Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
XII Najlepszą obroną jest atak
XII Najlepszą obroną jest atak
Carmen spisała się na piątkę. Na drugi dzień miała gotowe plany kryjówki indyjskiej mafii. W nowoczesnym pokoju Corteza, Javier studiował wielkie kartki papieru zaznaczając czerwonym mazakiem to na co będzie trzeba uważać. Mermaid ubrana w krótkie czarne spodenki i białą bluzkę leżała na łóżku pisząc coś w książce Evansa na marginesie. Deatis natomiast dopiero co wróciła z treningu latania na miotle. Felipe wszedł zaraz za nią.
- Nie wygląda to obiecująco – odezwał się Torres stając nad Casillasem, gryząc kawałek czerwonego jabłka.
- Nie musisz tego mówić – warknął Javier zakreślając kolejne czerwone kółko.
- Jest aż tak źle? – mruknął Felipe, który również pochylił się nad biało czerwonymi planami kryjówki.
- Dużo zakamarków, labirynty bez wyjścia, kamery na każdym kroku – wymieniał Casillas. – Podejrzewam, że i ludzi z bronią też nie brakuje. Ale zacznijmy od tego, że jest tylko jedno wejście i wyjście na posesje… nie wejdziemy nie zauważeni. Z tego co mi tu Carmen dała to mają od groma zaklęć, które sprawiają, że eliksir wielosokowy czy jakiekolwiek inne zaklęcia znikają.
- Wybaczcie mój pesymizm, ale nie mamy szans z dorosłą armią facetów wyszkolonych do zabijania – przyznał Torres.
- Oj tam… przeceniasz ich – powiedział z uśmiechem Felipe.
- Nigdy nie wygramy z nimi w pojedynku, ale wygramy wykazując się sprytem – rzekła Carmen odrywając się od książki
- Poza tym chcę przypomnieć, że teoretycznie już się z nimi zmierzyliśmy i wygraliśmy – powiedział Felipe krzyżując ręce na piersi.
- Wystraszyli ich nauczyciele – odpowiedział Nico.
- Gdyby byli tacy świetni to by nie uciekli – rzekł z wrednym uśmiechem Cortez.
- Przestańcie – przerwała wymianę zdań Deatis. – Skupmy się na planie.
Chłopcy zmierzyli się wzrokiem po czym uparcie zaczęli wpatrywać się w kartkę papieru.
- Będzie trzeba obliczyć ile czasu potrzeba na odnalezienie ich guru – zaczął Javier. – Stworzę dla was cztery lekkie świstokliki. O umówionej porze przeniosą was w bezpieczne miejsce.
- Trzeba pomyśleć o świstokliku dla tego ich szefa – dodała Deatis
Młodzież zaczęła prześcigać się w pomysłach co do sposobu w jaki mają schwytać główną osobę. Cortez w połowie dyskusji wycofał się i poszedł położyć się obok Carmen. Wyrwał jej długopis z ręki i zaczął szybko coś pisać na kartce.
- Co to jest? – zaciekawiła się Mermaid.
- Lista – odpowiedział zagadkowo – lista tego co musimy kupić.
- Zakupy – powiedziała promiennie Carmen – świetnie!
- Tylko tego nie dostaniemy w tradycyjnym sklepie – uśmiechnął się Cortez składając kartkę i chowając ją do kieszeni spodni.

*


Przygotowania do wyprawy szły pełną parą. Młodzi czarodzieje wiedzieli na co się piszą, toteż nie narzekali po całodniowych, wyczerpujących treningach zaklęć czy też majstrowania przy nowinkach komputerowych. Javier wziął na siebie sprawy techniczne. Do późnych godzin nocnych siedział i przerabiał samochód Corteza. Carmen dwoiła się i troiła aby stwarzać coraz to bardziej praktyczniejsze eliksiry. Deatis natomiast spacerowała po plaży w poszukiwaniu rzadkich roślin charakterystycznych dla klimatu śródziemnomorskiego. Cortez zamykał się w swoim kolejnym pokoju, gdzie w ciszy i spokoju doskonalił sztuki walki. Torres zaś biegał po górach i dolinach, bo jak twierdził jest za wolny i musi to poprawić. W między czasie poruszał się po wąskich korytarzach pod zamkiem, aby przyzwyczaić się do warunków jakie panują w kryjówce mafijnego bossa. Wszyscy wyzwanie jakie rzucił im los potraktowali bardzo poważnie. Bez ciężkiej pracy nie ma efektów…

