|
XI Krew de Didero była wszędzie
|
|
Carmen w milczeniu weszła do swojego rodzinnego domu. Czarny żakiet rzuciła niedbale na komodę w przedpokoju, sama zaś usiadła na białej, skórzanej kanapie w salonie. Była smutna i przygnębiona. Popatrzyła na swoją lewą rękę i białą nitkę zawiązaną na kształt bransoletki. Poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Nie tak wyobrażała sobie swoje osiemnaste urodziny. Seniora Mermaid ubrana w czarną, lekką sukienkę usiadła obok córki. - Jak się czujesz? – zapytała ostrożnie jakby bała się, że Carmen zaraz rzuci się na podłogę i zacznie walić nogami i rękoma w posadzkę. - Tak jak ludzie po pogrzebie – odpowiedziała nadzwyczaj spokojnie wpatrując się w białe róże na małym stoliku. - Może idź się przespać? – zaproponowała Ellen. - Tak – rzekła młoda czarownica i wyszła z salonu. Dobrze wiedziała, że nie uśnie, jednak każde słowo matki coraz bardziej ją denerwowało. Za chwilę mogła stracić panowanie nad sobą i powiedzieć o kilka słów za dużo, a tego wolała uniknąć. Seniorita Veneno weszła do swojego pokoju. Przez kilka minut kręciła się w kółko. Usiadła na fotelu, potem na kanapie, w końcu znalazła się na łóżku. Czuła, że eliksir uspokajający przestaje działać. Boleśnie docierało do niej, że Miramontes już nie ma. Ból i bezradność spotęgowały obrazy z dzisiejszego poranka, które momentalnie pojawiły się przed oczyma Carmen. Blada Deatis wpatrująca się w drewnianą trumnę, przemowa kapitana drużyny Quidditcha opowiadającego o zasługach dziewczyny, komentarze przypadkowych osób litujących się nad wiekiem zmarłej czarownicy… „miała tylko siedemnaście lat”… Seniorita nie wiedziała co ma ze sobą zrobić. Zaczęła gorączkowo rozglądać się po bokach. Jej wzrok zatrzymał się na czarnej książce autorstwa Jamesa Evansa. Ucieczka w wir pracy mylnie wydała się jej najlepszym rozwiązaniem. * Marco siedział wygodnie rozłożony w swoim gabinecie, naprzeciw niego znajdował się Felipe. Był środek dnia. Słońce leniwie zaglądało przez ogromne okno. Starannie oczyszczone książki przez domowego skrzata stały na dębowych półkach. Od czasu do czasu na biurku pojawiały się znikąd białe papiery – dokumenty z firmy. Młody Cortez ze zdenerwowania gładził dębowy fotel. Ojciec natomiast z łagodnym uśmiechem na ustach notował coś w terminarzu. - Jak tam Carmen? – zapytał w końcu Marco zerkając znad zeszytu na syna. - W porządku – odpowiedział bezpiecznie dziedzic. - Nie pokłóciliście się? - Nie – rzekł Felipe zastanawiając się po co to ojcu do wiadomości. Znowu nastało milczenie. - Wiesz, że kolejne pogróżki przyszły do ojca Carmen? – zapytał Marco takim tonem jakby mówił o wyborze deseru lodowego. - Nic mi nie mówiła – przyznał szczerze młodzieniec. - Bo ona nic nie wie – rzekł ojciec wycierając szkła swoich czarnych okularów. – Ja mówię to dlatego, żebyś wiedział, że tamci nie zrezygnowali. - Mhm – przytaknął znudzonym tonem chłopak opierając głowę na dłoni. - Mógłbyś to potraktować poważnie – skarcił go señor. – Tu chodzi o wasze życie. - No ja rozumiem – powiedział Felipe marszcząc brwi. – Słucham, coście tam wymyślili? – dodał zdając sobie sprawę, że ojciec próbuje mu przekazać nowy sposób obrony. Marco przerwał pisanie i groźnie spojrzał na swojego pierworodnego. - Tutaj masz wszystko czego chcemy, przekaż to Carmen – powiedział gospodarz wskazując głową na kartkę leżącą na biurku. Chłopak energicznie chwycił papier i zaczął czytać. Im więcej słów przyswajał tym większa złość się w nim zbierała. Nie doczytał do końca, nie dał rady. - Jak to mam nie brać udziału w Quidditchu?! – krzyknął. – Czy wy jesteście poważni?! - Nie tym tonem Felipe! – zagrzmiał ojciec. - A właśnie, że tym – odpowiedział młodzieniec. – Co to ma być? Same zakazy, zero praw. - Troszczę się o ciebie! - Troszczysz? – powtórzył z ironią chłopak. – Nie, ty robisz wszystko inne, ale na pewno nie to. - Chcą cię zabić, nie mam zamiaru ryzykować… – rzekł ojciec wstając z fotela. - Ojciec Carmen też się o nią troszczy? – ciągnął dalej Felipe - Robicie wszystko za nas, nie pozwalacie nam samym decydować. Mnie już ustawiłeś w branży samochodowej, Stefano planuje Carmen przekazać fabrykę mioteł… a może my chcemy robić coś innego? - Jak to innego? – warknął Marco. - Pomyśleliście o tym? – zapytał z ironią chłopak. – My też jesteśmy w stanie coś osiągnąć! - Felipe, to jest za poważna sprawa, żebym mógł cię z nią zostawić – rzekł Marco. Czara goryczy się przelała. - Rujnujesz mi życie! – wybuchnął - Stefano… Stefano też! Wszyscy po kolei jesteście nienormalni! – mówił wskazują palcem na ściany jakby ktoś tam stał. - Zamknij się – krzyknął Cortez, który całkowicie stracił nad sobą kontrolę. – Myślisz, że życie jest takie łatwe i przyjemne? - Mając takiego ojca wiem, że nie – rzekł Felipe. - Skoro twój ojciec jest taki niedobry to będziesz siedział w swoim pokoju dopóki nie pozwolę ci wyjść! - Nie jestem dzieckiem! – krzyknął Felipe. - Co cię opętało? – rzekł Marco wymachując nerwowo długopisem. - Dotarło do mnie, że mam osiemnaście lat i potrafię sam o siebie zadbać – rzekł Felipe. – Lepiej by mi się żyło samemu – dodał z goryczą. - Samemu – powtórzył ojciec z niedowierzaniem. – Pracowałem całe życie po to, żebyś miał wszystko co najlepsze, a ty mi teraz mówisz, że lepiej by ci się żyło samemu?! - Si – potwierdził Felipe. – I wiesz co? Wyprowadzam się! - Nigdzie stąd nie pójdziesz – krzyknął Marco. - A właśnie, że pójdę – odkrzyknął Felipe i trzasną drzwiami pozostawiając zaskoczonego ojca samego. Chłopak szedł do swojego pokoju. Był tak wściekły, że chciał wszystko wysadzić w powietrze. „Ojciec wymyślił kolejne zakazy! Nie! Nie i nie! On jest jakiś nienormalny no! Jako pięciolatek miałem większe prawa… choć w sumie to nie miałem. Przecież całe życie musieli mi organizować plan dnia. Gra na fortepianie, nauka czytania… o wszystkim oni decydowali! Nie! Teraz ja postawię na swoim! Nie będzie mi rządził!” Felipe cały aż dygotał ze zdenerwowania. Minął drzwi do piwnicy i gwałtownie się zatrzymał. Zrobił krok w tył i przeszedł przez próg. Schodami