki, chudy mężczyzna ubrany we frak. Wzrok miał nieobecny tak, że Carmen się przeraziła.
- Zastałam Felipe? – zapytała nieśmiało no co facet wskazał ręką aby weszła do środka.
Znajdowała się w dużym przedpokoju z którego było widać jadalnię i salon. Gładkie płytki świetnie grały z jasnymi barwami na ścianach.
- Mniemam, że tak. To gdzie jest?
Mężczyzna tylko się na nią popatrzył.
- To ja pójdę go poszukać – powiedziała po czym postąpiła krok na przód, a w jej ślady poszedł podejrzany człowiek. – Nie trafię sama? – na co mężczyzna znowu obdarzył ją nieobecnym spojrzeniem.
Dziewczyna zaczęła się go bać. Czym prędzej poszła do środka domu. Mijała na ścianach rodzinne obrazy i lustra. Parę kroków dalej znajdował się salon do którego prowadziły schodki w dół. Duża skórzana kanapa, a naprzeciw niej kominek. Państwo Cortez musieli spędzać tu wieczory, ponieważ na stole leżała książka z zakładką w środku, a obok jakieś czasopisma na temat samochodów. Zaraz obok znajdowały się duże, czarne, kręcone schody prowadzące na piętro wyżej. Dalej dziewczyna zauważyła jadalnię. Nie była taka wcale mała jak jej się wydawało na początku. Drewniany stół nakryty był na sześć osób. Piękna jasna zastawa i do tego srebrne sztućce. Na samym środku ustawione były świece. Mermaid przyznała, że ładnie nakrył…
- Aaa – krzyknęła, kiedy ktoś złapał ją za ramię. – Byłam grzeczna!
Odwróciła się i zobaczyła tego faceta nadal dziwnie się w nią wpatrującego. Po chwili jednak zjawił się wybawiciel w postaci Javiera uśmiechniętego od ucha do ucha.
- Puść ją – rozkazał, a mężczyzna rozluźnił uścisk.
- Dzięki – odpowiedziała Carmen, - skąd się wziąłeś?
- A kuchni o tu – powiedział wskazując na pomieszczenie sąsiadujące z jadalnią
Dziewczyna zaczęła się zastanawiać dlaczego tego nie zauważyła. Kuchnia była otwarta na jadalnię. Jasna, przestronna i też miała wyspę na środku, przy której w tym momencie siedzieli przyjaciele. Najwidoczniej wydarzenie sprzed chwili rozbawiło ich do granic możliwości. Wszyscy prawie leżeli na blacie płacząc ze śmiechu.
- Witaj Carambella – powiedział Frans ocierając sobie łzy z policzków. – Powiedz, że masz coś do zjedzenia - po czym znowu wybuchła śmiechem.
- Przywiozłam piernik – odpowiedziała Carmen nie bardzo wiedząc o co chodzi. – Co się dzieje?
- Poczekaj – odpowiedziała Deatis. – Macie tu myślosiewnię? Zaraz ci pokażę…
- Po moim trupie – warknął Cortez stojąc oparty o blat kuchni.
- To się da załatwić – odpowiedział Nico cały czas się śmiejąc. – Wystarczy, że zjesz to co dla nas przygotowałeś.
Dziewczyna zaczęła się uśmiechać pod nosem, ponieważ zaczynała kojarzyć fakty.
- Carmen, tylko nie ty – powiedział Felipe, któremu w tym momencie było najmniej do śmiechu.
Mermaid zdusiła śmiech w środku i postawiła ciasto na blacie.
- To co robiłeś, że ci nie wyszło? – zapytała w końcu stając przy Cortezie.
- Pizze – mruknął a na jego słowa coś z hukiem spadło do zlewu.
- Co to jest? – zapytała przerażona Carmen wpatrując się w coś owalnego, coś co odpadło od sufitu.
- To jest pizza a’la Cortez – odpowiedział Nico dławiąc się ze śmiechu.
- Człowieku, czegoś ty tam dodał?! – krzyknęła Mermaid dotykając ciasta, które było twarde jak głaz.
- No to co tam chcieli w przepisie – odpowiedział Hiszpan rozkładając ręce.
Dziewczyna nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem. Rozejrzała się po kuchni i zaczęła oglądać wszystkie składniki, które znalazła na wierzchu. W końcu wzięła niebieską puszę i pokazała ją Cortezowi.
- To jest ta mąka, której użyłeś? – zapytała śmiejąc się pod nosem.
- Si – potwierdził Felipe.
- Nico, powiedz mu co to jest – powiedziała dziewczyna podając chłopakowi puszkę.
- To jest gips – odpowiedział bardzo poważnie Torres, po czym zaczął się śmiać ze swojego tonu. – Najzwyczajniejszy gips do drobnych napraw budowlanych. Dostępny w każdym sklepie przemysłowym. Co gips robi u was w kuchni?!
- Nie wiem – dopowiedział Felipe. – Stało to wziąłem.
- No ale nie ma co płakać – pocieszyła z uśmiechem Carmen. – Jedna wpadka nie jest… - urwała bo towarzystwo wybuchnęło jeszcze głośniejszym śmiechem. – To nie była jedna wpadka tak? – powiedziała dziewczyna uśmiechając się do Corteza.
- Nie – mruknął Felipe.
- Tu masz ciasteczka – powiedział Javier podając Carmen miskę czarnego ciasta.
- No nie przesadzaj, parę się udało – powiedziała wyławiając z głębiny apetycznie wyglądające ciastko. – Albo i nie – dodała kiedy spróbowała je ugryźć, a jej zęby natrafiły na kamienną przeszkodę.
- Mamy też homara, który gdzieś chodzi po domu, sałatkę z sałaty – zaczął wyliczać Nico.
- A nie mogłeś spaghetti zrobić? – zapytała Mermaid.
- Mamy, ale makaron się rozgotował – wtrącił Javier uśmiechnięty.
- Jak się wam mógł… - zaczęła Carambella.
- Jemu – poprawił Nico.
- Jak ci się mógł rozgotować makaron do spaghetti, jak on powinien być al Dante?
- Nie wiedziałem co to znaczy – przyznał Felipe.
- Taki właśnie niedogotowany – powiedziała dziewczyna opierając się o blat. – Spokojnie, coś wymyślę. A teraz wszyscy idźcie szukać tego homara.
Przyjaciele popatrzyli się na siebie.
- Mi się wydawało, że ostatnio go widziałem w salonie – powiedział Nico.
- To on spadł z góry, po tym jak go Felipe tam wyrzucił? – zapytał Javier.
- Wyrzuciłeś homara na górę? – zdziwiła się Carmen.
- Bo mnie ugryzł – usprawiedliwił się Hiszpan. – Idźcie już – warknął.
- Tak swoją drogą to dlaczego ty gotujesz, a nie jakiś skrzat? – zapytała się Carmen kiedy wszyscy zajęli się poszukiwaniami.
- Bo mam zakaz robienia imprez – powiedział. – Skrzaty mogły by wypaplać, że miałem gości… szczególnie ciebie.
- To ja jestem jakaś zakazana czy jak? – uśmiechnęła się Mermaid zauważając drożdże.
- Po prostu rodzice po tym moim wybryku w wigilię mają jakiś żal do ciebie.
- Do mnie? – zdziwiła się dziewczyna.
- Mniejsza o to. Skubnąłem ci eliksir posłuszeństwa…
- Czy ty nie nauczyłeś się pytać? – zapytała Carmen - Ja nie jestem sklepem.
- Obiecuję poprawę – odpowiedział Cortez. – Tak czy siak podałem eliksir majordomusowi…
- Dałeś go człowiekowi? Ale on nie był testowany! – krzyknęła dziewczyna.
- Spokojnie. Miewa się dobrze, ale możesz mi nie przerywać? – zapytał chłopak i nie czekając na odpowiedź kontynuował. - Majordomus rządzi skrzatami. Kazałem mu rozkazać, aby siedziały w swoich pokojach w piwnicy. Co z oczu to z serca.
- Jak zwykle inteligentny plan – podsumowała Mermaid. – No co? – zapytała w końcu, kiedy spostrzegła, że chłopak bacznie ją obserwuje.
- Nic, mam dla ciebie prezent – odpowiedział chłopak.
- Prezent – powtórzyła dziewczyna, a w oczach pojawiły się małe iskierki. – Daj mi.
- A byłaś grzeczna? – zapytał wyciągając coś z szafki.
- Byłam jak aniołek – skłamała.
- Ja cię tam obserwowałem przez dzień z perspektywy psa, więc wiem – odpowiedział z uśmiechem, najwidoczniej powracał mu dobry humor.
- Co to? – zapytała odbierając czerwone pudełko ze złota kokardą.
- Otwórz – powiedział.
W środku było coś dużego zapakowane w czerwony papier. Carmen zaryzykowała stwierdzeniem, że to podręcznik do gotowania, jednak Felipe w żaden sposób tego nie skomentował. Rozerwała papier i ukazała jej się czarna gruba książka widziana od tyłu. „Horacy Slughorn: To jest dzieło na którą wszyscy wielbiciele eliksirów czekali…”. Serce zaczęło jej szybciej bić. Była już prawie pewne co to za książka. Nagłówek nosił tytuł: Eliksiry autorstwa Jamesa Evansa28.
- Matko! – krzyknęła Carmen. – To ten facet, który ma nowatorskie poglądy na temat eliksirów. Gracias – powiedziała i mocno uścisnęła chłopaka. – Opracował szybsze metody sporządzania niektórych mikstur. Zresztą sam trochę swoich dodał…
- Czy ta książka jest ci potrzebna, skoro pięknie recytujesz jego biografię? – zapytał Felipe mając wielką z satysfakcję z reakcji dziewczyny na podarunek.
- To jest najbardziej oczekiwana książka tego roku! – powiedziała jakby to miało tłumaczyć całą sprawę. – Skąd ją masz? Sprzedawana miała być dopiero od północy…
- Długa historia. Wczoraj do nas zadzwonił, bo pilnie potrzebował samochodu – zaczął. – Ja mu go sprzedawałem – powiedział akcentując słowo „ja”. - Coś wspomniał, że jutro, czyli dziś, ma konferencje i potrzebne mu dobre auto. No od słowa do słowa powiedział na jaki temat wydaje książę, no i dzięki mojej charyzmie zgodził się odstąpić ci swoją własną – powiedział Cortez nie wspominając, że dużo musiał opuścić z ceny samochodu, aby tą książkę zdobyć. – Zobacz, nawet jest dedykacja.