*


Nastał dzień wyprawy. Plan był dopięty na ostatni guzik. Nikt jednak nie przypuszczał, że wszystko potoczy się w całkowicie innym kierunku.
O godzinie drugiej w nocy zadzwonił budzik. Dziewczyny niechętnie zwlekły się z łóżek. Obmyły twarze zimną wodą, aby oczy przestały się kleić. Po niecałych dwudziestu minutach, kiedy to kobiety zdążyły się umyć i ubrać, do pokoju wszedł Felipe mający na sobie jak zwykle strój sportowy.
- Gotowe? – zapytał szeptem a jego ciemne włosy opadły mu na czoło.
- Tak – mruknęła Carmen zapinając plecak po czym spojrzała na Deatis.
- No to chodźmy – odpowiedziała de Didero wiążąc włosy w koński ogon.
Cała trójka bezszelestnie wymknęła się z zamku po czym poszli na plażę.
Noc była chłodna co sprzyjało obudzeniu się na dobre. Światło księżyca oświetlało im dróżkę, którą przynajmniej raz dziennie pokonywali wracając z treningów. Dzięki temu z zamkniętymi oczami mogli trafić do umówionego miejsca. Szelest liści, ruch traw. To wszystko sprawiało, że Deatis zaczęła bać się o to czy ktoś ich nie śledzi. Powtarzała sobie w myślach, że to tylko jej wybujała wyobraźnia. Prawdą jest, iz największy strach człowiek sam sobie funduje.
Mermaid szła krok w krok za Felipe. Mała obawy dotyczące powodzenia całej akcji. Zaczęła żałować że coś takiego wymyślili. Może lepiej było zostawić to wszystko rodzicom? Ale wtedy zakazy nie miały by końca. Bała się a jednocześnie czuła, że jest bezpieczna. Chciała wrócić do zamku, a zaraz potem pragnęła jak najszybciej spotkać się z bossem. Wolała, aby przyjaciele zostali w domu, ale z drugiej strony potrzebowała ich wsparcia. Idąc po piasku, zrozumiała że jest pełna przeciwstawieństw.
Kiedy Felipe spojrzał w stronę morza, na horyzoncie pojawił się kontur jakiegoś wielkiego samochodu.
- Mamy kłopoty? – zaniepokoiła się Carmen widząc Javiera, który grzebał coś pod maską terenowego auta.
- Dolałem tylko płynu – odpowiedział czarnowłosy chłopak wycierając ręce o jakąś niebieską szmatę. – Zapraszam na pokoje.
Cała piątka weszła do terenowego auta, które w środku nie przypominało samochodu. Było to jedno wielkie pomieszczenie, gdzie znajdowały się dwie, wielkie, wygodne kanapy, barek, drzwi do łazienki, szafy, półki z imiennym podpisem, a na nich ubrania. Znalazło się też miejsce na trzy wodne oraz tradycyjne skutery.
Carmen czym prędzej podbiegła do szafy stojącej równolegle do półek. Zaczęła sprawdzać i liczyć eliksiry, które tam stały. Deatis natomiast zajęła się oglądaniem apteczki.
- Możemy ruszać – zasygnalizowała Mermaid siadając obok de Didero na kanapie.
Javier uśmiechnął się ponuro, stanął naprzodzie samochodu i znikąd pojawiła się trójwymiarowa tablica z milionem przycisków. Nacisnął niebieski i jedna „ściana” stała się przezroczysta. Nacisnął kolejny, samochód lekko zadygotał i powoli, lecz sukcesywnie zaczęł zanurzać się w wodzie.
Niezapomniany widok. Światło księżyca przebijało się przez wodę, oświetlając skały i lśniące rybki. Można było spotkać każdy gatunek morskich zwierząt. Niektóre z zaciekawieniem przyglądały się nadpływającym ludziom, inne zaś uciekały i kryły się za skałami.
W lewym górnym rogu, na szybie auta, pojawił się wielki cyfrowy zegar. Pod spodem wyświetlił się przybliżony czas dotarcia do Indii. Javier jeszcze chwilkę ustawiał kurs oraz prędkość, po czym przysiadł się do przyjaciół.
- Na siódmą powinniśmy dopłynąć – rzekł Casillas kładąc się obok Torresa.
- Masz dokumenty? – upewniła się Carmen zwracając pytanie do Corteza.
- Mam – odpowiedział wyciągając jakieś małe książeczki z plecaka.
Carmen odetchnęła z ulgą.
- Proponuję się przespać – powiedział Casillas. – Czeka nas ciężkie starcie.
Przyjaciele popatrzyli na siebie i doszli do wniosku, że jest to jedyna rozsądna rzecz jaką mogą rozbić.
Mermaid wtulona w ciało Corteza długo nie mogła zasnąć. Cisza jaka panowała w samochodzie doprowadziła do tego, że złe przeczucia zaczęły ogarniać umysł czarnowłosej kobiety.

Zgodnie z przewidywaniami na miejsce dotarli po pięciu godzinach. Wynurzyli się na mniej uczęszczanej plaży po czym Javier wypróbował funkcję kamuflażu. Sportowy wóz zmienił się w pordzewiałego trabanta, który nie rzucał się w oczy. W takiej postaci dotarli do Bombaju. Carmen ubrana w czerwone błyszczące Sari malowała skórę Felipe, aby przypominała bardziej hinduską.
- Wysadzę was przed hotelem – poinformował Javier siedząc za kierownicą.