w dół udał się do wielkiego pustego pomieszczenia. Od zawsze ćwiczył tam szermierkę. Stanął na środku sali. Wyciągnął różdżkę i stworzył własnego klona. Magiczny patyk rzucił gdzieś w kąt, chwycił szpadę i zaczął potyczkę ze samym sobą. Podczas walki cały czas myślał o rozmowie z ojcem. Denerwowały go te zakazy od zawsze, ale znosił je cierpliwie. Wmawiał sobie że to dla jego dobra, ale teraz? „Wolę żyć tydzień pełną piersią niż sześćdziesiąt lat kryć się po kątach, bo a nóż widelec, ktoś czyha za rogiem na moje życie.” Rzucił szpadę na ziemię i przeszedł obok „martwego” znikającego klona. * Javier właśnie skończył czytać list od sąsiada. Dowiedział się, że Cortez ma zamiar do niego przyjść na noc. Czarnowłosy chłopak wyjrzał przez okno skąd widział wjazd do domu. Felipe jeszcze nie przybył. Casillas rozejrzał się po swoim pokoju. Po prawej stronie przed plazmowym telewizorem znajdowała się sterta brudnych naczyń. Po lewej zaś biurko było zasypane papierami. Wszedł po czarnych kręconych schodach na górę i zastał duże, nie pościelone łóżko. Obok znajdowała się ogromna, lustrzana szafa. Javier zobaczył swoje odbicie i wygładził czarną koszulę. Z kwaśną miną popatrzył na drzwi od łazienki. Wiedział, że i tam wołają o pomstę. Usiadł na łóżku i jakby od niechcenia powiedział: - Who! Usłyszał trzask i pojawił się drobnej budowy skrzat. Miał charakterystyczne podwinięte uszy do dołu, wielkie brązowe oczy i niebieskie ogrodniczki. - Weź no tu ogarnij – mruknął Javier pokazując ręką pomieszczenia. Skrzat schylił się lekko i zaczął pracę. Casillas zaklęciem pościelił sobie łóżko po czym na nie wskoczył by zagłębić się w lekturę „zakazana retoryka”. Po upływie pół godziny usłyszał kroki wysokiego mężczyzny, który właśnie wchodził po schodach. - No prosze, prosze… kogo tu przywiało – powiedział Javier zaginając róg strony. - Pokłóciłem się z ojcem – rzekł w wielkim skrócie Felipe. - O co? – zechciał się dowiedzieć Casillas. - O to, że on o wszystkim decyduje, o to że ciągle mi czegoś zakazuje – żalił się Cortez siadając obok przyjaciela. - Ojciec wie, że jesteś u mnie? - Nie – szepnął Felipe. - A co mu właściwie powiedziałeś? - Eee… że się wyprowadzam – mruknął młodzieniec, na co Javier nic nie odpowiedział. – Mam go dość! - Rozumiem cię, nie musisz się denerwować – rzekł Casillas widząc, że sąsiad znowu zaczyna mieć napad złości. – Co teraz planujesz? - Nie wiem – rzekł Cortez. – Mam akt własności wyspy… może tam zamieszkam. - Chcesz mieszkać na przeklętej wyspie? – zdziwił się Casillas. - Przynajmniej jest ona moja - odpowiedział Felipe. – Nie wiem no! Jutro nad tym pomyślę. - Who, przynieś coś do jedzenia – rozkazał Javier uśmiechając się lekko do przyjaciela. – Możesz tu mieszkać ile tylko chcesz. - Jeszcze Carmen – zaczął nie zwracając uwagi na słowa przyjaciela. - Zerwij z nią, aby nie narażać jej na niebezpieczeństwa – zaproponował Casillas ze sztucznym uśmiechem. - Nie mam zamiaru z nią zrywać – oświadczył Felipe marszcząc brwi. – Chcę powiedzieć, że mam nadzieję, że zrozumie moją decyzję. Pilnuj jej. - Bien – rzekł Javier modląc się w duchu by Mermaid przekonała Felipe do pozostania w Hiszpanii, bowiem pilnowanie Carmen było dla niego najwyższą karą. * Czas było wrócić do szkoły. Pierwsze lekcje nie były za ciekawe. Dziewczyny nie mogły się na niczym skupić. Wszystko leciało im z rąk. Wyrwane do odpowiedzi plątały się w swoim wywodzie, tak że na sam koniec same nie wiedziały co chciały powiedzieć. Zdecydowanie gorzej radziła sobie z tym problemem Carmen. Ilekroć miała wolną chwilę znikąd w jej uszach brzmiały słowa „przepraszam”. Dręczyła ją ta myśl przez wiele dni. W snach ciągle widziała sytuację mającą miejsce w starej szopie. Oczekiwała wsparcia, ale nikt nie dawał jej tego czego oczekiwała. Zaczęła być bardziej nieprzyjemna na bliskich jej osób. Im bardziej na nich warczała, tym częściej zostawiali ją samą aby jej nie drażnić. Ten fakt doprowadzał do tego, że Carmen zbierała w sobie złość przez kilka dni, a kiedy spotkała kogoś znajomego cały gniew wyładowywała na tej osobie. Wtedy to ów osoba zostawiała dziewczynę samą sobie, a seniorita zbierała w sobie gniew… i tak Carmen wpadła w błędne koło. Dziewczyna doskonale wiedziała, że rani swoich przyjaciół. Nie chciała tego, dlatego więc coraz częściej zamykała się w tajnym pokoju Corteza i pracowała nad nowymi miksturami. Niestety im dłużej przebywała w samotności, tym słowa wypowiedziane w kłótni były coraz bardziej bolesne. * Carmen siedziała na podłodze swojego dormitorium. Trzymała zdjęcie Felipe zrobione na sylwestrze. Od jego wyjazdu minęły dwa tygodnie. Tęskniła i jednocześnie martwiła się o niego. Nic nie napisał, ani do niej, ani do przyjaciół. Ta niewiedza doprowadzała ją do białej gorączki. Ilekroć spotykała Javier, zasypywała go pytaniami. Kiedy jednak tamten nic nowego jej nie powiedział zaczynała się na niego wydzierać, ponieważ jako przyjaciel powinien coś wiedzieć. - Nic nie wiadomo? – zapytała Deatis wchodząc do sypialni. Mermaid spojrzała na przyjaciółkę z miną dziecka, któremu nie pozwala się iść bawić z innymi dziećmi. - Nic – powiedziała i utkwiła wzrok w podłodze. * Cortez spacerował po brzegu „jeziora”. Gdzie nie spojrzał widział Carmen. Popatrzył na małe kamienie. Uśmiechnął się do siebie i przypomniał sobie jak próbował zrobić jej pierścionek. Jasne jest, że jubilerem nie zostanie. Wskoczył do wody i popłyną do podwodnej groty. Miał tam wszystko co było mu potrzebne: jedzenie, śpiwór, różdżkę i czyste kartki papieru. Postanowił, że sprowadzi Carmen, ale najpierw musi zapewnić jej godziwe warunki. * Deatis sprzątała dormitorium. Skrzaty nie miały tu wstępu. Kilka razy z rzędu wyrzuciły ważne dokumenty, tak więc dziewczyny same postanowiły zająć się porządkami. W obecnym czasie Carmen nie była w stanie o siebie zadbać, a co dopiero o jakiś pokój. Deatis była zdana na siebie. Najbardziej lubiła zaglądać pod łóżka. Znajdowała tam przeróżne rzeczy: zapomniane czasopisma, jakieś ołówki, ubrania… I tym razem znalazła coś interesującego - pożółknięta