Dziewczyna otworzyła pierwszą stronę i zaczęła czytać. „Dobre wino i ładna kobieta to dwie miłe trucizny29. Dla Carmen, seniority która najpiękniej wygląda w mokrej czerwonej sukience.
James Evans.”
- Dyktowałeś mu? – zapytała dziewczyna.
- Tak – przyznał Felipe przypominając sobie, że za tyle pieniędzy Evans był skłonny jeszcze to jakoś ozdobić w gwiazdki, albo w serduszka…
- Gracias – powiedziała rozradowana całując Corteza w policzek. – Dzięki.
- Twoja reakcja na ten prezent chyba jest najlepszą nagrodą – szepną Felipe uświadamiając sobie, że to ona po raz pierwszy cmoknęła go w policzek.
- Mamy skubańca! – krzyknął Javier wskakują z homarem do kuchni.
- Homarrr kilerrr – powiedział Nico. - Dee odgryzł rękę, Fleer leży martwa w holu, krew się lała…
- Naprawdę? – zapytała Carmen.
- Nie – odpowiedział. – Ja się tylko skaleczyłem o lusterko w łazience, ale sytuacja opanowana. Myślałem, że będą mi amputować palca, ale nie… Dee zdążyła na czas.
- To co robimy? – zapytała Frans wchodząc do kuchni.
- Która godzina? – zapytał Felipe.
- Osiemnasta – odpowiedział Nico spoglądając na swój złoty zegarek.
- To ja zrobię pizze bez gipsu, a wy… - zaczęła Carmen.
- Pójdziemy do ogrodu zorganizować Igrzyska Quidditcha – dokończył Nico co spotkało się z entuzjazmem wśród znajomych.
- To ja stanę na obronie – powiedział Francessca wychodzą za Dee.
Carmen rozejrzała się wokoło. Wszędzie był bałagan, a tego nie trawiła. Kilka prostych zaklęć i kuchnia z poligonu wojskowego zmieniła się w przytulny pokój. Do jednej miseczki ścierał się ser, w innej wyrabiało ciasto, sama Mermaid zaś doprawiała sos. Zapachy bazylii i oregano unosiły się w powietrzu.
- Jak ładnie pachnie – powiedział Javier wskakują do kuchni. – Co to?
- Pizza – odpowiedziała dziewczyna.
- A’la Cortez? – zapytał Casillas z uśmiechem.
- Normalna – rzekła Carmen wkładając ciasto do piecyka.
- No to akurat – powiedział Javier majstrując coś przy kuchence. – Jak skończymy grę to pizza będzie gotowa. No to chodź ze mną. Służę ramieniem – powiedział chłopak z uśmiechem wyciągając rękę ku Mermaid.
Dziewczyna tylko się uśmiechnęła i poszła z Casillasem do ogrodu. Zobaczyła wielkie boisko do Quidditcha. Trzy pętle po jednej stronie, trzy po drugiej. Mermaid dałaby sobie rękę uciąć, że ich tu nie było, bo przecież by je widziała. Są wyższe od domu, więc powinna je zauważyć.
- Gotowa? – zapytał Felipe podlatując na miotle do przyjaciół.
- A nam to przypadkiem nie brakuje czterech pałkarzy… - zaczęła wyliczać seniorita.
- Tak, tak – potwierdził Cortez. – Uporałem się z tym problemem. Popatrz – powiedział wskazując w niebo, - luki zastąpiłem majordomusem. Eliksir klonowania zdziałał cuda.
- Ktoś tu obiecywał poprawę – mruknęła dziewczyna.
- Ale to ja wcześniej wziąłem tą miksturę – odpowiedział Felipe. – Tam są miotły, wybierz sobie którąś.
Mermaid spojrzała w kierunku, który wskazywała rękę Corteza. Pod ścianą stało kilka modeli mioteł. Dziewczyna podeszła do nich. Skoro dawał je do dyspozycji swoim gościom to señor musiał o nich bardzo dbać, bowiem były najlepszego gatunku. Wybrała pierwszą z brzegu i wzbiła się w powietrze, co spotkało się z uśmiechem Corteza. Carmen osobiście wolała kibicować na trybunach niż grać w Quidditcha, no ale co zrobić. Jak wszyscy to i ona. Rozejrzała się po bokach. Dee siedziała na miotle i żywo o czymś dyskutowała z Nico. Zapewne przypadła jej fucha szukającej. Carmen zaczęła się zastanawiać jakie ma szanse z Torresem. Nie dosyć, że to chłopak to jeszcze najlepszy gracz w quidditcha od czasów Fernandenza (czyli od bardzo dawna). Pod bramką dziewczyn stała Frans. Jako jedyna z nich zajmowała się tą grą na poważnie. Grała w klasowej drużynie quidditcha. W sumie jakby się zastanowić to taki mecz nie był dla niej żadną nowością. Od zawsze w pierwszym etapie klasa „H” gra z klasą „G”. Szkoda tylko, że ta pierwsza nigdy jeszcze nie wyszła z grupy. No i zostaje Carmen – ścigająca. To od niej najwięcej zależy. Bo Fleer mogłaby bronić w nieskończoność, ale jeśli Carmen nie zdobędzie punktów to przegrają, bo nikłe szanse, żeby Deatis złapała znicza, chyba że Nico da jej fory albo ona użyje swoich wdzięków w stosunku do niego, ale to mało prawdopodobne… Gwizdek brutalnie przywołał Carmen do rzeczywistości. Mecz się zaczął. Dziewczyna zaczęła gonić Corteza z kaflem. Latała za nim po całym boisku. Wyraźnie zaczynał się nią bawić co doprowadzało Mermaid do furii. Nagle przed oczami przeleciał jej tłuczek, przypominając, że i na nie trzeba uważać. Dziesięć punktów… dla chłopaków. Cortez tylko przeleciał obok Carmen z triumfalnym uśmiechem na twarzy krzyczącym: „Bułka z masłem”. Dotarło do Mermaid, że nie umie w to grać tak jak Felipe. Uczucie jakim go darzyła odłożyła na bok. Zmarszczyła brwi.
- To jest sport… brutalny sport i nie ma zmiłuj – szepnęła.
Potrzebna była jej strategia. W trakcie jej obmyślania Cortez zdążył zdobyć kolejne trzydzieści punktów. Frans wychodziła z siebie. Co by nie robiła, to sama przecież meczu nie wygra. Muszą te dwie się ruszyć. Carmen popatrzyła w kierunku Dee. Latała po całym boisku w przeciwieństwie do Nico. Tamten wygodnie rozsiadł się na miotle i oglądał mecz, a raczej pseudo mecz. Bo czy grą można nazwać sytuacje, kiedy to Cortez podlatuje do Carmen z wyciągniętym kaflem ku niej i słowami „Chcesz? To weź.” Po czym jak dziewczyna wyciąga rękę ucieka. Mermaid popatrzyła się na siebie. Co ona miała? Balerinki, białe spodnie i granatową bluzkę z krótkim rękawkiem, różdżkę, miotłę. Miała jakąś przewagę? Pogładziła kawałek drewna na którym siedziała i uśmiechnęła się złowrogo. Nadal nic nie miała, ale chciała wzbudzić niepokój u przeciwnika. Znowu zaczęła za nim latać. Javier pogodził się z tym, że w tym meczu to się dużo nie nagra. Poszedł w ślady Nico.
- Mógłby się ruszyć – krzyknęła dziewczyna do jednego z majordomusów z jej drużyny.
- Przyznaję – powiedział Felipe nagle zjawiając się obok niej. – To nie był dobry pomysł aby go rozklonować.
- Dawaj go – krzyknęła dziewczyna z wyciągniętą ręką, jednak zakręciła się jak dzik nad ogniskiem.
- Córka producenta mioteł, a nie umie się na niej utrzymać – zakpił Felipe, kiedy Carmen znowu wróciła do wyjściowej postawy.
No fakt. Była córką Stefano, który sobie wymyślił, że będzie produkował miotły. Tylko co z tego? Raz pozwolił jej zaprojektować miotłę. Nawet parę sprzedano, ale jakimś dziwnym trafem szybko wycofano ją z produkcji. Nigdy się nie dowiedziała dlaczego. Wróciła myślami do gry. Teraz to się wkurzyła. Żeby miała mu odgryźć rękę, to zdobędzie przynajmniej te dziesięć punktów. Ruszyła prosto na Felipe, który właśnie oddawał strzał. Przejęła kafla i czym prędzej ruszyła na Javiera. Zatrzymać ją mogło… hmm… chyba nic jej nie mogło zatrzymać. Nawet ten głupi tłuczek. Nagle obok niej zjawił się Felipe. Była w szoku. Nie mógł odrobić strat. Przecież miała przewagę z szybkością na starcie, a potem coraz bardzie jej nabierała. Nie mógł jej dogonić! No nie mógł! Widziała tą jego dłoń sięgającą po kafla. Postanowiła, że po jej trupie go dostanie. Nie odda mu i koniec! Z całej siły wyrzuciła kulę przed siebie, miotłę sprowadziła do pionu i kopnęła nogą w kafla. Było to spektakularne, szkoda że wykończenie takie nijakie. Zakręciła się na postawionej pionowo miotle kilka razy, po czym spadła. W porę złapał ją Felipe.
- Jakim cudem trafiłaś? – dziwił się Cortez trzymając mocno dziewczynę.
- Za ile? – zapytała zdyszana dziewczyna, jakby fakt, że o mało co nie roztrzaskała się o ziemię był mało istotny.
- Za dziesięć seniorita – odpowiedział z dumą Felipe.
- Mamy dziesięć punktów! – krzyknęła dziewczyna podnosząc ręce do góry.
- I wielkiego siniaka na nodze! – dodał Cortez.
- Nabiłeś sobie siniaka? – zdziwiła się dziewczyna.
- Ja? Nie – zaprzeczył. – Ty masz.
Mermaid popatrzyła na swoją nogę. No faktycznie coś tam się czerwieniło. Na sto procent narodzi się z tego ładny siniaczek. Pytanie tylko jak to było no i kiedy… Nagle spostrzegła, że Cortez wykonuje jakiś gest ręką. Zawsze tak robił na zawodach. Teraz dopiero odkryła, że tak daje pozwolenie Nico na złapanie znicza. Torres kiwnął głową i poleciał do Deatis, która od paru minut goniła znicz.
- Nic ci się nie stało? – zapytał Javier podlatując do przyjaciół.
- W porządku – uśmiechnęła się dziewczyna. – O patrzcie! Deatis zaraz złapie znicz!