- Pamiętaj, żebyś mnie nie przepuszczał w drzwiach – mruknęła Mermaid zakładając ciężkie ozdobne kolczyki.
- Weźcie słuchawki, sprawdzimy jak działają w terenie – powiedział Casillas stopniowo zwalniając przed wejściem do hotelu.
Carmen i Felipe jako „młode małżeństwo”, które akurat zechciało się zatrzymać na miesiąc miodowy w Bombaju, posłusznie wetknęli przezroczyste słuchawki do uszu.
Kiedy wyszli z samochodu jakiś hotelowy boy odebrał od nich bagaże. Carmen pochyliła niewinnie głowę i zaczęła iść za Cortezem. Felipe z miną pokerzysty podszedł do recepcji. Perfekcyjnie wypowiedział to co napisała mu Carmen. Po wypełnieniu formalności, recepcjonistka powiedziała coś i uśmiechnęła się promienie zdecydowanie wyczekują na odpowiedź Corteza. Felipe poczuł, że ogarnia go fala nieprzyjemnego ciepła. Przed chwilą usłyszał coś, czego nie spodziewał się usłyszeć. Zaczął gorączkowo myśleć co odpowiedzieć. – Javier… Javier – szepnęła Carmen skryta za swoim „mężem”. – Niech powie „namaste”… „namaste” rozumiesz?
Casillas zareagował automatycznie. W mgnieniu oka podał Felipe komendę. Kiedy kobieta z recepcji uśmiechnęła się łagodnie i podała kartę do pokoju, Casillas odetchnął z ulgą. Dopiero później zaczął się cieszyć, że mikrofon umieszczony na powierzchni zęba Carmen działa.
Felipe poluzował nieco ubranie przy szyi i udał się za boyem hotelowym. Mermaid podniosła lekko głowę. Katem oka zobaczyła dwóch wściekłych Hindusów okładających się nawzajem. Zdążyła tylko mrugnąć, a jeden z nich upadł na ich walizki. Słychać było tłuczące się szkło. Carmen wydała z siebie cichy jęk. Nagle obok nich zjawił się dyrektor hotelu. Był Europejczykiem i ku uldze Corteza mówił tylko po angielsku. Zaczął ich przepraszać i zapewniać, że hotel poniesie wszystkie koszty strat. Mermaid zalana łzami chwyciła torby i wspólnie z Felipe poszli do swojego apartamentu. Kiedy przekroczyli próg dziewczyna otworzyła walizkę, która była najbardziej zgnieciona i wybuchła głośnym płaczem.
- Co straciliśmy? – zapytał Cortez przytulając dziewczynę do siebie.
- Eliksir szczęścia… wszystko wylane – szlochała Mermaid.
- Spokojnie, poradzimy sobie bez tego – pocieszał Felipe głaszcząc senioritę po włosach. – Nie załamuj się!
Rozległo się głośne pukanie, a dwoje młodych ludzi odskoczyło od siebie jak oparzeni.
- Otwieraj – mruknęła Carmen stając za drzwiami.
Chłopak niepewnie chwycił za klamkę.
- Sprzątanie – odezwał się znajomy głos.
- Dea? – powiedział Felipe otwierając gwałtownie drzwi.
Madam de Didero ubrana w Sari pchała przed sobą wielki kosz z ręcznikami.
- Gdzie Javier i Nico? – zapytał Cortez wyglądając na korytarz.
- Idą – odpowiedziała Deatis. - Co się stało? – dodała widząc zapłakaną przyjaciółkę siedzącą na łóżku.
Sypialnia byłą stosunkowo niska, urządzona w ciepłym, starodawnym stylu. Ciemno drewniane łóżko przykryte było czerwono złotą narzutą. Na szafce nocnej znajdował się duży, srebrny okrągły zegarek pokazujący godzinę osiemnastą oraz telefon. Nad łożem wisiał obraz przedstawiający plażę o zachodzie słońca. Pod ścianą umieszczona została toaletka, na której rozłożone były firmowe produkty do pielęgnacji skóry oraz ulotka dotycząca oferty specjalnej hotelu.
- Co się stało? – zapytał Nico, który dopiero co wszedł do pokoju.
- Eliksiry szczęścia szlag trafił – mruknął Felipe. – Jakiś wariat wpadł na nas przy recepcji i je potłukł.
Torres zamyślił się.
- Będziemy musieli poradzić sobie bez tego – powiedział spokojnie końcu wkładając ręce do kieszeni. – Zresztą, grunt że inne miewają się dobrze.
Do sypialni wszedł Javier stawiając ostatnie walizki. Już chciał pytać co się stało, jednak widząc potłuczone szkło i szlochającą Carmen domyślił się o co chodzi.
- Jeszcze w koszu jest coś – dodała de Didero wskazując nosem wózek z ręcznikami, który przywiozła.
- Weźcie prysznic i idźcie spać – powiedział Javier wyciągając plecaki z ubraniami. – Ja będę stał na czatach.
Nico zaczął oglądać pokój jaki zaoferował im hotel, wszystko byłoby dobrze, gdyby nie zegarek… a raczej godzina, którą wskazywał.
- Mamy mały problem – mruknął Torres wpatrując się w urządzenie jak zaklęty.
- Co znowu? – zapytał znudzony Casillas.
- Nic, porostu mamy jakieś pięć godzin w plecy – odpowiedział Nico wskazując palcem na zegarek.
Wszyscy odruchowo spojrzeli tam gdzie Torres zawiesił swój wzrok. Słychać było ciche przekleństwo Corteza