koperta. Potrząsnęła nią, coś było w środku… * Mermaid obudziło lekkie głaskanie po policzku. Otworzyła oczy i już miała krzyknąć kiedy mężczyzna zasłonił jej ręką usta. Chwycił ją w ramiona i wyszedł przez portal, który stworzył. Deatis śpiąca obok usłyszała trzask. Usiadła na łóżku i spojrzała na puste miejsce Carmen. Seniorita de Didero czym prędzej wybiegła do dormitorium chłopaków. Jak tornado wpadła do sypialni Torresa. - Carmen zniknęła! – krzyknęła w progu. - C-co się stało? – mrukną zaspany czarnowłosy chłopak. - No nie ma jej! – powtórzyła dziewczyna. - Carmen? – zechciał się upewnić Nico. – Może jest w bibliotece – dodał przewracając się na drugi bok. - Nie! Ktoś ją porwał, bo słyszałam! - Co się tak drzecie? – warkną Javier stając w drzwiach. - Bo jej nie ma – rzekła Deatis z lekką paniką w głosie. - Mermaid? – zapytał Casillas obierając się o drzwi. - A w bibliotece nie ma? - Ktoś ją porwał, nie dociera?! – krzyknęła dziewczyna wymachując rękami. - Ale sprawdzałaś w bibliotece? – zapytał znużony Javier. - No nie, ale ja słyszałam… - urwała i zaczęła się przyglądać Casillasowi. Chłopak wyjął małe, płaskie urządzenie z kieszeni. Przypominało to mugolskiego I’Phone jednak dane, które się na nim wyświetlały w niczym nie przypominały oprogramowania Apple. Czarnowłosy mężczyzna wystukał kilka nazw, a na ekranie pokazało się „Szukanie”. - Co to jest? – zapytała zaskoczona Deatis. - Szukacz 1.3 – odpowiedział pokazując ekran. – Wprowadziłem szczegółową mapę szkoły. Komputer szuka jej po wszystkich pomieszczeniach. Na ekranie pokazywały się kontury sal lekcyjnych, korytarzy. Na samym dole był zamieszczony pasek postępu, który w tej chwili wskazywał 98%. - Po co ci to? – zapytał Nico, najwyraźniej zły, że już nie uśnie. - Felipe kazał mi jej pilnować – mruknął Javier. – Nie mam zamiaru łazić za nią przez cały czas. - No i jak? – powiedziała Deatis, którą bardziej interesował efekt poszukiwań niż przyczyna wymyślenia takowego urządzenia. - No eee… - zaczął Javier. – No faktycznie jej nie ma… - Mówiłam! – krzyknęła dziewczyna zła, że jej nikt nie wierzył. - Poszukaj jej na terenie całej Hiszpanii – zaproponował Nico. - Oczywiście – warknął Casillas spoglądając wrogo na przyjaciela. – A masz mapę Hiszpanii z dokładnością do jednego metra? - Myślałem, że coś takiego zrobiłeś – zaczął usprawiedliwiać się Torres. - Nie przewidziałem, że ona gdzieś ucieknie… - Porwano ją – sprostowała Deatis. - No to nawet – przytaknął Javier. – Trzeba ją znaleźć. - Mówimy coś Felipe? – zechciał się upewnić Torres. - Oczywiście, że nie! – krzyknął Casillas, wyobrażając sobie konsekwencje związane z porwaniem Mermaid. – Nikomu nic nie mówimy. * Carmen siedziała w białej, męskiej koszuli przy wyspie w kuchni. Kurczowo trzymała żółtą szklankę z sokiem pomarańczowym. Miała mętlik w głowie. Obok niej, bezszelestnie przeszedł Felipe Cortez. Nalał sobie wody i usiadł naprzeciw dziewczyny. - Zrobić ci coś do zjedzenia? – zaproponował patrząc na twarz Carmen oświetloną przez wchód słońca. - Może lepiej sama sobie zrobię – uśmiechnęła się znikomo. – Z twoim talentem zrujnujesz tę kuchnię do południa. - Widzę, że wierzysz we mnie – mruknął czarnowłosy chłopak upijając łyk wody. Siedzieli w nowej kuchni Felipe. Była duża i urządzona w lekkim stylu. Przeważał kolor biały. Prostokątne okno, wielkości ściany ukazywało „jezioro” obok domu. W pomieszczeniu panował przyjemny chłód. - Ile już tu jesteśmy? – zainteresowała się Carmen szukając jajek w lodówce. - A o który czas pytasz? – zapytał Felipe podchodząc do jakieś tajemniczej, czarnej tablicy. - A co mam do wyboru? – zapytała wyjmując blaszaną miskę. - Czas na wyspie i czas w Hiszpanii – powiedział chłopak dotykając ekranu. - To najpierw na wyspie – rzekła Mermaid stając obok Felipe. Cortez dotknął niebieska ikonę przedstawiającą biała palmę. Ukazał się kalendarz. - … pięć… sześć… - liczył mężczyzna. – Około tygodnia. - A w rzeczywistości? – zapytała dziewczyna powracając do swojej poprzedniej czynności. - No tam eee… - mówił Cortez naciskając tym razem żółtą ikonę z podobizną czarnego byka. – No tak lepiej niż dzień. - Dzień – powtórzyła dziewczyna. – To ile ty jesteś na tej wyspie? - Oj… no eee… - zamyślił się. – Trochę więcej niż trzy miesiące. Dziewczyna uniosła brwi. - Trzy miesiące? – powtórzyła z niedowierzaniem. - No przecież nie machnąłem takiego domu w dwa dni – powiedział krzyżując ręce na piersi. Carmen wróciła do przygotowywania ciasta na omlet. Co jakiś czas spoglądała na ściany. Była pod wielkim wrażeniem. Nie wiedziała, że Cortez sam potrafi „wybudować” całkiem niezły dom. Po skończonym posiłku Mermaid postawiła wszystko na jednej szali. Bała się reakcji Felipe, ale wiedziała, że ta rozmowa ich nie minie. - Wracajmy do domu – powiedziała i już od tego momentu wiedziała, że źle zaczęła. - Nie – odpowiedział stanowczo Felipe. - Tak nie można – rzekła Carmen. – Wszyscy się o nas martwią… - Tia… rodzice – mruknął chłopak spoglądając od niechcenia na pejzaż za oknem. - Oni nas kochają, ale… tak na swój sposób. - Nie Carmen. Nie chce mieć nic wspólnego z takimi ludźmi – stwierdził spoglądając jej prosto w oczy. – Ciągle za mnie decydują… dojdzie to tego, że sam nie będę potrafił podjąć decyzji. - Jestem przy tobie. - Mhm… ja nie wiem co bym bez ciebie zrobił – przyznał wyobrażając sobie życie samotnika. – Te wszystkie ich zakazy wysysają chęć do… do istnienia na tym świecie. - Wiem – rzekła Carmen. – Idę ścieżką wydeptaną przez ojca, a kiedy chcę coś zrobić po swojemu, wybrać inną drogę to po prostu się boję, że nie będzie to trafna decyzja. - No i widzę, że się rozumiemy – powiedział z uśmiechem Cortez. – Szkoda tylko, że nasi rodzice nie chcą nas zrozumieć. - Jacy są tacy są, ale nie zasługują na całkowite odcięcie od nas – rzekła Mermaid patrząc na Felipe błagalnym wzrokiem. - Zabierają mi radość z życia, więc dlaczego mam się ich litować? – zapytał Cortez rozkładając ręce. – Sami do tego doprowadzili. - Ja wiem, ale każdy popełnia błędy. - Ale oni z tych błędów nie wyciągają