De Didero gnała z prędkością światła. Myśli miała tak samo opętane jak Carmen przed zdobyciem aż dziesięciu punktów. Albo złapie, albo zginie. Już czuła koniuszkami palców powietrze wytwarzane przez skrzydełka nieznośniej piłeczki. Już, już… milimetry.
- Udało się! – krzyknęła Carmen i wspólnie z Felipe podlecieli do Dee leżącej w połamanych deskach.
- Deatis, żyjesz? – zapytała dziewczyna.
- Si – odezwała się de Didero kaszląc. – Sprzątacie tu? Co to jest?
- Rodzina tu siedzi, jak gramy jakiś mecz – mruknął Cortez.
Mała złota kuleczka zjawiła się przed noskiem Dee, jakby się z niej naśmiewała. Po chwili nie wiadomo czemu zainteresował ją nos Felipe, ale tam dopadła ją ręka Torresa. Cortez kichnął.
- Na zdrowie – odezwała się Francessca, która przyleciała. – Złapałaś?
- Nie – mruknęła Deatis spoglądając na tablicę wyników, która teraz dodawała sto pięćdziesiąt punktów chłopakom.
- No jak nie?! – krzyknęła blondynka. – Przecież go miałaś!
- Prawie… - odpowiedziała brązowowłosa.
- Dziewczyny – zaczął Felipe. – To był głupi pomysł. I w ogóle zapomnijmy o całej sytuacji. Myślałem, że to jakoś inaczej wyjdzie.
- Chodźmy do domu – odezwał się Javier odwracając się i napotykając tym samym armię majordomusów. – A z nimi co?
- Klony poprzebijaj szpilką, a tego prawdziwego zostaw – odezwała się dziewczyna.
- A który jest prawdziwy? – zapytał Casillas, a w odpowiedzi Mermaid zapukała w kawałek drewna.
- Państwo wybaczą, otworzę – odezwał się głos jednego z mężczyzn.
- Resztę przebij jak bańki mydlane – powiedziała Carmen.
- Auć – powiedziała de Didero próbując wstać.
- Co? – zaniepokoił się Cortez.
- Chyba mam skręconą kostkę - odpowiedziała dziewczyna.
Nastała niezręczna cisza, w trakcie której Felipe patrzył wymownie na Nico.
- No co? – odezwał się Torres marszcząc brwi, a Felipe nosem wskazał na Dee. – No tak! To ja cię zaniosę – obudził się i wziął dziewczynę na ręce, na co wszyscy uśmiechnęli się pod nosem.
Kiedy tylko weszli do domu Mermaid udała się do kuchni sprawdzić jak miewa się pizza, a reszta zasiadła do stołu.
- Carmen zaraz poda mi eliksir – powiedziała Deatis widząc smutną minę Nico.
- Proszę – powiedział Torres wyciągając ku niej znicz.
- Teraz mi go dajesz? – zapytała śmiejąc się. – Trzeba było mi go dać na boisku.
- Chciał, tylko żeby ci go dać, musiał go wcześniej złapać – wtrącił Felipe z uśmiechem, po czym niepokojący dźwięk wydobył się z kuchni.
Gospodarz domu szybko wstał i pobiegł do pokoju obok, gdzie była Carmen. Zamiast dziewczyny zauważył małą czarną panterę skaczącą do góry. Popatrzył na sufit pod którym lewitowała Mermaid.
- Carmen, zejdź proszę – powiedział łagodnie Cortez.
- Zabierz to! – krzyknęła wskazując na zwierzę.
- Ty masz psa, a ja mam kota – powiedział głaszcząc panterę.
- Kot? Kot?! – zdziwiła się dziewczyna. – Ja miałam kota! Wiem jak wygląda kot! A to kotem nie jest! To jest bestia!
- Carmen, zejdź – poprosił ponownie Felipe, na co dziewczyna zeskoczyła na wyspę. – Chodziło mi raczej o podłogę.
- To zamknij gdzieś tego swojego kota – powiedziała. – Chciał mnie zjeść!
- Po pierwsze to chciała jak już, bo to jest ona, a po drugie – urwał i popatrzył na dziewczynę stojącą na blacie – Ech… JAVIER!
- Co? – odezwał się głos z jadalni.
- Chodź no! – odkrzyknął Felipe.
- Co? – zapytał ponownie Casillas zjawiając się w progu.
- Zamknij ją w sypialni rodziców – powiedział Cortez.
- Carmen? Co zrobiła? – roześmiał się przyjaciel.
- Lisbeth zamknij – powiedział popychając kociaka w kierunku Javiera.
- Pewny jesteś? – zapytał Casillas.
- Zamykaj, nie gadaj – powiedział Cortez wstając z podłogi.
- Jak chcesz, jak się tylko chciałem upewnić – odrzekł i wyszedł razem z panterą.
- Spokojniejsza? – zapytał Felipe pomagając dziewczynie zejść z blatu.
- Si – odpowiedziała oglądając się do piekarnika. – Zobaczę co z pizzą.
- Nie zdziwiłbym się jakby nie wyszła – odpowiedział gospodarz. – Jak na razie nic się nie udaje…
- Przesadzasz – odpowiedziała dziewczyna wyciągając duże, ciepłe ciasto z piekarnika. – Prezent dla mnie wyszedł ci w stu procentach. Tam nie było żadnej wpadki.
- Dzięki – mruknął chłopak zdając sobie sprawę, że ta wiadomość mimowolnie poprawiła mu humor.
- Spróbuj – powiedziała Carmen trzymając przed ustami chłopaka widelec z kawałkiem pizzy polany czerwonym sosem.
Felipe popatrzył na nią nieufnie po czym spróbował przysmaku.
- Pyszne – skwitował.
- Widzisz – zaczęła Carmen wkładając na tacę kilka małych dzbanuszków z sosem – zła passa się odwróciła.
- Chyba – powiedział i uśmiechnął się.
Po skończonym posiłku towarzystwo przeniosło się do salonu. Najedzeni rozłożyli się na skórzanych kanapach i zaczęli głośno myśleć co dalej. W pewnym momencie Carmen zaproponowała dosyć ryzykowną grę.
- Każdy napisze po trzy pytania – zaczęła dziewczyna. – Potem kolejno, tak jak siedzimy będziemy losowali trzy kartki…
- I odpowiadali na pytania? – dokończył Nico.
- Si – potwierdziła Mermaid.
- A jakiś haczyk? – zapytał Javier z nadzieją w głosie.
- Będziemy pod wpływem serum prawdy – odpowiedziała z uśmiechem Carmen stawiając na stole mały flakonik.
- Mi się podoba – powiedział Casillas.
- Przynieś jakieś kartki – powiedziała Francessca zwracając się do Felipe, który wrócił po chwili z sześcioma kartkami i piórami.
Młodzież zastanawiała się jakie pytania zadać. Nie wiadomo na kogo się trafi, być może na swoje własne. Wszyscy rozsiedli się po pokoju, aby w ciszy i tajemnicy przed innymi napisać swoje propozycje. Dopiero po dziesięciu minutach udało się zebrać osiemnaście karteczek, które wrzucono do jakieś szklanej miski.
- Felipe – powiedział Nico klepiąc przyjaciela po plecach, - zaczynaj.
- Dlaczego ja? – zapytał Cortez.
- Bo jesteś gospodarzem? – odpowiedział pytaniem Torres, co Felipe uznał za sensowną odpowiedź.
- Serum jest krótkotrwałe – rzekła z uśmiechem Carmen. - Za niecałe dziesięć minut powinno cię puścić i raczej nie ma skutków ubocznych.
- No niech będzie – powiedział Cortez wyciągając trzy karteczki, które to podał Javierowi. – Na zdrowie! – szepnął i upił łyk z flakonika.
- Pytanie numer jeden – zaczął Casillas. – Czy chodzisz nago po domu?
- Eee… - zaczął Felipe, a wszyscy inni wybuchnęli śmiechem. – Czasami w swoim pokoju… - powiedział chłopak zdając sobie sprawę, że kłamstwo nie przechodzi mu przez gardło.
- Pytanie numer dwa – kontynuował Casillas. – Z części ciała to co ci się najbardziej podoba w Carmen?
- Co?! Tam jest naprawdę takie pytanie? – zapytała Mermaid wyrywając kartkę Javierowi.
- Jest – odpowiedział Nico. – Sam je przecież wymyśliłem. No więc Felipe, co ci się podoba?
- Nogi – odrzekł Cortez uśmiechając się pod nosem, na co dziewczyna była całkowicie zszokowana.
- I ostatnie pytanie – powiedział przyjaciel. – Co zabrałby byś na bezludną wyspę?
- Piękną dziewczynę – odpowiedział śmiejąc się.
- Kto następny? – zapytał Javier.
Gra pozwoliła na głębsze poznanie przyjaciół. Tak więc dowiedzieli się, że Carmen panicznie boi się starości i próbuje wynaleźć eliksir młodości, a rodzice Deatis, musieli uciekać Francji ponieważ policja odkryła ich magiczny sekret. Javier w wieku 10 lat o mało co się nie zabił udając Tarzana, a przyjaźń chłopaków z Nico nie od razu tak pięknie wyglądała.
- Frans, teraz ty – powiedziała uśmiechnięta Deatis.
- Dużego wyboru z pytaniami nie mam – odpowiedziała blondynka patrząc na ostatnie trzy karteczki po czym wypiła resztki eliksiru.
- W kim jesteś zakochana? – przeczytała de Didero.
- Conrado Alonso z ósmej „D” – odpowiedziała blondynka nie panując nad tym co mówi.
- Ten co to ma za zadanie sprzątać w sowiarni? – zdziwił się Casillas.
- Si. Tam jest całkiem miło – odpowiedziała Francessca. – Przynajmniej ostatnio było bardzo miło…
- Twoja największa tajemnica? – kontynuowała Deatis.
- Jestem chor… - zaczęła jednak urwała ponieważ Mermaid zaczęła przeraźliwie wrzeszczeć.
- Poszła tylko po jakieś przekąski – powiedział Torres.
- Carmen co się stało? – zapytał Felipe, kiedy wszyscy znaleźli się w kuchni.
- Ja… on… ja… - zaczęła jednak nie potrafiła nic więcej powiedzieć; była potwornie przerażona.
- Ale o co chodzi? – chciał się dowiedzieć Cortez po czym przytulił dziewczynę.
- Ten twój majordomus mnie wykończy – odpowiedziała kiedy trochę się uspokoiła. – Znowu złapał mnie za ramię i ścisnął…
- Carmen – zaczął Felipe zakładając dziewczynie kosmyk włosów za ucho. – Nic ci nie zrobi jeśli mu tego nie powiem, więc możesz czuć się bezpieczna.