*


Piatka przyjaciół, jak prawdziwi amerykańscy agenci, stawiła się na placu kryjówki bossa, punkt dwudziesta druga. Kiedy przyjaciele szykowali się do wyjścia, Javier bacznie obserwował otoczenie. Nic innego nie widział jak tylko fundamenty zburzonej fabryki słodyczy.
- Ktoś nas ubiegł? – zdziwił się Cortez zapinając czarną kurtkę pod szyję.
- Nie wydaje mi się – powiedziała Carmen wyciągając z szafki jakiś eliksir. – Podejrzewam, że mają jakieś hasło, a raczej użyli zaklęcia Fideliusa.
- No to po zawodach – powiedział Javier zatrzymując samochód.
- Co ty robisz? – zapytała Mermaid patrząc na Deatis, która coś szeptała.
- Modlę się o cud – przyznała szczerze.
- Ubierać się! – krzyknęli jednocześnie Nico i Felipe rzucając dziewczynom jakieś ubrania.
Carmen i Deatis były bardzo zaskoczone, bowiem nie zauważyła jak chłopcy wyszli .
- Mamy dwie wiadomości – zaczął Cortez, kiedy dziewczyny przebierały się w jakieś męskie stroje.
- Jedną dobrą, drugą złą – poinformował Torres. – Dobra to taka, że za kilka minut zdejmą zaklęcie Fideliusa.
- A zła, że zjedzie się tu sama mafijna śmietanka z caluśkiej Azji – dodał Felipe pomagając Carmen ukryć włosy pod niebieską czapką z daszkiem.
Dziewczyny spojrzały na siebie wymownie.
- Lepsza jest większa ochrona niż to zaklęcie mruknęła Mermaid. – To ja jestem eee… - spojrzała na plakietkę przypiętą do kołnierza – Hitrick Rai… spec od płynów do mycia okien i podłóg.
- A ja Amar Zinta, pogromca kurzu i plam na dywanach – powiedziała Deatis. – Pora tu posprzątać – dodała poprawiając cienki, czarny wąsik pod nosem.
- Macie pięć minut – powiedział Javier wysadzając przyjaciół za stertą starych desek.
Czwórka młodych czarodziei jednocześnie ząłożyła czarne okulary, które wyposażone były w noktowizor oraz kamerę dzięki której Casillas mógł śledzić poczynania przyjaciół. Nico i Felipe poszli pierwsi, schowali się za niskim murkiem. Po chwili podbiegły do nich dziewczyny. Stopniowo ich oczom zaczął ukazywać się wielki, z zewnątrz wyglądający na stary, dom. Pojawili się też ludzie z różdżkami. Jedno wejście, jedno wyjście. W rzeczywistości miało jakieś cześć metrów szerokość, po obu stronach stało czterech ochroniarzy bacznie rozglądających się na boki. Carmen dostrzegła wejście do budynku, jakieś kobiety trzymające na tacach kieliszki. Nic nie wskazywało na to by ich „cel” też tam był.
Mermaid zaczynała całą akcję. Od niej zależało czy plan będzie miał jakieś podstawy do udania się.
Zaczęła wyglądać bocznych drzwi przez które mogła by wejść do środka. Była zdenerwowana, jednak próbowała jakoś zapanować nad tym uczuciem. Nawet na ustach czuła jak krew płynie w jej ciele. Mogła by policzyć swoje tętno, jednaki bez tego wiedziała, że jest lekko przyspieszone.
- Jeszcze chwila – szepnął Javier do mikrofonu.
Przyjaciele w pełnym napięciu czekali na sygnał. Carmen wyciągnęła z kieszeni fiolkę z niebieskim płynem.
- Co to jest? – zechciał się dowiedzieć Felipe spoglądając na swoją dziewczynę, która to zaczęła coś pić.
- Nic – odpowiedziała wymijająco.
W tym momencie dobiegł ich odgłos wielkiego wybuchu. Wszyscy automatycznie spojrzeli lewą stronę. Strażnicy coś krzyczeli. Biegali we wszystkich kierunkach. Ci którzy byli bliżej palącego się samochodu, zaczęli uciekać krzycząc że zaraz wybuchnie. Powstało ogólne zamieszanie.
- Teraz! – krzyknął Javier, a przyjaciele pobiegli do bramy.
Nikt nie zwracał na nich uwagi. Wszyscy zajęci byli albo ratowaniem limuzyny, albo ratowaniem swojego życia. Powszechniejsze było to drugie.
Carmen prosto pobiegła do wcześniej ujrzanych, bocznych drzwi. Reszta wtopiła się w tło, aby uciec przed okiem kamer.
- Włączcie nadajniki – przypomniał Javier upijając łyk esspresso.
Momentalnie na ekranie jednego z komputerów Casillasa, gdzie były kontury fabryki, pojawiły się cztery kropki z pierwszymi literami przyjaciół: F, C, D, N. Dzięki temu chłopak mógł kierować „agentami” tak aby jak najszybciej dotarli do celu.
- C, jak ci idzie? – zechciał się dowiedzieć Javier.
- Minuta – odpowiedziała szeptem dziewczyna idąc powoli korytarzem.
- Przy wejściu do monitoringu, ktoś spotkał się na pogaduchy – poinformował Casillas. – Za chwilę powinnaś ich zobaczyć.
Carmen oparła się o ścianę na rozstaju dróg. Wzięła głęboki wdech i wydech.
- Widzę – rzekła bardzo cicho ostrożnie wyglądając na korytarz.
Wychyliła różdżkę i w myślach wypowiedziała zaklęcie. Jeden z mężczyzn zachwiał się i oparł na ramieniu drugiego.
- chodźmy coś zjeść – powiedział na rozkaz ten z zawrotami głowy.
- Dobrze się czujesz? – zapytał mężczyzna w czarnym garniturze.
- Jak coś zjem to mi przejdzie.
Carmen korzystając z okazji, że nikt nie patrzy sypnęła na podłogę garstkę niewidzialnego pyłu. Dzięki temu Javier wiedział gdzie ochroniarze poszli.
Mermaid weszła do małego pomieszczenia, w którym umiejscowionych było mnóstwo komputerów. Tyłem do drzwi siedział bardzo niski, czarnowłosy Hindus zajadający się chińszczyzną. Jego oczy cały czas interpretowały obrazy pochodzące z monitorów. O każdym niepokojący widoku informował najbliższych ochroniarzy przez telefon.
Mermaid ze wstrzymanym oddechem zaczęła zbliżać się do głównego komputera. Stał zaraz po lewej stronie, więc zadanie wydawało się proste. Kiedy podeszła do blaszanej skrzynki, wyciągnęła z kieszeni nadajnik z portem USB. Zaczęła macać gniazda komputera. W chwili gdy natrafiła na coś małego i wklęsłego odetchnęła z ulgą. Zwinnym ruchem podłączyła nadajnik do skrzynki. Mimowolnie słychać było tarcie metalu o metal. Wiedziała, że facet się poruszył. Czuła na sobie jego wzrok.
- Co ty tam robisz? – zapytał w języku hindi.
- UND możecie iść, mam kontrolę nad kamerami – usłyszała głos Javiera w słuchawce. – zaczynamy drugi etap.
- Naprawiam – rzekła Carmen zniżając głos. – Skończyłem!
Dziewczyna schyliła głowę i czym prędzej wyszła na korytarz. Poczuła, że ogarnia ją lekka panika. W holu napotkała dodatkowych kilkunastu ochroniarzy. Ukradkiem poprawiła doklejane wąsy.
Nie uszła czterech kroków, a drzwi od sali z kamerami ponownie się otworzyły. Wyszedł z nich niski Hindus.
- Ej ty, Stój! – krzyknął co zwróciło uwagę innych i wszystkie rozmowy ucichły.
Carmen poczuła, że jej temperatura ciała przekracza normę. Krople potu zaczęły łaskotać ją w plecy. Ręce lekko drżały. Nie wiedziała co robić. Poczuła bezsilność i się nagle zatrzymała. Nogi odmówiły jej posłuszeństwa.
- N, potrzebne wsparcie na twoim trzecim równoległym korytarzu – powiedział Javier widząc, że Mermaid wpadła w kłopoty.
Dziewczyna tym czasem usłyszała jak czarnowłosy Hindus zaczyna się do nie zbliżać. Serce waliło jej jak szalone. Modliła się by Torres przybiegł tu szybciej.
- Zapomniałaś tego – rzekł Hindus podając senioracie mały śrubokręt który wykorzystywała do otwierania drzwi.
Mermaid odwróciła się gwałtownie. Cały czas wpatrywała się w ziemię. Chwyciła przedmiot i czym prędzej skręciła w lewo na najbliższym skrzyżowaniu.
Carmen zaczęła biec. Zgubiła się. Słuchawka zaczęła piszczeć, więc wyjęła ją z ucha. Usłyszała jakieś głosy. Czym prędzej weszła do pokoju przeznaczonego „tylko dla personelu”. Macała ścianę w poszukiwaniu włącznika światła. Nic nie było. Po omacku zaczęła szurać po miękkiej wykładzinie kantorka. Po paru minutach oczy przyzwyczaiły się do ciemności. Pojawiły się niewyraźne kontury mebli. Spodziewała się że zastanie półki wypchane środkami dezynfekującymi, a tu niespodzianka. Jakby jakiś stary magazyn wyposażenia domowego. Podeszła do biurka i zapaliła lampkę…