wniosków – oświadczył chłopak upijając łyk wody. – I nawet nie próbuj stosować tej taktyki co oni! - O czym ty mówisz? – zdziwiła się dziewczyna. - Jak coś idzie nie po ich myśli, to próbują w tobie wzbudzić uczucie winy, że źle wybrałeś. - Uspokój się – powiedziała Carmen. – Jestem po twojej stronie, zawsze będę. - Ale teraz ich bronisz! - Bo powinniśmy wrócić. Nie możemy całkowicie odciąć się od świata – powiedziała gestykulując. – Jesteśmy ludźmi, a ludzie nie lubią samotności. - Mamy siebie. - Myślisz, że nam to wystarczy na siedem razy dłuższe życie w tym zawirowaniu czasowym? – zapytała z ironią Carmen. – Wróćmy dla siebie, dla przyjaciół, dla Dee, Nico i Javiera. - A czy oni są naszymi przyjaciółmi? – zawahał się. - Oczywiście, że są – odpowiedziała automatycznie Mermaid. – Skoczą za nami w ogień. Staną murem gdy będziemy potrzebować wsparcia. Felipe, co jest? - Nic – mruknął naburmuszony. – Po prostu nienawidzę tego życia. - Mówiłeś, że ja jestem twoim życiem – uśmiechnęła się lekko. - Łapiesz mnie za słówka – odpowiedział patrząc na nią spod łba. - Przepraszam – powiedziała, widząc że gra słów była troszeczkę nie udana. – Nie każę ci wpaść w ramiona ojca. Chcę tylko wrócić do rzeczywistości. - Nie idę – mruknął. - Idziesz! – powiedziała głośniej waląc pięścią w stół. – Ubieraj się, zaprowadzisz mnie do domu. - Powiedziałem, że nie! - Jeju… jaki ty jesteś uparty – mówiła robiąc kółka wokół krzesła. – Dobra… spełnię jakieś twoje życzenie. - Każde? – uśmiechnął się z lekkim diabelskim uśmieszkiem. - Eee… - zawahała się, od niechcenia wzrok przeniosła na leżący na blacie notes. – Napiszesz dziesięć życzeń na osobnych karteczkach. Ja wylosuję jedno. Chłopak zamyślił się na chwilkę po czym zaklęciem podarł kartkę na dziesięć równych części. Wziął długopis i zaczął tworzyć. Carmen miała nadzieję, że przy drugim skończą mu się pomysły i wymyśli coś prostego, banalnego. Druga rzecz, że miała nadzieję to coś ów prostego wylosować… - Gotowe – powiedział ukazując rząd białych zębów. Chłopak starannie wymieszał karteczki i zaczął obserwować dziewczynę. Carmen była mimowolnie lekko zdenerwowana. Postanowiła nie myśleć dużo nad wyborem. Chwyciła pierwszą lepszą kartkę. Otworzyła ją tak jakby trzymała w ręku wyniki tegorocznych Oscarów. Przeczytała życzenie i otworzyła lekko usta ze zdumienia. Chłopak wyrwał jej papier i zaczął się śmiać sam do siebie. - No to wracamy do Almerii – powiedział z triumfalnym uśmiechem na twarzy. – Jak ja kocham robić z tobą jakieś układy. * Powrót do rzeczywistości nie był już tak przyjemny. Nie obyło się bez krzyków rodziców Corteza. Felipe tym samym jeszcze bardziej nastawił się przeciwko Marco. Młodzieniec pocieszał się tylko jednym zdaniem, zdaniem które było zapisane na karteczce z wyspy Royal. Mermaid natomiast powróciła do dawnego sposobu traktowania ludzi. Znowu zaczęła być nieprzyjemna, znowu widziała puste łóżko obok siebie… * Którejś nocy Carmen siedziała na podłodze w swoim „stałym miejscu pobytu”. Ważyła właśnie eliksir, który pozwoli na przyspieszenie wzrostu roślin. Ze szwajcarską precyzją odmierzała potrzebne składniki, wtedy to znikąd zjawił się Felipe. Wystraszona dziewczyna niechcący stłukła flakonik z niebieską miksturą. - Pukać to matka i ojciec nie nauczyli? – warknęła odwracając się do niego. - Do swojego pokoju mam pukać? – zdziwił się. - Si, a jakbym była naga? – zapytała marszcząc brwi. - Nie miałbym nic przeciwko – uśmiechnął się lekko jednak zaraz tego pożałował. – Deatis ma gorączkę i skarży się na ostry ból szyi. Chciałbym, żebyś wykluczyła otrucie. - Nie jestem medykiem – syknęła Mermaid i zaczęła kroić ślimaki. - Ona cię potrzebuje – powiedział Felipe – nie odtrącaj jej. - Nie otrącam! – zaprzeczyła seniorita ze łzami w oczach. - Idziemy – rzekł zimno Cortez i pociągnął dziewczynę za sobą. Przeszli przez nowe, specjalne połączenie z dormitorium dziewczyn. W słabo oświetlonym pomieszczeniu leżała Deatis. Cała mokra, skulona od bólu. Przyjaciele bezradnie rozkładali ręce, nie umieli jej pomóc. Carmen podeszła do dziewczyny i uklęknęła przy łóżku. Popatrzyła przez chwilkę na normalnie wyglądającą szyję przyjaciółki. Delikatnie dotknęła jej policzków i czoła. - To nie jest otrucie – rzekła po chwili Carmen. – Co jadłaś dzisiaj? De Didero milczała, mocno tylko zacisnęła powieki. - Nie może mówić już od piętnastu minut – powiedział Nico siedzący po drugiej stronie łóżka. – Nie ma siły by nawet kiwać głową. Deatis lekko poruszyła ręką, dotknęła swojej szyi i przejechała po niej palcem. - Ktoś chce ją zabić? – zapytał Javier siedzący na komodzie. Carmen nie odpowiedziała. Z uwagą zaczęła przyglądać się miejscu które wskazała przyjaciółka. Dla ułatwienie zaświeciła w to miejsce różdżką. Coś zaczęło się tam błyszczeć i to nie były kropelki potu. Carmen pogładziła to miejsce i wyczuła coś twardego pod skórą. Poderwała się na równe nogi. - Ona się dusi – stwierdziła z przerażeniem Mermaid. Nikt się nie ruszył, nikt nie wiedział jak pomóc Dee. Pozostało im tylko liczyć na Carmen. Dziewczyna wybiegła do salonu. Chwyciła srebrny nóż i cisnęła nim w ścianę. Nic się nie stało. Drzwi do Klubu Ślimaka się nie otworzyły. Carmen upadła na kolana. Panika zaczęła ogarniać ją coraz bardziej. Deatis się dusi, a ona nie wie jak jej pomóc. Wróciła do sypialni. Widziała, że dziewczyna w każdej chwili może umrzeć. Przyszedł jej do głowy ryzykowny plan. W tej chwili najrozsądniejszy. - Felipe, przynieś eliksiry na rany – rozkazała. – Nico trzymaj jej nogi i ręce, Javier głowę. Torres usiadł jej na nogach, a rękami przytrzymywał je dłonie, Casillas zaś kolanami usztywnił jej głowę. Widziała przerażenie w oczach przyjaciółki, dlatego zasłoniła je jakąś bluzką, sama zaś przystąpiła do rozdzielenia tajemniczego łańcuszka siłą. Wypowiedziała zaklęcie i przystawiła różdżkę do szyi przyjaciółki. Carmen była zdesperowana. Nie wiedziała czy ta magiczna nić nie jest chroniona jakąś klątwą, nie miała pewności, że uda się ją przerwać zanim Deatis udusi się na dobre. Kolejna sprawa czy nie wykrwawi się