Dziewczyna tylko pokiwała głową. Sługa państwa Cortez posiadał nieobecny wzrok, nic nie mówił. Z zachowania przypominał trochę zombie. Znienacka łapał Mermaid za rękę, albo ramię tak jakby jej przerażenie go cieszyło. Zaciskał swoją dłoń bardzo mocno. Jego zimno rozchodziło się po całym ciele dziewczyny. Nie nawiedziła go od pierwszego wejrzenia. Przerażał Carmen pod każdym względem. Kiedy wrócili do salony Mermaid cały czas była wtulona w Corteza, czuła się z nim trochę bezpieczniej.
- Pamiętacie jak w trzeciej klasie pofarbowaliśmy wszystkim dziewczynom włosy na dzień kobiet? – zapytał Nico, który chciał jakoś rozładować sytuację.
- To wy umalowaliście mi moje blond kosmyki na zielony? – zdziwiła się Francessca.
- Nom – przytaknął rozbawiony Torres.
- A mi moje zmieniliście na różowy – uśmiechnęła się Mermaid.
- Sam wybierałem – powiedział Cortez.
- Ja się wtedy popłakałam, bo nie mogłam tego zmyć – roześmiała się Carmen.
- Przecież ładnie ci było. Tak dziewczęco – odpowiedział Felipe.
- Dziewczęco, dobre – uśmiechnęła się Frans.
- Nalot żab to też był wasz pomysł? – zapytała Dee.
- A to było w drugiej klasie – przypomniał sobie Javier. – Piszczałyście, ale była frajda!
- Wstaję, a tu milion żab na korytarzu – wspomniała de Didero. – Jak to zobaczyłam to myślałam, że umrę.
- Było takie samo zamieszanie jak wtedy kiedy ktoś otworzył zagrodę dla smoków – powiedziała Carmen, na co chłopaki zaczęli rozglądać się po ścianach. – To też wasza robota?
- To był wypadek – odezwał się Nico. – Miałem drobną sprzeczkę z Javierem i jakoś tak wyszło.
- A jak uciekali przed nimi – zaczął śmiać się Felipe. – Wszystko widziałem z okna! Nie raz dla frajdy oglądaliśmy to moje wspomnienie po kilka razy.
- Jesteście stuknięci – podsumowała Frans.
- Oj tam zaraz stuknięci – zaprzeczył Torres. – Tacy normalni inaczej.
- A mi tam najbardziej podobało się jak Felipe dostawał torty na urodziny - rozmarzył się Javier. – Mieliśmy wyżerkę na trzy dni.
- Teraz też na urodziny upieczesz mi tort? – zapytał Cortez patrząc na Carmen.
- S-s-skąd wiedziałeś, że są ode mnie? – zapytała dziewczyna.
- Bo przynosiła je twoja sowa, a poza tym to bardzo często dostaje prezenty od moich wielbicielek, a ty byłaś mną zainteresowana…
- A to jest ciekawe zajęcie – przerwał Javier. – Dwudziestego stycznia rano wlatuje do salonu z milion sów zostawiając coś. Potem my musimy to segregować na: jedzenie, kartki, ubrania i inne.
- Przez pierwsze trzy lata było to fajne – dodał Nico, - ale od czwartej klasy szukamy tylko tortu, a resztę oglądamy później albo i nie.
- One to robią z sercem, a ty nawet tego nie oglądasz – powiedziała Carmen i zaczęła współczuć swoim rywalkom.
- Bo szukam tortu – odpowiedział Felipe. – Zresztą ja je nie prosiłem aby mi coś dawały.
- Wiesz co on kiedyś od takiej o dwa lata młodszej dostał? – zapytał Nico. – Taki długalaśny czerwony szalik.
Javier wybuchł śmiechem.
- Jak go założy i owinął wokół szyi to jeszcze leżał na podłodze ten szalik – dodał Casillas próbując się opanować.
- A Mercedes, ta plotkara z waszej klasy w tamtym roku dała mu kalendarz ze swoimi zdjęciami – powiedział Torres.
- To ona się w tobie kocha? – zdziwiła się Deatis.
- A kto tej uroczej mordki nie kocha – odpowiedział Javier szczypiąc Felipe w policzek.
- Deatis, Frans… i Frans – zakończył Nico nie mogąc sobie nikogo innego przypomnieć.
- Jakie to zabawne – powiedziała z ironią Carmen.
- To jak? Upieczesz mi i w tym roku tort? – zapytał Felipe.
- Skoro nalegasz – odpowiedziała z uśmiechem.
- O… dwudziesta druga! Zaraz będą życzonka – powiedział Nico. – Włącz telewizor.
Felipe machnął różdżką i nad kominkiem ukazał się duży, szklany ekran oprawiony w złotą ramę. Po chwili ich oczom ukazał się król Juan Carlos I, który życzył swoim poddanym wszystkiego najlepszego na nadchodzący nowy rok.
- Schudło mu się chyba, nie? – zapytał Javier.
- Może – odpowiedziała Deatis. – Ale ubranie jakie fajne miał.
- Si, świetnie wyglądał w tym swoim nowym garniturku – dodał Nico.
- Pewnie od Gucciego – powiedział Felipe.
- Mamy fajnego króla – podsumowała Francessca.
- Bo my jesteśmy Hiszpanami! – powiedział Nico.
Po paru minutach paczka przyjaciół wróciła do wspominania starych czasów. Największe katastrofy i zwycięstwa. Zanim się obejrzeli, a zostało jakieś piętnaście minut do północy.
- Prosze – powiedział Felipe stawiając na stole sześć talerzyków z małymi winogronami.
- Winogrona? – zapytała Deatis.
- Hiszpańska tradycja sylwestrowa – odpowiedział Nico. – Nie słyszałaś o tym?
- Chyba Carmen coś tam wspominała, ale zazwyczaj dzień trzydziestego pierwszego grudnia spędzam we Francji – rzekła de Didero.
- No więc masz dwanaście winogron – zaczął tłumaczyć Torres. – Zaraz przeniesiemy się na plac do Madrytu i tam w rytmie uderzeń zegara musisz zjeść te winogrona.
- W między czasie pomyśl sobie życzenie – dodał Javier.
- Ona nigdzie nie idzie – powiedziała Carmen. - Ma chorą nogę i nie może tak chodzić w tą i w tamtą stronę. Kostka musi być unieruchomiona.
Wszyscy popatrzyli na Mermaid jak na wariatkę.
- To co robimy? – zapytał Felipe. – Umówiłem się z Alfonso, że pójdziemy potem na dyskotekę.
- Trzeba będzie to odwołać – odpowiedziała Carmen siadając obok Deatis. – Ja się bez niej nigdzie nie ruszam.
- Ja też nigdzie nie idę – odezwała się Francessca siadając po drugiej stronie de Didero.
- Wydaje mi się, że mamy mały bunt na pokładzie – szepnął Javier do Corteza.
- To wy wszyscy zostaniecie – powiedział Falipe, - a Carmen pójdzie ze mną do Madrytu i wytłumaczy Alfonso, dlaczego nie przyjdziemy – dodał z wrednym uśmieszkiem.
- Nie ma sprawy – odpowiedziała Mermaid w takim samym stylu.
- Seniorita pozwoli – powiedział Cortez podając jej płaszcz.
Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem po czym się ubrała. Wzięła w jedną rękę talerzyk z winogronami i przeszła przez obraz Madrytu, a zaraz za nią Felipe. Po drugiej stronie zastała ich ciemność.
- Gdzie teraz? – zapytała dziewczyna.
W odpowiedzi młody Cortez złapał ją za rękę i zaczął prowadzić do wyjścia. Po chwili zobaczyli światło i wyszli na świeże powietrze. W oddali słychać było krzyki Hiszpanów, którzy to oczekiwali w napięciu kiedy to zegar zacznie wybijać północ. Felipe wraz z Carmen udali się na plac Puerta del Sol30. Kiedy doszli na miejsce spojrzeli na zegarek. Ledwo zdążyli. Mieszkańcy Madrytu w rytm taktu zegara zaczęli połykać małe, wcześniej przygotowane winogrona. Po skończonej zabawie wszystko trzeba było popić szampanem.
- Chodź – powiedział Felipe, kiedy wszyscy zaczęli się rozchodzić.
Dziewczyna nadal nic nie mówiła. W milczeniu poszła za Cortezem. W końcu naprzeciw nim wyszedł młody mężczyzna. Ubrany na luzacko wymienił przyjacielski uścisk z Felipe.
- A gdzie reszta? – zapytał Alfonso.
- Zostali w domu – zaczął Felipe. – Carmen, to jest mój znajomy Alfonso Morena.
- Carmen Mermaid – powiedziała dziewczyna wyciągając rękę do nowo poznanego chłopaka. – Miło mi.
- Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedział szarmancko Alfonso całują przy tym dziewczynę w rękę.
- Seniorita ma coś ci do powiedzenia – rzekł Cortez.
- Nikt od nas nie może iść na dyskotekę. My też nie zostaniemy – powiedziała Mermaid.
- No ale dlaczego? – odpowiedział z żalem Moreno.
- Ponieważ moja przyjaciółka złamała sobie kostkę. Podałam jej eliksir, ale musi nogę mieć cały czas usztywnioną – odpowiedziała dziewczyna. – Nie chcę jej zostawiać samej w taki dzień.
Nagle podeszła do nich nowa dziewczyna. Miała krótkie czarne włosy i sylwetkę tancerki. Założyła skąpy w strój w myśl „nowoczesnego flamenco”.
- Witaj Felipe – zaczęła i pocałowała chłopaka w policzek. – Veronica Diaz.
- Carmen Mermaid – powiedziała i uścisnęła dłoń Mermaid.
- Nie mogą iść bo jakaś dziewczyna złamała nogę – powiedział w wielkim skrócie Alfonso.
- A ty sam nie możesz przyjść? – zapytała Veronica uśmiechając się do Felipe.
- Señor Cortez ma duże zaległości z eliksirów – wtrąciła Carmen.
- Chyba nie będzie się ich dziś uczył – odpowiedziała Diaz.
- Oczywiście, że nie będę – odpowiedział uśmiechając się, jednak w głębi serca chciał zamordować Carmen tu i teraz.
- W takim razie, jak pójdzie na tą imprezę, to później powinien sobie znaleźć dobrego korepetytora, bo będzie mu baaaardzo potrzebny. Adios! – odpowiedziała Mermaid odwracając się na pięcie i poszła do miejsca gdzie znajdował się portal.