-D uważaj – odezwał się głos w uchu de Didero. – Zaraz będą rozstaje i po lewej stronie masz jakiś dwóch osobników.
- Konkrety – szepnęła.
- Dwóch o średnim wzroście, wiek z trzydzieści lat, mają różdżki, idealny moment na zaskoczenie – poinformował chłopak. – Myślę, że drętwota wystarczy.
Deatis uśmiechnęła się złowrogo. Zacisnęła mocniej palce na różdżce i wyskoczyła na korytarz. Rzuciła zaklęcie na ochroniarzy, którzy byli odwróceni do niej tyłem.
- Dobrze, następnym razem zrób większe kółko różdżką – rzekła Casillas.
Dziewczyna podeszłą do mężczyzn leżących na ziemi. Połamała im różdżki po czym zaklęciem związała im sznurówki w butach.
- Co to ma być? – zdziwił się Javier.
- Wkład własny – odpowiedziała i poszła przed siebie.
- F, na trzecim piętrze sprzątnij dwóch ochroniarzy by nikt się nie zorientował, że ktoś ich atakuje.
- Martwi są? – zapytał Felipe montując przy jakiś drzwiach magnetyczny nadajnik, którego użyją w odpowiednim momencie.
- Nie, D się nimi zajmowała – odpowiedział Casillas spoglądając na kropkę oznaczoną literą N.
- N, jak tam?
- Doświadczenia zapachowe nie z tej ziemi – powiedział przeciskając się przez szyld wentylacyjny.
- N, ile już założyłeś nadajników? – zapytał Casillas.
- Ze dwadzieścia będzie – odpowiedział Torres spoglądając w swoją – Już niewiele mi zostało. Poza tym dowiedziałem się, że taki gruby koleś, ubrany jest w coś czarno-czerwonego, planuje zamach na nasz cel.
- Jak to? – zdziwił się Javier.
- Wszyscy ze sobą konkurują – zaczął Nico przyklejają kolejny nadajnik do kratki wentylacyjnej. – Każdy jest dla każdego wrogiem. Oni dzisiaj chcą coś kupić, będzie licytacja na najwyższym piętrze. A w między czasie ten mój czerwony chce się rozprawić z naszym celem o jakiś bilans w narkotykach.
- Pewnie mu wszystkiego nie oddał – rzekł Casillas upijając trochę kawy.
- To może się wycofać i dać tamtej mafii pole do popisu? – zaproponowała Deatis przysłuchując się rozmowie.
- D, ty tu nie gadaj bo w twoją stronę idzie trzech ochroniarzy – rzekł Casillas obserwując obraz jednej z kamer. – Ukryj się gdzieś!
- Ale gdzie? – szepnęła.
- Wskocz na ściany jak cię uczyłem – zaproponował Nico rozkręcając kolejną kratkę wentylacyjną.
- Tak, bo ja mam trzy metry długości – warknęła szeptem. – Za mała jestem.
- D, wejdź w drzwi po lewo, tam nikogo nie ma – poinformował Casillas.
Panowie śmiejąc się szli korytarzem na którym przed chwilą znajdowała się de Didero. Co chwilę, jakby od niechcenia poprawiali sobie włosy i śmieli się z nieruchomych portretów wiszących na ścianie.
- D, nie dobrze – rzekł Javier. – Jeden chce wejść do ciebie.
Deatis dokonała szybkiego zwiadu pomieszczenia, w którym się znalazła.
Dość duże pomieszczenie zagracone było ogromną ilością krzeseł oraz stołów. Na samym środku pokoju stały trzy wózki z jedzeniem.
De Didero usłyszała skrzypnięcie otwierających się drzwi oraz śmiech dorosłego mężczyzny.
Korzystając z tego, że była drobna ukrywał się w jednym z wózków. Z szybko bijącym sercem wyczekiwała, że facet sobie pójdzie. Zamiast tego poczuła że miejsce w którym siedzi zaczyna się przemieszczać.
Javier z przerażeniem stwierdził, że Deatis w formie przystawki wędruje na najwyższe piętro, które jeszcze nie zostało „zbadane” przez UND.
- D, musisz się go pozbyć – rzekł Javier, kiedy czarnowłosy kelner oczekiwał na windę.
Dziewczyna milczała.
- N, szybko do wlotu windy numer trzy – powiedział Javier.
Torres błyskawicznie otworzył klatkę wentylacyjną prowadzącą na korytarz. Zrobił przewrót w powietrzu i wylądował na podłodze w pozie godnej zasłużonego gimnastyka.
- N, czekaj, znowu ktoś idzie no – mruknął Casillas, który stawał się coraz bardziej nerwowy.
Torres odbił się od ściany i zatrzymał się w powietrzu opierając się o mury nogami. Widząc przechodzących pod nim młodych ludzi miał ochotę rzucić na nich jakieś zaklęcie jednak było to niedozwolone. Wtedy mafia łatwo by się zorientowała, że ktoś obcy jest w fabryce.
Zeskoczył na podłogę kiedy winda, przywołana przez Javier, się otworzyła. Z chwilą gdy drzwi się zamknęły otworzył górny głaz i wyszedł na powierzchnię metalowego pudła.
- N, dwie windy w lewo – rzekł Javier bacznie obserwując sytuację u Deatis.
Torres zwinnym krokiem zaczął przeskakiwać szyldy. Kiedy dotarł do toru de Didero, winda dziewczyny była grubo za nim. Cofnął się o jeden kanał i zaczął wspinać się po linie. Był spokojny, zaczął sobie wmawiać, że się ściga z kimś na zawodach, a nie że próbuje wygrać całą armią mafii. Przyspieszył. Kiedy znalazł się na górze czym prędzej wszedł na windę Deatis. Był pierwszy.
- N, teraz jest dwóch –poinformował Javier – doszedł w między czasie.
Torres lekko uchylił głaz do windy.
- D, załatwisz tego po swojej lewej, N, ty po prawej – rozkazał Casillas. – Na trzy. Raz… dwa… trzy!
Dwaj mężczyźni osunęli się na bok. Deatis czym prędzej wyszła z wózka i wyciągnęła eliksir wielosokowy. Zaczęła przebierać się w ubrania jednego z kelnerów.
- Macie trzydzieści sekund – poinformował Javier.
Torres zaklęciem wyniósł nieprzytomnych facetów na zewnątrz pozostawiając ich w jakiejś wnęce. Kiedy wrócił do wejścia przebrany w strój kelnera, de Didero podała mu eliksir. W samą porę. Ostatnie przemiany dokonały się wtedy gdy drzwi były otwarte.
- Kończymy maskaradę – rzekł Javier. – Mam obraz – dodał ciesząc się, że proszek Carmen działa. – Cel w wielkiej sali gdzie jest od cholery ludzi.
- Jak robimy? – zapytał Felipe.
- Musicie wpaść tam w chwili kiedy będzie parę sekund prze uruchomieniem świstoklika. Macie złapać faceta i przeniesie nas na posterunek w Madrycie.
Wszyscy pokiwali mimowolnie głowami.
Sytuacja zaczynała nabierać tępa. Ten cały stres sprawił, że przyjaciele (czyli UND) nie mieli siły na wykończenie akcji. Nie pomyśleli o przygotowaniu psychicznym. Wszystko szło gładko. Trójka ubrana w stroje kelnerów czekała na wejście do sali. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności miało to być minutę przed uruchomieniem świstoklików.
Nastał ten moment. Sala była bardzo luksusowa. Przy okrągłych stołach siedzieli panowie z żonami ubrani w najlepsze tkaniny świata. Co niektórzy podpisywali jakieś dokumenty, inni zaś popijali szampana. Jasność, błysk. Można by powiedzieć, że przepych jak barokowym kościele.
Przyjaciele z drżącymi rękoma podawali przystawki. Coraz bardziej przybliżali się do celu. Nagle wszyscy na raz poczuli dziwną słabość, jakiś ból w brzuchu. Nie było czasu. Rzucili tace. Pobiegli do Hindusa. Nikt się tego nie spodziewał. Felipe i Nico przystawili czarnowłosemu, grubemu człowiekowi różdżki do gardła. Deatis natomiast, jak to miała w zwyczaju, połamała mu różdżkę. Przyjaciele wiedzieli, że eliksir wielosokowy przestał działać. Wszyscy wstrzymali oddech. Tylko Hindus lekko się uśmiechał i dawał znaki, że nie ma co wczynać alarmu.