na śmierć, bądź co bądź ale Carmen nie była dobra z biologii i nie wiedziała gdzie najbezpieczniej ciąć. Modliła się w duchu o powodzenie całej operacji. Po kilku cięciach zobaczyła wyraźny wzór łańcuszka. Już w tej chwili wiedziała, że ma do czynienia z jakąś klątwą i poczuła złość na siebie, że się w ogóle za to zabrała, że nie pobiegła po nauczyciela. W tym momencie zobaczyła koniec obcej różdżki, błysk czerwonego światła. Podniosła głowę i zobaczyła Javiera z dumnym uśmiechem na ustach. Mermaid nie tracąc ani chwili dłużej wyrwała łańcuszek z ciała przyjaciółki. Szybko odsłoniła twarz przyjaciółki. Była nie przytomna, ale żyła. Carmen odebrała eliksir od Corteza i polała nim szyję de Didero. Krew momentalnie przestała się sączyć. Seniorita Veneno uśmiechnęła się radośnie, na myśl że przynosi to jakiś skutek. Podała jej jeszcze kilka eliksirów, owinęła bandażem szyję Dee została przeniesiona na łóżko Carmen. Dopiero teraz seniorita zobaczyła ile krwi jest wokół niej. Na łóżku, na ubraniu… popatrzyła na swoje dłonie. Poczuła się ja zabójca i postanowiła, że nigdy nie zostanie chirurgiem. * Mermaid przez całą noc ciężko pracowała nad przyrządzeniem eliksiru, który przyspieszy gojenie ran. Od czasu do czasu spoglądała na umyty srebrny łańcuszek leżący w naczyniu. Nie miała zielonego pojęcia jakim cudem znalazł się w posiadaniu de Didero. O czwartej nad ranem stwierdziła, że dopięła swego. Czym prędzej pobiegła wypróbować eliksir na przyjaciółce, która za sprawą zniecierpliwionego Nico ocknęła się. - Możesz mówić? – zapytała Carmen nachylając się nad Dee. - Następnym razem jak będziesz się bawiła w chorego psychopatę to daj mi przynajmniej jakieś znieczulenie – mruknęła z uśmiechem Deatis. - Boli, piecze, szczypie? – zechciała się dowiedzieć Mermaid. - Trochę boli – rzekła dziedziczka de Didero – ale przynajmniej mogę oddychać. - Wypij – powiedziała seniorita podając jej flakoniki. – Przyspieszy gojenie. * Na placu opuszczonej fabryki tkanin stały dwie czarne limuzyny. Przy jednej stał średniej postury mężczyzna, z pochodzenia Hindus. Obok niego znajdowali się dwaj ochroniarze oraz kobieta która trzymała parasol. Krople deszczu odbijały się od szyb samochodu. Nagle z drugiej limuzyny wyszła kolejna postać. Wysoki czarnowłosy mężczyzna ubrany w długi czarny płaszcz szybko przybiegła do Hindusa. - Co mamy robić? – zapytała nowo co przyszła osoba. - Dziewczyny nie schwytaliście? – zapytał Şahin. - Niestety zawiedli. Mężczyzna zniecierpliwiony tymi ciągłymi porażkami zmuszony został do zastosowania mniej satysfakcjonującej wersji zemsty. - A señora Mermaid będziecie w stanie zabić? – zapytał z drwiną Şahin. – Nie po to płacę wam olbrzymie pieniądze byście informowali mnie o samych porażkach. – Albo nie… chcę mieć go żywego. Najpierw zażyczę sobie góry pieniędzy za okup, a potem i tak go zabiję. Mhm – uśmiechnął się diabelnie – to lepszy pomysł – dodał i wsiadł do wozu. * Carmen siedziała samotnie na plaży i płakała. Płakała jak nigdy dotąd. Nie umiała poradzić sobie ze śmiercią Miramontes. Dręczyła ją myśl, że kiedy przyjaciółka prosiła o wybaczenie, ona ją odrzuciła. W tej chwili nie zależało jej na niczym. Mogli przyjść, zabić. Jej było wszystko jedno. Kiedy usłyszała kroki nawet nie odwróciła się by spojrzeć kto idzie. Po chwili poczuła coś na policzku. Zerknęła w bok i zobaczyła poważną twarz czarnowłosego chłopaka. Przyjęła chusteczkę. Javier usiadł obok dziewczyny i przytulił ją do siebie, a ona na nowo się rozpłakała. - Felipe nie będzie zadowolony kiedy się dowie, że przyszłaś tu całkiem sama – powiedział Casillas w chwili kiedy Carmen zaczęła się powoli uspokajać. Odpowiedziała mu milczeniem. Siedzieli tak w objęciach kilkanaście minut. Carmen przygryzła wargę. W końcu miała szansę zrobić coś co pragnęła zrobić od początku. Nie mogła zmarnować takiej okazji. - Ona mnie zdradziła – zaczęła drżącym głosem. – Od samego początku działała przeciwko mnie. Nazywałam ją przyjacielem, a ona… a ona… - zawiesiła głos. Pragnęła by jej przerwał, by zaczął mówić za nią. On jednak milczał, w skupieniu wysłuchiwał jej słów. Carmen podjęła drugą próbę. - Wtedy w tej starej szopie ona mnie przeprosiła… szczerze żałowała tego co zrobiła. Ja jej nie przebaczyłam – spojrzała w oczy Javiera. – Potem umarła z myślą, że jej nienawidzę. Nie zdążyłam jej powiedzieć jak bardzo była mi bliska. Straciła swoje życie ratując moje, a ja tak ją potraktowałam… - Carmen – odezwał się Javier wiedząc, że Mermaid nic więcej sama z siebie nie wydusi. – Nic nie dzieje się bez przyczyny. Tak musiało być. - Nie – zaprzeczyła stanowczo seniorita. - Miałaś prawo być na nią zła, a ona powinna to zrozumieć – powiedział spokojnie. – Nie możesz obwiniać się za to, że wtedy nie przyjęłaś jej przeprosin. Ważne, że teraz to zrobiłaś. - Dlaczego spotkało to akurat mnie? - Być może Bóg chciał cię czegoś nauczyć – odpowiedział Casillas. – Nic nie dzieje się bez przyczyny. We wszystkim Dios ma jakiś ukryty plan. - Nie wierzysz w przypadek? – zapytała opierając głowę na jego torsie. - Nie wierzę – odpowiedział. – Nieszczęścia które na nas spadają mają jakiś sens. Naszym zadaniem jest odgadnięcie właśnie tego sensu. - A mój sens? – zapytała nieśmiało. - Nie wiem – odpowiedział - to ty masz to odgadnąć. Znowu nastała chwila milczenia. Słychać było szum morskich fal. Chłodna morska bryza chłodziła twarze szóstoklasistów. Od piasku zaczęło być im zimno. - Żebyś odzyskała spokój ducha musisz sobie sama wybaczyć – podsumował Javier. - Tak po prostu? - Wydaje mi się, że ona by tego chciała – rzekł Casillas. – Nie możesz się tak zadręczasz. Pewny jestem, że Frans powiedziała by ci to samo. Dziewczyna ciężko westchnęła. - Carmen, wiem że nie jest to łatwe ale postaraj się – zaczął Hiszpan – Każdemu jest ciężko wtedy gdy odchodzi ktoś bliski. Jednak musimy się z tym pogodzić. Powiedz… gdybyś to ty umarła, to jak ludzie powinni się zachować. Co chciałabyś aby zrobili? - Chcę, żeby mnie spalili i moje prochy wsypali do Morza Śródziemnomorskiego, żeby każdy na mój pogrzeb przyszedł