- Jak było? – zapytał Nico kiedy dziewczyna trafiła z powrotem do domu Corteza. – Gdzie Felipe?
- A siedzi sobie z tą Veronicą – odpowiedziała podenerwowana i udała się do kuchni.
Zaraz po niej do salonu wszedł Cortez.
- Jak było? – zapytał Nico zastanawiając się czy przypadkiem nie pogorszy sytuacji.
- Gdzie Carmen? – warknął a Nico odpowiedział mu milczeniem.
Felipe w sumie nie musiał się pytać o pobyt Mermaid. Doskonale wiedział gdzie ona jest. Poszedł do piekielnej kuchni, aby „porozmawiać” o jego reputacji wśród znajomych i o tym na ile sobie Carmen pozwala.
- Kto idzie? – zapytał Nico Javiera. – Ja czy ty?
- Ale po co? – zechciała się dowiedzieć Deatis. – Pogorszycie sytuację.
- Gorzej będzie jak im się nie przerwie tej dyskusji – odpowiedział Torres.
- To ja idę, ale jak wrócimy to nikt się nie pyta o żadne szczegóły – powiedział Javier wychodząc do kuchni.
Długo trwało zanim Casillas zdołał sprawić aby jedna i druga strona nic nie mówiły. Jeszcze więcej czasu zajęło mu aby te dwie strony ze sobą pogodzić… a przynajmniej żeby nie rzucały w siebie talerzami. Dopiero po półtorej godziny Carmen przyznała, że nie powinna była się wtrącać do rozmowy Corteza z Diaz, a Felipe powiedział, że wcale nie miał zamiaru tam iść, bo nie przepadał za spotkaniami ze swoją byłą dziewczyną. Wrócili do salonu. Wypili szampana, porozmawiali o głupotach po czym wszyscy zdecydowali, że lepiej będzie jak pójdą spać. Gospodarz domu zaprowadził gości do gościnnych sypialni na górze. Dom był tak duży, że każdy z gości dostał osobny pokój.