Nagle coś wybuchło na dworze, jedna nikt nie poruszył. Czarny dym unosił się za oknem, a jednak wszyscy wpatrywali się w trójkę młodych czarodziei udających bohaterów narodowych.
- Chłopcze – odezwał się Hindus łagodnym głosem spoglądając na Felipe. – Radziłbym ci zaklęciem podnieść ten kielich stający na stole.
Cortez zdziwił się. Spojrzał na Torres, który wzruszył ramionami. Felipe zawahał się przez chwilę po czym wycelował różdżką w kieliszek. Nie podniósł go.
I znów nieprzyjemne ciepło ogarnęło ciało chłopaka. Czary nie działają. Nic nie działa. Ani eliksiry, ani zaklęcia, ani zapewne świstokliki.
Przyjaciele zrozumieli co się stało oraz to co to dla nich oznaczało. Do wyjścia było daleko… za daleko.
- A ciebie to ja znam – odezwał się Hindus. – Ty jesteś Felipe Cortez. Nie martw się. Zajmiemy się twoim ojcem za to że nas odwiedziłeś.
Chłopak uniósł lekko brwi. Pomyślał, że ludzie to są jednak żałosni.
- Nie obchodzi cię ojciec? – zapytał Hindus widząc, że nie sprawił przerażenia w oczach chłopaka.
Felipe przypomniał sobie Marco. Pierwsze co zobaczył to kłótnia o zakazy. Widział tylko jego nadwrażliwość, wywyższenie, przegięcie w każdej sytuacji…
- UND, włączę zapalniki – odezwał się głos Javiera. – Na dole czeka na was samochód.
Felipe wziął głęboki oddech i zaczął liczyć do trzech. Po chwili rozległ się jeden wielki huk i całe piętro wpadło do salonu niżej. Zaczęła się panika. Kobiety krzyczały, ochroniarze wyciągali swoich boksów spod grózów. UND natomiast pobiegł czym prędzej do wyjścia.
- Nico, długie, czarne i robi tra ta ta ta ta – krzyknęła Deatis.
- Broń? – zapytał sam siebie.
Dziewczyna zrobiła mostek. Torres, zapobiegawczo rzucił złotą tacę gdzieś w okolice brzucha dziewczyny.
Znowu zaczęli biec wysadzając wszystko po drodze. Wykorzystywali wszystko co mieli. Eliksiry, nadajniki, bomby, zdobytą broń palną. Jak oparzeni wyskoczyli z budynku. Tam czekał na nich Javier usmolony sadzą. Zapewne wybuch, który słyszeli na samym początku należał do ich dawnego auta.
- Wsiadajcie, nie ma czasu – krzyknął Casillas pokazując im ukradzione mafijne cacko.
- A gdzie jest Carmen? – zapytał Felipe obracając się wokół własnej osi.
- Uważaj! – krzyknął Torres popychając Corteza do samochodu.
Javier z piskiem opon ruszył do przodu.
- Stój, Carmen nie ma! – krzyknął Felipe, a tylna szyba samochodu została stłuczona zaklęciem przeciwnika.
Casillas spojrzał w tylnie lusterko. Goniła ich banda mafijnych Azjatów. Nie mogą po prostu się zatrzymać i poczekać na Mermaid. Tamci ich zabiją.
- Dea, daj mu telefon z mojej kieszeni – rzekł Javier cały czas obserwując drogę i przeciwników.
Dziewczyna w pośpiechu zaczęła przeszukiwać kieszenie chłopaka. Po chwili wręczyła Cortezowi małe, czarne, płaskie urządzenie.
- Ma trzy minuty na dotarcie na główny plac – mówił Casillas. – Zrobię kółko…
- Carmen? – przerwał Felipe – Odezwij się!
- Co? – odezwała się w słuchawce.
- Gdzie ty do cholery jesteś?! – krzyknął a przyjaciele obok unieśli brwi.
- Ja nie mogę stąd wyjść – powiedziała. – Teraz nie mogę! Daj mi pół godziny.
Czerwona smuga światłą przebiegłą przez całą długość auta tłucząc przednią szybę. Samochód zakołysał się niebezpiecznie.
- Masz dwie minut i masz się stawić na głównym placu! – krzyknął odgarniając mokre włosy z policzka.
- Nie mogę – powtórzyła słabym głosem Carmen.
Deatis celnym zaklęciem zwaliła na ochroniarzy stary bilbord reklamujący słodkości.
- Jak cię oni nie zabiją, to przysięgam… ja cię zabiję – rzekł Felipe obierając głowę o fotel. – Rozszarpię na małe kawałeczki! Czy ty do cholery jesteś poważna?! Musimy uciekać!
- Przykro mi – szepnęła tak, że ledwo można było ją dosłyszeć.
- Carmen, co ty wyprawiasz?! – krzyknął Cortez sięgając po klamkę samochodu.
Reakcja Nico była natychmiastowa. Wycelował różdżkę w Felipe i wymówił w myślach zaklęcie paraliżujące.
- Wybacz stary, ale nie mamy szans – mruknął Torres. – Jedź – rzekł do Casillasa.
Młodzi czarodzieje z zawrotną szybkością wyjechali na główną drogę.
- Hamuj! – krzyknęła Deatis zapierając się rękami o przednia deskę rozdzielczą.
Na drodze pojawili się znikąd ludzie.
- Wysiadać! – krzyknął Casillas.
Torres podźwignął Corteza i wybiegł z samochodu. Wiedzieli, że takim korku to na pewno nie uda się im zgubić wysłanników mafii. Wmieszali się w tłum. Wsiedli do riksz, które zawiozły ich do wprost pod drzwi hotelu. Jeszcze jakieś dwie ulice wcześniej widzieli facetów w czarnych garniturach. Teraz nie było nikogo. Wpadli jak oszalali do hotelu pod zaklęciem kameleona. Wiedzieli, że muszą się stąd jak najszybciej wydostać. Mafia nie będzie potrzebowała dużo czasu, aby dowiedzieć się gdzie się zatrzymali.
Nico rzucił przyjaciela na łóżko. Wszyscy zaczęli się w pośpiechu pakować. Cortez zaczął powoli odzyskiwać przytomność.
- Gdzie… gdzie jest Carmen? – zapytał pół przytomnie. – My jej nie zostawiliśmy prawda?
Wszyscy nie zwrócili na niego uwagi. Każdy spieszył się jak mógł aby czym prędzej opuścić hotel.
- Gdzie jest Carmen? – zapytał już bardziej przytomnie.
Znowu nikt mu nie odpowiedział.
- Coście do cholery zrobili z Carmen?! – krzyknął a przyjaciele zatrzymali się w bezruchu.
- Nie mamy nic – odezwał się Javier. - Nie mamy ani siły, ani efektu zaskoczenia. Nie możemy jej teraz pomóc.
Cortez usiadł w milczeniu na łóżku i ukrył twarz w dłoniach. W życiu nie był tak wściekły. Nie wiedział jak sobie z tym gniewem poradzić. Bezradność, bezsilność dobijały do najbardziej. Sam nie mógł uwierzyć, że ją zostawił. Przecież jest mężczyzną, a rolą faceta jest bronić kobiety. Nie mógł jej tak po prostu zawieść, a jednak zrobił to. Tak bardzo pragnął by ona znowu byłą przy nim. Żałował całym sercem, że w ogóle pomyślał o tej akcji. Bez Carmen nic nie będzie takie samo, nic.
Poczuł, że ręka zaczyna go szczypać. Nic dziwnego, w końcu tyle razy dzisiejszej nocy się otarł o ściany, że przedramię ma prawo trochę pobolewać. Jednak doszedł do wniosku, że przez ten nasilający się ból nie może się na niczym skupić. Uczucie palącego się ciała nie wywołuje otarcie o mur. Podwinął rękaw koszuli. Skóra zaczynała pękać, a kreski układały się w jakieś słowo. Krew zaczynała ściekać na podłogę. Sam zaś Felipe patrzył z niedowierzaniem na swoją rękę. Kiedy myślał, że nic nie może boleć go bardziej, ból jeszcze bardziej się nasilał. Zemdlał.