ubrany na biało i żeby, i żeby… się nie smucili. Pragnę aby mówili o mnie z uśmiechem, żeby po prostu o mnie pamiętali. - Chciałabyś aby Felipe zadręczał się myślą, że mógł cię tego felernego dnia zatrzymać w domu? - Nie – odpowiedziała wyobrażając sobie własną śmierć. - Wszyscy mają takie same pragnienia jak ty – podsumował Javier. – Frans nie była wyjątkiem. Po raz pierwszy, od tak dawna, dziewczyna lekko się uśmiechnęła. Wstali i udali się z powrotem do zamku. Carmen była bardzo wdzięczna za to spotkanie. To właśnie szczerego płaczu i normalnej rozmowy potrzebowała najbardziej. Nie sądziła jednak, że osobą której się wyżali będzie nie kto inny, jak szczerze jej nie lubiący chłopak – Javier Casillas. Ów Hiszpan po wcześniejszym upewnieniu się czy Carmen bezpiecznie trafiła do swojej sypialni udał się do własnego dormitorium. W salonie na czarnej, skórzanej kanapie siedział Cortez, przeglądający jakieś notatki. Od czasu do czasu zapisywał coś w notatniku. Javier usiadł naprzeciw przyjaciela trzymając ręce w kieszeniach kurtki. - Jak zerwiesz z Carmen to ci osobiście łeb ukręcę – zagroził z niewinnym uśmiechem. Felipe podniósł wzrok znad książek, przez chwilę wpatrywał się w twarz Casillasa słabo oświetloną przez kominek. - Stało się coś? – zapytał w końcu nadal nie spuszczając wzroku z przyjaciela - Dlaczego miało się coś od razu stać? – oburzył się Hiszpan. - A jakoś mi się tak wydawało, że jej z lekka nie lubisz – mruknął Cortez opierając się o kanapę. - Pomyliłem się co do niej – przyznał szczerze Javier. Felipe nic nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko pod nosem. * Felipe siedział w swoim pokoju. Leniwie przewracał kartki zeszytu od łaciny. Mimo, że ciągle wpatrywał się w słowa obcego pochodzenia, myślami był gdzie indziej. Rozmyślał nad planem ojca. Wiedział, że ciągła ucieczka nie jest rozwiązaniem. Nie mogą ukrywać się przez całe życie. Prędzej oszaleją niż przyniesie to jakikolwiek skutek. Drzwi lekko skrzypnęły, wyjrzał zza nich Nico. Cortez się obejrzał po czym wrócił do swojej poprzedniej czynności. Torres w milczeniu postąpił krok na przód i usiadł na łóżku. - Co robisz? – zapytał przybyły. - Uczę się łaciny – odpowiedział Felipe machając białym zeszytem. - A tak naprawdę? – ponowił pytanie Torres. Cortez zmierzył go wzrokiem i przez dłuższą chwilę milczał. - Uczę się łaciny – upierał się przy swoim. - Stary, nie wyglądasz na osobę, która cokolwiek chce zapamiętać z tego co właśnie przeczytała. - Myślałeś nad pracą psychologa? – zapytał z ironią Felipe. - Od małego – odpowiedział ukazując rząd prostych, białych zębów. – Jednak stwierdziłem, że ta praca jest za mało dynamiczna i się tam będę marnował. Przyjaciel przewrócił oczami. - Jednak w gruncie rzeczy jestem dobrym psychologiem. Więc co cię trapi? Opowiedz mi o tym co czujesz. Jak to postrzegasz? – mówił Torres biorąc do ręki kartkę i długopis. - Uspokój się to może coś ci powiem – rzekł Felipe z ironią. Torres popatrzył na przyjaciela niepewnie. - Bien, już jestem normalny – stwierdził subiektywnie Nico rozkładając się na krześle i odkładając na bok „podręczny zestaw psychologa”. – No więc? - Ta ciągła ucieczka zaczyna mnie męczyć – mówił wpatrując się w najnowszy numer gazety szkolnej. – Carmen zresztą też. No ile można się ukrywać?! - Mhm – mruknął Nico na znak, że słucha. - Ja coś wymyśliłem – rzekł Cortez zmieniając ton na bardziej nieobecny. Torres się wyprostował i zaczął uważnie obserwować przyjaciela. - Nikomu jeszcze tego nie mówiłem – ciągnął dalej. – Uważam, że najlepszą obroną jest… atak. - Co ty sugerujesz? - Będziemy musieli tę sprawę wziąć w swoje ręce. - Oszalałeś?! – krzyknął nagle Nico. – Jakie masz szanse, że wygrasz z czterdziestolatkami, którzy siedzą w tym mafijnym biznesie tyle ile ty masz lat? - Ja jestem dobry z zaklęć, Carmen z eliksirów. Może jakoś to będzie. - Może jakoś to będzie – powtórzył Torres. – Tu nie ma co liczyć na szczęście. Plan musi być dopięty na ostatni guzik. Felipe spojrzał na przyjaciela z uśmiechem i poklepał go przyjacielsko po ramieniu. - Wiedziałam, że staniesz po mojej stronie – stwierdził Felipe. * Nico siedział na skórzanej kanapie w salonie chłopaków. Obok siebie trzymał szklankę Coca-coli, na kolanach zaś notatnik i ołówek. Zawzięcie oglądał jakiś mugolski film. Nagle do pomieszczenia wszedł Javier przeglądając jakąś książkę. Kiedy usłyszał wybuch w telewizorze spojrzał na ekran. - Co to? – zapytał Casillas siadając obok przyjaciela. - Mission Imposible III – odpowiedział Torres upijając łyk czarnego napoju. - To już oglądałeś? – zechciał się dowiedzieć Javier unosząc dwa pudełka z wcześniejszymi częściami tej serii. - Si – potwierdził. - To z twojego świata? O czym to jest? - Ten tutaj to Etan Hunt – rzekł Nico wskazując na Toma Cruise. – Jest agentem IMF i wykonuje misje niemożliwe. W tej części musi wykraść króliczą łapkę z Watykanu, który jest bardzo dobrze chroniony. - I udaje mu się to? - No jasne, przecież to Hollywood – mruknął z uśmiechem Torres. - Jestem pod wrażeniem waszego kina – przyznał Javier oglądając jak Etan zamienił się miejscami z niebezpiecznym handlarzem broni. - Myślę, że powinieneś te filmy obejrzeć i się zainspirować – powiedział Nico. Chłopak popatrzył jeszcze chwilę na ekran telewizora po czym wyjął z kieszeni małe, płaskie urządzenie, które to podczepił do telewizora. - No co? – powiedział Javier widząc dziwną minę Torresa. – Za chwilę mam dwie historie magii to sobie co nieco obejrzę tego filmu. Rozległo się ciche piknięcie. Javier odczepił urządzenie i udał się na lekcje ze słuchawkami w uszach. * Nie upłynęły trzy dni, a trójka przyjaciół zaoferowała swoją pomoc. Właśnie odbywało się ich pierwsze spotkanie w sprawie ataku. Cała piątka siedziała w pokoju Corteza. Deatis wtulona w Nico biernie obserwowała całą burzę mózgów. Javier na podłodze bazgrał wielki plan ataku. Carmen za pomocą Internetu szukała czegoś na temat Şahina. Felipe natomiast myślał nad tym od czego zacząć. - No to co mam pisać? – zechciał się dowiedzieć Javier, któremu