Carmen szła przez ciemny, ponury las. Była całkiem sama. Musiała przedostać się na drugą stronę pobliskiej rzeki. Usłyszała melodię… grę na fortepianie… tą samą co w szkole. Obejrzała się za siebie. Nikogo nie było. Szybkim krokiem zaczęła iść w kierunku wody. Nagle dobiegł ją niski, męski głos „Chodź do mnie”. Carmen przestraszona zaczęła biec do rzeki. Tylko ona mogła ją uratować, głos był coraz silniejszy, głośniejszy, dobiegał z różnych kierunków. „Wstań i chodź do mnie”. Woda, woda… ratunkiem była woda. Za głazem, za tamtym drzewem, Carmen była już blisko celu. Wybiegła na polanę. Słyszała szum wody. Gdzieś tu powinna być rzeka ale nie ma jej! Mężczyzna stał w ciemnościach z wyciągniętą ręką. Ciągle powtarzał „Chodź do mnie. Nie będzie bolało”. Rozglądała się nerwowo. Szukała ratunku. Mężczyzna podchodził coraz bliżej i bliżej…
- Carmen! Mermaid! – krzyczał Felipe potrząsając przy tym dziewczyną. – Cami obudź się.
Dziewczyna popatrzyła na chłopaka, po czym zaczęła rozglądać się po miejscu w którym się znajdowała. Nadal była w gościnnej sypialni państwa Cortez. Bezpieczna.
- Carmen, to tylko zły sen – powiedział i przytulił przerażoną dziewczynę.
- Bardzo realistyczny - szepnęła.
- Jesteś cały czas w moim domu, nic ci nie grozi – odpowiedział i przytulił jeszcze mocniej Mermaid.
Po paru minutach wstał i udał się do wyjścia.
- Śpij – powiedział naciskając na klamkę od drzwi.
- Możesz zostawić zapalone światło? – zapytała Carmen, jakby ten fakt miał dodać jej odwagi.
- Carmen, ale to jest zbędne.
- Proszę, zostaw zapalone światło – powiedziała, cały czas wspominając koszmar z którym miała jakieś dziwne złe przeczucia.
Chłopak popatrzył przez chwilę na dziewczynę. Była przerażona, cała się trzęsła i nerwowo rozglądała po pokoju jakby coś miało wyskoczyć zza rogu.
- Czego ty się boisz? – zapytał w końcu.
- Że ktoś tu przyjdzie i mi coś zrobi…
- Nie płacz – przerwał jej nagle Felipe, który ponownie usiadł na jej łóżku. – Proszę, tylko nie płacz.
- Boję się – szepnęła rzucając się w jego ramiona.
- Słuchaj… ale nie płacz – zaczął Cortez, ocierając łzy Carmen. – Poczekam, aż zaśniesz.
Dziewczyna ze smutną miną położyła się i przykryła kołdrą. Felipe natomiast zajął wygodną pozycję na pościeli i przysunął do siebie Mermaid. Seniorita zamknęła oczy i zasnęła.
Usłyszała ten sam niski głos. „Nie wołaj o pomoc bo nikt nie przyjdzie”. Dziewczyna zaczęła biec w głąb lasu. Usłyszała wyjące wilki, które na polecenie mężczyzny ją ścigały. Biegła przed siebie. Nie wiedziała gdzie, po prostu biegła. Nikłe światło księżyca oświetlało jej drogę. Cięgle słyszała „To przez twojego ojca! Zabiorę mu to co najcenniejsze!”. Uciekała. Potknęła się o wystający konar. Upadła. Dziki wilk stał tuż za nią szczerząc kły. „Zabawimy się, przytrzymać!”. Wilk popatrzył groźnie na ofiarę po czym skoczył na bezbronną dziewczynę kalecząc jej nogę…
- Carmen! – krzyczał Felipe próbując dobudzić Mermaid.
Seniorita otworzyła szeroko oczy i czym prędzej zdarła z siebie kołdrę aby zobaczyć lewą nogę. Nienaruszona. Cały czas ciężko oddychała. „Przyjdź do mnie” usłyszała.
- Felipe czy to jest sen?! – krzyknęła schodząc z łóżka.
- Co? – zdziwił się chłopak. – Eee… już nie śnisz?
- On tu jest! – powiedziała podchodząc do siedzącego na łóżku Felipe. – Jest tu!
- Carmen, uspokój się.
- Cii… słyszysz? – zapytała kiedy niski głos znowu ją wołał.
- Nie – odpowiedział chłopak. – Dobrze się czujesz?
- On mnie zabije! – krzyknęła dziewczyna, która usłyszała znienawidzoną melodię.
- Ale kto? – dopytywał się Cortez
- Idzie pomnie. Co robić?
Felipe oparł głowę na dłoni i ze stoickim spokojem wysłuchiwał krzyków Carmen, jednak po pięciu minutach stało się to nieznośne. Szybko wstał, chwycił dziewczynę za rękę i wyprowadził z pokoju.
- Gzie idziemy? – zapytała zaskoczona Carmen. – Proszę ratuj, on tu jest. Ta melodia! On jest blisko… - mówiła ciągle oglądając się za siebie, a Felipe sprawiał wrażenie jakby nie słuchał.
Szli przez długi szeroki, jasny korytarz. Muzyka rozbrzmiewała gniewnie i donośnie. Postacie w obrazach posyłały karcące spojrzenia parze czarodziei. Carmen była przerażona, bliska zwariowaniu, Cortez spokojnie, ale i stanowczo szedł przed siebie. Po kilku okrążeniach salonu podeszli do ściany. Ta muzyka… Dłoń Carmen, którą ściskał chłopak, położył na drewnie i do ucha szepnął jej „Felipe Cortez tylko twoim panem jest”. Dziewczyna bliska omdleniu, bez żadnych emocji powtórzyła słowa chłopaka. Melodia tajemniczego V. była tak przerażająca, że Mermaid nie mogła tego znieść. Na początku wściekała się, panikowała, ale teraz nie miała już na nic siły. Naprzeciw pary młodych ludzi ukazały się ciemne dębowe drzwi. Cortez nacisnął klamkę i wepchnął dziewczynę do środka. Niebieskie światło i muzyka przestała grać. Carmen otworzyła szeroko oczy i zakręciła się wokół własnej osi. Nic nie słyszała. Kompletna cisza. W pomieszczeniu panował mrok, tylko światło księżyca określało kontury mebli. Cortez machnął ręką i niskie czarne łoże podświetliło się znikomo.
- Kładź się – powiedział stanowczo siadając na łóżku. – Idziemy spać.
Dziewczyna nie drgnęła.
- Gdzie drzwi? – zapytała wskazując na miejsce przez które weszli.
- Nie ma – odpowiedział. - Śpij.
Carmen popatrzyła na mężczyznę leżącego w czarnej pościeli. Może nie powinna, może nie wypadało, ale usiadła na drugim brzegu łóżka i pod kołdrę wsunęła swoje nogi. Po chwili poczuła jak męskie silne
» data: 1 styczeń 2009
» Powrót
» posted by CamiShoot
» komentuj