No i jak wyszło starcie sił dobra ze złem? xD Tak, Carmen jak ta sierota Boża znowu musiała się w coś wpakować, no ale cóż xD Długo oczekiwany, mam nadzieję że się spisałam. Wiem że zamieszanie ogromne, ale takie miało być. Wydaje mi się, że oni nie mogli być opanowani w takiej sytuacji. A co Wy sądzicie? Czas na pytania sugerowane:
1. Powinno się im udać czy słusznie doświadczyli porażki?
2. Jak myślicie dlaczego Carmen nie przybyła? Wiem, że trudne pytanie xD
3. Czy przygotowania do akcji były solidne? Można było to lepiej rozgryźć?
4. Coś się wydarzyło nadzwyczajnego wg Was? Uważacie, ze coś po prostu nie mogło się stać? Chętnie wytłumaczę xD
5. Podobał się Wam samochód :D
6. Z czym mogło być powiązane „cięcie ręki Corteza”? Podpowiem, że uwielbiam wszystko zwalać na to coś xD No ale może ktoś ma własną teorię? ;)
7. Jak się podoba szablon? Chat box powinien być czy nie?
8. Muzykę zostawić czy wywalić?

Co do podstron to nie zrobiłam wszystkich. Zapraszam tym czasem na:
1. gazetę CARPE
2. Link ME
3. Give me
4. Links
» data: 22 marzec 2009
» Powrót
» posted by CamiShoot
» komentuj



A, tu nie o akcję chodzi ^^'
Tu chodziło mi raczej o to, że zawsze można było sobie coś wykoncypować, czegoś się domyślić, poprowadzić w swoim umyśle akcję w jakimś dość prawdopodobnym kierunku i potem konsutować swoje wyobrażenie z rzeczywistością następnego rozdziału.
A teraz... właśnie teraz nie potrafię wymyślić w jakim kierunku akcja może pójść (bo może pójść w jakimkolwiek) i to właśnie nie-domyślanie się jest straszne. ^^'
O.

A co do przerywania: to tak, najlepiej przewać w jakimś neutralnym momencie, bo gdy przerywa się w momencie ciekawym i pełnym akcji frustracja odbiorcy skokowo wzrasta w takim wypadku, żeby potem równie szybko opaść aż do obojętności. O.
(ha, studia robią swoje ^^')
Bies
           » brak www    3 kwiecień 2009


A co do tego pani komentarza u mnie...
Domyśla się pani matki? Oo Naprawdę?...