skończyły się marginesy do bazgrania. Cortez ciężko westchnął. - Nie wiem – odpowiedział. - Napisz wszystkie nasze imiona – wtrąciła Carmen – dopasujemy do nich umiejętności. - To od kogo zaczynamy? – powiedział Casillas. - Może być ode mnie – rzekła Mermaid widząc, że się nikt nie zgłasza. – Pisz! Eliksiry. - Ty Carmen – zaczął sekretarz. – To moglibyśmy skonstruować jakąś bombę. Ty dasz w środku jakąś swoją truciznę, a ja to ładnie zapakuję w jakiś elegancki metal… i będzie BUUUM! - Javier ostatnio ogląda bardzo dużo filmów akcji z Hollywood – wytłumaczył Nico zaskoczonym przyjaciołom. - Mówię w języku hindi – rzekła Carmen - tak trochę… no interesuję się Indiami – dodała pospiesznie widząc pytające miny pozostałych zebranych. – I teraz szkolę się w dziedzinie techniki. - Mhm – mruknął Casillas kiedy skończył pisać – To teraz Nico. - Wszystko co dotyczy mugoli – mówił Torres. – Latanie na miotle… - A no właśnie! Dziewczyny będzie trzeba nauczyć latać na miotle – powiedział Cortez. - Mówisz tak jakbyśmy nie umiały – wtrąciła Deatis. - Bez obrazy, ale na ewentualna ucieczkę to za mało – skwitował Nico. - To ja będę uczył Carmen, a ty Dee – powiedział Cortez. - Proponuję wam by było odwrotnie. Carmen niech uczy Nico, a Deatis Felipe – wtrącił Javier. – Bo jak po swojemu zrobicie to więcej czasu zajmie wam wzajemnie mizianie niż nauka latania. - Jak tyś to poetycko ujął – skwitował Nico, a Felipe parsknął śmiechem. - No dobra, ale w sumie to chyba będzie dobry pomysł – przyznał Cortez z uśmiechem na ustach. - Coś jeszcze do umiejętności panie Torres? – zapytał Javier. - No nie wiem, jeśli macie jakieś zadanie sprawnościowe to ja się go chętnie podejmę – odpowiedział chłopak. - Dobra Ethan – powiedział Casillas zapisując coś. – Seniorita de Didero. - Zaklęcia, szybko biegam, jestem dobra w oswajaniu zwierząt – mówiła Deatis. – Jakby się komuś coś stało to umiem pomóc. - Umie też czytać z ruchu warg – dodał Torres. - Ale tylko jak osoba mówi po hiszpańsku, francusku lub po angielsku – sprostowała dziewczyna. - To się może przydać – skwitował Javier. – To teraz ja. Ja sobie dam technik w elektronice, dobra jazda samochodem i… hmm… no zaklęcia obronne. - Z dziewczynami trzeba poćwiczyć zaklęcia – rzekł Felipe. - To już jest dyskryminacja! – powiedziała Carmen. - Oj przestań Cami – rzekł Cortez zerkając na dziewczynę pracującą przy laptopie. – Po prostu musicie być tak dobre jak my… w zaklęciach. - To ty się naucz eliksirów – odgryzła się seniorita. - Ale to się nam nie przyda – rzekł Cortez - Nikt nie będzie ważył mikstur w Indiach, nie będzie na to czasu. - No dobra… Felipe? – zapytał Javier czekając na jego umiejętności. - Zaklęcia ze szczególnym uwzględnieniem ligmencji, dajmy jeszcze szermierkę, albo ogółem sposoby walki – mówił Cortez. Nastało milczenie. - Kiepsko to wygląda – podsumował Javier wpatrując się w to co nakreślił. - Musimy być gotowi za miesiąc – powiedział Felipe. - Nie wiem… czarno to widzę – odpowiedział Javier. – Potrzeba więcej czasu. - Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! – rzekł Cortez krążąc po pokoju. – Carmen, najpóźniej na pojutrze masz zdobyć plany siedziby tego Şahina. Musimy zacząć coś robić… - Spokojnie – rzekła czarnowłosa dziewczyna odrywając się od komputera. – Dea, zacznij zbierać wszystko co może przydać się do ratowania życia. Ja zacznę zbierać eliksiry… - Szybki wóz trzeba skołować – powiedział Casillas spoglądając na swoją małą karteczkę. - Ja się tym zajmę – odpowiedział Cortez. - Potrzebny jest nam też sprzęt… kamery takie eee… - mruczał Javier pokazując ucho. - Słuchawki? – podsunął Nico. - O właśnie! – przytaknął Casillas. - Wiem gdzie dostać – rzekł Torres. - No dobrze, to więcej ustalimy jak będziemy mieć plany siedziby – rzekł Felipe i wszyscy się rozeszli. W drodze do dormitorium Carmen nie wytrzymała i zaczęła rozmowę z Deatis. - Myślisz, że nam się uda? - Jeśli będziemy zdyscyplinowani i ściśle przestrzegać planu to powinno się udać – odpowiedziała przyjaciółka. Nastało milczenie po czym dziewczyny przybiły sobie piątki. - No to się zabawimy – rzekła Carmen uradowana. Rozdział specjalnie dla Deatis de Didero, która tak wytrwale czekała, aż ja w końcu coś dodam ;) Osobiście mam pewien niedosyt co do tego rozdziału. Wydaje mi się, że mógł być lepszy, ale nie wiem co mogło w nim być lepszego. Jeśli uważacie, że jakiś wątek wyszedł kiczowato to dajcie znać. Obecnie jestem w trakcie poprawiania wszystkich dotychczasowych rozdziałów i jakby co to mogłabym coś zmienić. Nie chcę by ta moja „powieść” była tandetna i beznadziejna, tak więc proszę was o radę ;) Tak jak już pomogliście mi z Felipe, tak teraz pomóżcie z wątkami xD (można też mówić o poprzednich wątkach nie związanych z dzisiejszym rozdziałem). Pytania sugerowane: 1. Który wątek w powieści wydaje ci się najbardziej kiczowaty? (może być najmniejszy incydent) 2. Czy obecny wygląd strony jest bardziej przejrzysty od poprzedniego? 3. Jaki charakter ma Carmen? Jak ją odbieracie? 4. Czy Carmen słusznie obwiniała się za śmierć Fleer, a raczej za brak przebaczenia? 5. Czy rodzice nie przesadzili z tymi zakazami? 6. Co sądzicie o wyprowadzce Felipe i o pomyśle wspólnego zamieszkania z Carmen. 7. Macie zboczone myśli co do uroczego „weekendu” Carmen i Felipe na wyspie? xD 8. Co byście zrobili na miejscu Carmen gdybyście stracili najlepszą przyjaciółkę? 9. Jak się podobała akcja ratowania Dee? 10. Co sądzicie o „najlepszą obroną jest atak”. Dla powieści lepiej by było gdyby im się udało czy lepiej gdyby mieli jakieś wielkie trudności? + wasze opnie :) Wszystkiego najlepszego drogie panie z okazji Dnia Kobiet ;* |
|