Hola. Strasznie mi przykro, ale ten komentarz pojawił się na tym blogu w jakiś dziwny sposób, gdyż komentowałam zupełnie inny... Śliczny szablon.
holly-grey
           » http://holly-grey.blog4u.pl    2 styczeń 2009


A więc... Na podstronę zajrzałam. I rzec muszę, że jest gorzej niż niefajnie -- Fleer jest biedna. --
I ogólnie to zupełnie niefajnie będzie, jak się o tym pozostałe dziewczęta dowiedzą --

Swoją drogą, to nie da się od pani wyłudzić rozdziału wcześniej niż w niedzielę, prawda? (spogląda spojrzeniem kota ze Shreka w monitor)
Poza tym skoro to nie był sen, to by oznaczało, że... Legilimencja? Ale wtedy Carmen musiałaby zobaczyć nie siebie, ale kogoś innego (analogicznie jak Potter zobaczył Nagini), albo czarnoksiężnik musiałby być naprawdę potężny... --
(I co mu mógł zrobić jej ojciec? oO)
______________________
Co do Snape'a i Jamesa to pani zobaczy ^^ I sprawa Legisa się wyjaśni w najbliższych rozdziałach ^^

A poza tym (zaciera łapki z Grinczowym Uśmiechem na twarzy) ogólnie to ciekawam co TERAZ pani o Jamesie myśli? :>
(przenikliwe spoziernie)
(i kotoshrek błagający o nowy rozdział)
Crimson
           » brak www    2 styczeń 2009


Już jest rozdział numer 7 ^^
Zapraszam zatem w wolnej chwili ^^
Crimson
           » brak www    2 styczeń 2009


Zamiast kawy powinna mi pani poradzić jakieœ tabletki nasercowe, bo straszliwy szok (w sensie pozytywnym, rzecz jasna ^^) przeżyłam, przy sprawdzaniu czy rozdział rzeczywiœcie długi. Bo zobaczyłam na dole ten przypis o Jamesie, tak przy okazji. ^^'

Co do rozdziału...
A to dlatego tak rodzina Carmen zareagowała nerwowo... Ciekawam czy ten V. nie jest przypadkiem zamieszany w wysyłanie liœcików do jej ojca. W sumie to chyba jest całkiem możliwe, po tym 'odbiorę ci co najcenniejsze'....
I o ile wczeœniejsze liœciki można było (a przynajmniej te, których treœć była wspomniana) uznać za zasadniczo... przyjemne, takie w stylu 'tajemniczy wielbiciel', to za ten, który Carmen dostała teraz wykastrowałabym nadawcę. Sama. Własnoręcznie. Obojętnie od tego jakim by nie był geniuszem muzycznym. --

'- Nie wiem – dopowiedział Felipe. – Stało to wzišłem' to było piękne ^^
A ja już myœlałam, że tylko mi nie wychodzi ciasto...
(nie żebym gipsu zamiast mški dodawała, ale mój biszkopt zawsze jest płaski. A siostry olbrzymi roœnie -- Zupełnie nie wiem dlaczego)

Swojš drogš, to mnie pani ostatecznie skonfundowała, droga Lady Carmen. Już absolutnie nie wiem co mam o Felipe myœleć. Bo raz jest z niego napuszony kretyn, raz robi się całkiem miły, potem znowu zaborczy bufon i jeszcze raz miły chłopak...
W każdym razie uważam, że Carmen mu się podoba. Tylko on o tym jeszcze nie wie.