Co do podziału na części... Pewnie też bym się wściekła, gdybym miała taką sytuację, jak pani ^^" Ale nie było w moim przypadku już żadnego elementu zaskoczenia. Miałam tylko poważny problem z 'przerwaniem' akcji w jakimś neutralnym momencie, bo to z marketingowego punktu widzenia jest najlepsze (wiedziała pani? :>)

PS. Nie, żebym coś sugerowała, ale podałaby pani chociaż przybliżoną datę następnego rozdziału? :>
Bies
           » brak www    2 kwiecień 2009


1. Z punktu widzenia fabuły… (blablabla czyli proszę patrzeć komentarz wczeœniej)
2. Bo ktoœ rzucił na niš imperiusa? Albo została ciężko ranna?
3. ~ Nie były.
~ A i owszem. I na pewno nie tak na ‘hop-sasa’ i już. - -
4. Nadzwyczajnego?... Erm… Chyba nie...
5. Tak sobie ^^’ W sensie: że podobać, to się podobał, ale sama nie chciałabym nim jeŸdzić. ^^’ (wolę Monster Trucki)
Swojš drogš to przez chwilę, kiedy napisała pani o tym huku i czarnym dymie na zewnštrz, myœlałam, że to właœnie samochód wysadziło… ^^’
Ale to ja i moje przecišżone rodzajami dewiacji synpsy…
6. Ja nie znaju… Ale najpewniej z a) Carmen b) tym złym mafijnym bossem, co to powiedział, ze się na Marco odegra?
7. ~ Pani wie ^^
~ Mam mieszane uczucia. Niby pełni ważnš funkcję z informacyjnego punktu widzenia, ale jakoœ tak… Œrednio pasuje. Moim zdaniem.
8. Muzyka jest dobra. Wyjštkowo mi się podoba. Gdyby tylko jeszcze się sama nie załšczała… ^^’
(bo to rozprasza przy czytaniu)

Podsumowanie: Straszne. To było straszne. To jest straszne.
Nie mam bladego pojęcia jak pani może chcieć teraz poprowadzić akcję. I TO właœnie jest STRASZNE. --
Mam nadzieję, że SZYBKO doda pani rozdział. ^^'
(łypie œlepiami, jak kot ze Shreka)

I tak ogólnie, w imieniu Jamesa, muszę stwierdzić, że pisanie na marginesach jest bluŸnierstwem i œwiętokradztwem :>
Bies
           » brak www    2 kwiecień 2009


To znowu ja ^^'
Tym razem pojaiwam się po to, aby ogłosić radosną wieść: otóż pojawił się rozdział drugi ^^
Bies
           » brak www    31 marzec 2009


Jako, że obchodziłaś wczoraj urodziny, a urodziny są zasadniczo dość ważną okazją, chcę ci życzyć wszystkiego czego tylko sobie zapragniesz.

Być może nie jestem specjalnie oryginalna, a w rzeczy samej na pewno nie jestem, ale...
Japończycy mają taki zwyczaj:
pomyś sobie życzenie








już? (zakładam, że tak)
A więc: omedete, omedete, omedete.
I ppwinno się spełnić. ^^
ps. wybacz, że dopiero teraz. Wczoraj nie miałam jak tego zrobić ^^'
Bies
           » brak www    31 marzec 2009


U mnie nowość. Nie wiem czy masz jeszcze ochotę czytać moje wypociny, jednak Cię o tym informuję. Serdecznie zapraszam i pozdrawiam.
Meris
           » http://secrets-snapes.wjo.pl    29 marzec 2009


U mnie nowy 14 rozdział....Rozdział był jak dla mnie boski a moja matka gdy przeczytała "indyjska mafia" sądziła, że czytam jakieś...Czekam na nstępny wyczerpujący rozdział^^
Devisza
           » brak www    25 marzec 2009


Hej.Super blog dodaję do fav.Ja niedawno założyłam sobie tu bloga,więc nie jest on tak boski jak twój,ale liczę że do mnie wpadniesz.;*
harry-i-kumple-z-planu
           » brak www    23 marzec 2009


Łaah... Szablon boski! Jak zwykle... A podstrony? Moje pierwsze słowo jakie po fazie szoku mogłam wypowiedzieć: "wow". No nic... Dobrze, że szatę graficzną widziałam wczoraj, bo dziś nie mogłabym się skupić na czytaniu ^^

Najpierw, rzecz priorytetowa. Znalazłam dość dużo błędów technicznych a propos pisania. Literówki typu byłą(była), i końcówki wyrazów, przez co niektórzy zmieniali swoją płeć ^^
Wiem, że też były błędy interpunkcyjne, ale ja co do tych błędów nie wnikam, bo nie jestem ekspertem(sama robię ich mnóstwo, więc nie poprawiam).

Odpowiedzi:
1. Ja jestem zadowolona z obrotu sprawy. Dobrze, że się im nie udało, bo pewnie opowiadanie dobiegałoby do końca.
2. Myślę, że zafascynował ją pokój w którym się znalazła. Może był na niego rzucony czar, przez który Cramen zapominała o Bożym świecie...
3. Wydaje mi się, że mogli zostawić list jakiemuś zaufanemu dorosłemu, gdzie się wybierają. Wtedy byłaby szansa, że przyjdą posiłki ^^ No i oczywiście pewnie nie przeżyliby ataku gniewu z jego strony... Możliwe, że powiadomiłby ich rodziców, ale zawsze to byłby jakiś plan B.
4. W końcu to magia, więc nawet jeśli było coś nadzwyczajnie niemożliwego, zawsze można podpiąć właśnie pod magię...
5. Podobał. Aczkolwiek bardziej skupiłam się na akcji zemsty :)
6. Hmm... Sama nie wiem. Mam pewną teorię. Wydaje mi się, że pod pewnym względem jest złączony z Carmen. Może dziewczyna została złapana i na siłę kazano jej właśnie zrobić to Felipe, a może sami zrobili? Łatwiej byłoby dojść do tego, gdyby było wiadomo jakie to słowo :P
7. Mi się bardzo podoba. Na początku już parę słów napisałam. Mimo wszystko, rozdziały chyba zostawiłabym w spokoju, aby aż tak się nie ruszały. Jest to trochę denerwujące, nie powiem.
8. Muzykę zostawić, jeśli komuś nie będzie się podobała to sobie wyłączy i puści własną. Proste.

No to chyba tyle,
Pozdrawiam
Alex K.
           » http://story-about.blog4u.pl    23 marzec 2009


Tak więc:
~żoną Legisa zostanie Nereida
~Emi żyje, ale nie będzie happy endu
(w sensie, że kiedyś tam, w dalekiej przyszłości)

Co do Aka: tak jakby James i nie James. Mają ze sobą wiele wspólnego i wiele ich różni.
A poza tym, to źle podałam wiek Jamesa. Sprawdziłam w notatkach: 37 lat ma, kiedy co wprowadzam do opowiadania ^^'

Wracam więc do prasowania po raz dziesiąty tej samej spódnicy. ==
Bies
           » brak www    23 marzec 2009



Podstrona: *1* / 2