1. Że kiczowaty, to nie, ale nielogiczny. Nie napisała pani SKĽD Cami i Felipe wiedzieli o Sahninie (łe, co za imię -Dobrze napisałam?). Przynajmniej z tego, co zanotował mój wštły umysł, tak wynika. (że pani nie napisała) 2. Erm Jest normalny. Znaczy: obecnie był. Jeli to chodziło o ten cieeemny szablon, co to był przed szablonem urodzinowym to tak. Tylko, że te rozwijane (szuka słowa) podmenu (wiem, wiem, obleny neologizm) trochę mnie irytowały. A jeli chodziło o szablon urodzinowy to jak najbardziej mi się podobał ^^ (pani wie, że kiedy patrzę na pani szablony, to czuję, że dopiero raczkuję w htmlu i grafice ^^) 3. O nietoperz Trudne pytanie. Bardzo trudne. No, ale dobrze. Wydaje mi się, że Carmen ma w sobie trochę sprzecznoci. I kiedy się z czym męczy, tak, jak teraz ze mierciš Fleur, to tłumi w sobie gniew. A jeli tłumi w sobie uczucia w tak ważnej sprawie, to zapewne przejawia też skłonnoci do tłumienia ich w innych Bardzo Ważnych Przypadkach. Co do sprzecznoci To tak: z jednej strony Carmen jest w miarę normalnš, chociaż nieprzeciętnš nastolatkš. Łatwo nawišzuje kontakty z ludmi, z tego co wiem, jest również atrakcyjna. Nie unika kontaktów międzyludzkich. Niby kontestuje czasami ogólnie przyjęty zespół celów i wartoci, ale przejawia równoczenie skłonnoci konformistyczne (nie kojarzyć tego le, ja jako przyszły socjolog to mówię/piszę ^^). Natomiast z drugiej: to też lepiej nie wchodzić jej w drogę. Jako tak odnoszę wrażenie, że potrafiłaby być straszliwie, absolutnie nieprzyjemna, kiedy kto jej zrobi krzywdę. I to nawet nie tak, że (jak w pod koniec rozdziału wymylił Felipe) pójdzie i zaatakuje, ale, że jak się odezwie i powie kilka niemiłych rzeczy, to - - Znaczy: nie w tym stylu, co mój James. Ona jest na to za dobra. Ale i tak potrafiłaby kogo poważnie zranić. A jeli nie, to przynajmniej doprowadzić do szału. Tak mi się wydaje. 4. Ależ, oczyyywicie - - (sarkazm) 5. Nie. 6. Niedojrzała decyzja na jego zwyczajowym poziomie. 7. Tym razem jako nieszczególnie 8. Nie wiem. Nie miałam nigdy przyjaciółki Oo 9. Stylistycznie (pod koniec) trochę nieczytelna, ale ogólnie całkiem-calkiem ^^ 10. ~przysłowie trochę przesadzone. A w każdym razie dobre tylko wtedy, kiedy się ma pewnoć, że osoba, którš się atakuje jest wrogiem. Bo inaczej negatywna reakcja na dzień dobry może stać się przyczynš ostarczyzmu, a nawet wykluczenia z grupy. ~dla bohaterów: lepiej, żeby się udało. Ale z punktu widzenia pisarza powinno się nie udać, bo wtedy wchodzi się w psychologiczny mechanizm współczucia potęgowany utożsamieniem się z bohaterem (blablabla) Ogólne podsumowanie: subiektywnie. Drogi Karmelku, ten rozdział czytało mi się wyjštkowo dobrze ^^ I był ciekawy. I mam nawet pewne podejrzenia, co do tego przesunięcia czasowego (już wiem, że to le zapamiętałam, ale mam zamiast mózgu musk dzisiaj - -) pozdrawiam ^^ i przemieszczam się czytać dalej ^^ |
|
Bies
» brak www 31 marzec 2009
|
|
Rozdział jest fajny, aczkolwiek do kilku rzeczy nie mogę się przekonać... Pewnie przeczytam jeszcze raz i będzie w porządku. Odpowiedzi do pytań: 1. Może nie kiczowaty, ale trochę naciągany był wątek z konkursem. Jakoś do tego w ogóle nie mogłam się przekonać. Nie chodzi mi o sam konkurs, jako konkurs(to mogłoby być cokolwiek, warzenie eliksirów na czas... sama nie wiem). Ale ten śpiew... 2.Wydaje mi się, że tak, pomimo tego, iż poprzedni szablon miał większy kontrast. 3. Ja ją odbieram jak pozytywnie zakręconą osobę. Czasami sobie nie radzi z niektórymi sytuacjami, ale chyba tak jak każdy :) 4. Sama nie wiem. Może powinna troszkę się winić, aby w końcu dojść do słusznych wniosków. Przecież to nie była jej wina, że Fleer zrobiła, to co zrobiła... 5. Heh... Wydaje mi się, że trochę przesadzili, aczkolwiek rodzice po tą, aby się troszczyć o dzieci. Fakt, czasami przeginają w niektórych sprawach, ale cóż... 6. Pomysł sam w sobie ciekawy, ale powinnaś go za jakiś czas bardziej rozwinąć ^^ 7. Nie. Nic mi na ten temat nie wiadomo... xD 8. Ja nigdy nie miałam "najlepszej przyjaciółki", ale dwa lata temu straciłam koleżankę z klasy... Można by to nazwać nieszczęśliwy wypadek. No cóż... Było strasznie i nie chciałabym przechodzić tego jeszcze raz... 9. Jakbym oglądała "Grey's anatomy" ^^ żart, oczywiście. Śmiać mi się trochę chciało. Aż cztery osoby na jedną, ledwo żyjącą?... Ok, niech ci będzie... 10. Dla opowieści pewnie byłoby, gdyby mieli jakieś wielkie problemy. Aczkolwiek ten pomysł z "najlepszą obroną jest atak" jakoś mnie do końca nie przekonuje... Grupka dzieciaków przeciwko kilku(nastom? cholera, mam problem z odmianą) dorosłym... Zobaczymy jak z tego wybrniesz... :) Oczywiście w tym rozdziale znalazło się kilka literówek, ale powiem szczerze, nie wpłynęły one w żadnym stopniu na moje odpowiedzi do pytań i w jakiś znaczący sposób na czytanie... Pozdrawiam i życzę weny. |
|
Alex K.
» http://story-about.blog4u.pl 9 marzec 2009
|
|
Odp.10 Dla powieści było by najlepsze rozwiązanie jakie nikomu nie przyjdzie do głowy ^^' No to co? Następny rozdział poproszę - musisz mnie trochę pocieszyć po tym! Bo ten jak na Ciebie to jakoś słabo wyszedł... |
|
Deatis
» http://lodowata-wisienka.wjo.pl 8 marzec 2009
|
|
9. Odp. Tak jak już mówiłam nie realistyczna xD |
|
Deatis
» http://lodowata-wisienka.wjo.pl 8 marzec 2009
|
|
8. Odp. No niestety mi się to nie zdarzy bo ja obecnie w rl nie mam najlepszych przyjaciół ^^' Ja traktuje wszystkich równo.. |
|
Deatis
» http://lodowata-wisienka.wjo.pl 8 marzec 2009
|
|
7. Odp. Nie? Ja jakoś nie miałam *.* w ogole mi to do głowy nie przyszło... |
|
Deatis
» http://lodowata-wisienka.wjo.pl 8 marzec 2009
|
|
6. Odp. Ciekawy xD |
|
Deatis
» http://lodowata-wisienka.wjo.pl 8 marzec 2009
|
|
Odp. 5. Rodzice zawsze przesadzają xD to tutaj też była przesada! Ale zawsze to jest dla naszego dobra! Felipe miał słuszność, że pokłócił się ze swoim ojcem, ale powinien tez trochę go zrozumieć... Prawdę mówiąc, jakby mu by nie dał zakazu to bym miała podejrzenia, że się o niego nie troszczy xD |
|
Deatis
» http://lodowata-wisienka.wjo.pl 8 marzec 2009
|
|
4. Odp. Nie xD ja wyznaje zasadę, że ludzie się nie zmieniają tylko zaczynają umiejętnie udawać ^^ |
|
Deatis
» http://lodowata-wisienka.wjo.pl 8 marzec 2009
|
|
3. Odp. Carmen raz nad sobą panuje raz nie ^^' I od czasu do czasu histeryzuje... Przez te dwa rozdziały strasznie zmienił się jej charakter i jakoś trudno mi ją ocenić. |
|
Deatis
» http://lodowata-wisienka.wjo.pl 8 marzec 2009
|