Pomysł z karteczkami wyborny. ^^ Naprawdę mi się spodobał. Tylko co jest Frans?
Zapewne coœ poważnego, skoro nikt nic o tym nie wie --
(oby nie, bo nie będzie fajnie --)

Co do Veronici... Zasadniczo, na pierwzy rzut nie odniosłam o niej najlepszego wrażenia.
I swojš drogš przez chwilę pomyœlałam, że to ona jest tym tajemniczym 'V' (w œwiecie czarodziejów też mogš się zdarzać ludzie o odmiennej orientacji seksualnej, prawda?), ale pomysł został zarzucony. Bo w końcu była dziewczynš Felipe, więc...

Co do snu Cramen, to mam wrażenie, że on snem nie był. A przynajmniej nie tak do końca...

Poza tym Felipe znowu zachował się tak porzšdnie, po męsku...
(i już absolutnie nie wiem, CO mam o nim myœleć --' Aboslutnie i ostatecznie)


W każdym razie czekam na następny rozdział. ^^
(i mam skrytš nadzieję, że również dłuuugi będzie ^^)
___________________
PS. Z tego, co wiem, to chyba wszędzie sš ogranicznia, co do iloœci tekstu zamieszczanego jednorazowo. Na mylogu, z tego co pamiętam, więcej niż 10 stron A4 wrzucić nie szło --
PSS. ''Rozerwała papier i ukazała jej się czarna gruba ksišżka widziana od tyłu. „Horacy Slughorn: To jest dzieło na którš wszyscy wielbiciele eliksirów czekali…”. Serce zaczęło jej szybciej bić. Była już prawie pewne co to za ksišżka. Nagłówek nosił tytuł: Eliksiry autorstwa Jamesa Evansa.
- Matko! – krzyknęła Carmen. – To ten facet, który ma nowatorskie poglšdy na temat eliksirów. Gracias – powiedziała i mocno uœcisnęła chłopaka. – Opracował szybsze metody sporzšdzania niektórych mikstur. Zresztš sam trochę swoich dodał…
- Czy ta ksišżka jest ci potrzebna, skoro pięknie recytujesz jego biografię? – zapytał Felipe majšc wielkš z satysfakcję z reakcji dziewczyny na podarunek.
- To jest najbardziej oczekiwana ksišżka tego roku! – powiedziała jakby to miało tłumaczyć całš sprawę. – Skšd jš masz? Sprzedawana miała być dopiero od północy…
- Długa historia. Wczoraj do nas zadzwonił, bo pilnie potrzebował samochodu – zaczšł. – Ja mu go sprzedawałem – powiedział akcentujšc słowo „ja”. - Coœ wspomniał, że jutro, czyli dziœ, ma konferencje i potrzebne mu dobre auto. No od słowa do słowa powiedział na jaki temat wydaje ksišżę, no i dzięki mojej charyzmie zgodził się odstšpić ci swojš własnš – powiedział Cortez nie wspominajšc, że dużo musiał opuœcić z ceny samochodu, aby tš ksišżkę zdobyć. – Zobacz, nawet jest dedykacja.
Dziewczyna otworzyła pierwszš stronę i zaczęła czytać. „Dobre wino i ładna kobieta to dwie miłe trucizny. Dla Carmen, seniority która najpiękniej wyglšda w mokrej czerwonej sukience.
James Evans.”
- Dyktowałeœ mu? – zapytała dziewczyna.
- Tak – przyznał Felipe przypominajšc sobie, że za tyle pieniędzy Evans był skłonny jeszcze to jakoœ ozdobić w gwiazdki, albo w serduszka…''
A z tego œmieję się do tej pory. ^^
Swojš drogš... gdyby Emitera przeczytała takš dedykację i zobaczyła jakieœ serduszka byłaby wœciekła... ^^'
W każdym razie hontou ni doomo arigatou Carmen-dono. ^^ Uchachałam się jak dziki pingwin, czytajš to ^^
PSSS. (ostatni) Dzisiaj, żeby nie było, że nie informuję czy coœ, pojawi się u mnie kolejny rozdział*, więc proszę sprawdzać. ^^
*Teraz się poprawia, w przerwie między robieniem obiadu i pisaniem tego Makabrycznie Długiego Komentarza. O. ^^'
Crimson
           » brak www    2 styczeń 2009


¡Feliz Año Nuevo 2009! (Urte Berri On 2009! ; Feliz AniNovo 2009! Feliç Any Nou 2009!)


Nareszcie ^^
Nie mogłam się wręcz doczekać kolejnej części. Powiem szczerze, że do grona podejrzanych dołączył majordomus, aczkolwiek sama nie wiem...

Szkoda, że w tej grze nie było większej ilości ciekawych kąsków ^^ jeśli wiesz, co mam na myśli :D

Ach i na koniec jeszcze jedno spostrzeżenie. Carmen i Felipe zachowują się jak stare, dobre małżeństwo. Kłócą się i godzą ^^

"- Powiedz – zaczął ojciec Carmen, - dużo czasu spędzasz z moją córką?
- Ostatnio nie, ale mam w planie być przy niej 24/7 – odpowiedział Felipe, który chciał rozwścieczyć mężczyznę wiadomością, że taki chłopak jak on będzie cały czas przy jego nieskazitelnej córeczce."

Czy to jakaś obietnica? Traktować ją poważniej, niż ich normalne "przyjacielskie" układy?

Ok, znalazłam parę wpadek, głównie interpunkcyjnych, ale kto ich nie popełnia. Tym bardziej, ze rozdziały, które dodajesz są taaaak długaśne, że całkowicie mnie zaspokajają ^^

P.S. Dobrze, że napisałaś o tych 20 stronach, choć jeszcze nie zdarzyło mi się tyle stworzyć... Taka dobra rada na przyszłość ^^

Pozdrawiam i nie mogę doczekać się niedzieli ;)
Alex K.
           » http://story-about.blog4u.pl    2 styczeń 2009


Zawszę ja muszę oberwać xD Ale znicz mogłaś dać mi złapać... tak dla odmiany, ale w sumie Nico nie da się pokonać. Sylwestra spędziłyśmy fajnie, choć ja winogron nie lubię. Zaintrygował mnie majordomus ^.^ a wydawało mi się, że taka funkcja służby domowej jest tylko w Francji, muszę zgłosić zażalenie do mojego pana z historii! Homar killer też mi się podobał.

"„Horacy Slughorn: To jest dzieło na którą wszyscy wielbiciele eliksirów czekali…”.

Na mojej twarzy pojawił się na tym zdaniu olbrzymi uśmiech. Taki byczy, że mi się nie mieścił na twarzy. Ah... Evans ma dobrze xD Ciekawa jestem co jego "autorka" na to powie. Slughorn poprawił mi humor po stracie papcia... (mojej resztki godności po sylwestrze!)

"- To jest ta mąka, której użyłeś? – odpowiedział śmiejąc się pod nosem.
- Si – potwierdził Felipe.
- Nico, powiedz mu co to jest – powiedziała dziewczyna podając chłopakowi puszkę.
- To jest gips – odpowiedział bardzo poważnie Torres."

To mnie powaliło... GIPS POMYLIĆ Z MĄKĄ?! No... lepi się niby tak samo i tak dalej, ale... xD

"- Chodźmy do domu – odezwał się Javier odwracając się i napotykając tym samym armię majordomusów. – A z nimi co?
- Klony poprzebijaj szpilką, a tego prawdziwego zostaw – odezwała się dziewczyna."

Kto by wziął majordomusa do drużyny? Mój Wiliam na pewno by nam pomógł... No dobra, jeżeli by nie dostał zawału, oczywiście. Ale swoją drogą ładny to musiał być widok - kłucie kilka tysięcy facetów w coś... No ja bym wiedziała gdzie kłuć! Zakończenie oczywiście perfekcyjne! Jak ja wytrzymam do tej niedzieli?! Nadal nie wiem kim jest V, albo ja muszę to jeszcze raz przeczytać... ^^
Deatis
           » http://lodowata-wisienka.wjo.pl    1 styczeń 2009