|
XV Chodźmy na randkę!
|
|
Felipe kończył śniadanie w wielkiej sali. Był przygnębiony i nie zwracał uwagi na niedbale zawiązany krawat. Lał leniwie kawę do kubka, w chwili gdy podszedł do niego Torres trzymając w dłoni plan najbliższych finałów. - Hola – zaczął Nico siadając naprzeciw przyjaciela. – Masz gości. Cortez spojrzał na niego podejrzliwie. - Kogo? – zapytał, jednak domyślał się któż to taki siedział u niego w salonie. - Ojciec i matka przyszli. Felipe przeczesał włosy dłonią. Nie miał zielonego pojęcia czego oni od niego mogą chcieć. Pierwszy raz zobaczy ich od ucieczki ze szpitala. Jakoś wcześniej nie chciało im się do niego przyjść. Chłopak dopił kawę do końca, zarzucił torbę na ramię, mruknął coś co brzmiało jak ‘gracias’ i poszedł do salonu. Szedł powoli ponieważ nie odzyskał jeszcze pełni sił w nodze. Zaczął rozmyślać co to ojciec chce mu ciekawego przekazać, bo tego że Marco przyszedł w jakimś swoistym interesie, był pewien. Felipe zajęcia zaczynał o dziewiątej. Pozostało mu jakieś pół godziny, więc jakby rozmowa z rodzicami przybrała niebezpieczny obrót mógł się wywinąć zajęciami. Przyłapał się na tym, że zaczął układać sobie w myślach to co odpowie ojcu na różne pytania. Zamaszyście otworzył drzwi do salonu chłopaków z Barcelony. Na kanapie siedziała kobieta ubrana w długie szerokie spodnie i białą bluzkę. Mężczyzna ubrany w czarny garnitur nerwowo chodził po pokoju. Felipe rzucił na podłogę szkolną torbę dając tym samym znak, że już przyszedł. Matka odwróciła głowę po czym lekko się uśmiechnęła. Marco podszedł do kominka i zaczął wpatrywać się świdrującym spojrzeniem w syna. Nastało milczenie. - Macie mi coś do zakomunikowania? – zapytał czarnowłosy chłopak opierając się o ścianę. - Felipe Cortez – zaczął wrogo ojciec – myślę, że sprawę należy postawić jasno. Albo mnie przeprosisz i wrócisz do domu, albo jeszcze dziś masz zabrać z mieszkania swoje rzeczy. Chłopak uniósł lekko brwi. Nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Zawahał się. Marco najwyraźniej oczekiwał od niego konkretniej odpowiedzi teraz, już, natychmiast. Felipe nie wiedział co odpowiedzieć. W głębi serca nie chciał zrywać kontaktów z rodzicami. Kochał i szanował ich na swój sposób jednak gdy w wyobraźni zobaczył triumfalny uśmiech ojca, gdy on go przeprasza, ogarnęła go narastająca fala nienawiści. Nie, on się nie będzie przed nim kajał. - Przyjadę o siódmej i zabiorę tylko parę książek i teczek – powiedział spokojnie chłopak, odwrócił się i wyszedł zostawiając osłupiałych rodziców samych sobie. - Zadowolony jesteś? – warknęła Rosa kiedy Felipe zatrzasnął za sobą drzwi. - Jeszcze przyjdzie w łasce – mruknął Marco. - Nie… jest taki sam jak ty – powiedziała kobieta opierając głowę o dłoń. - A co to ma do rzeczy? - Nie w honor jest mu ciebie przeprosić, tak samo jak ty mu nigdy nie powiesz, że zacząłeś za nim tęsknić – podsumowała Rosa – A teraz sprawdź czy cię nie ma w Argentynie. Nie chcę żebyś był w domu wtedy gdy on będzie się wyprowadzał. Przez ciebie całkowicie stracimy jedynego syna! * Casillas uśmiechnięty od ucha do ucha rozmawiał na korytarzu z jakąś miłą dziewczyną. Była gwiazdą drużyny cheerlederek. Dowiadywała się kiedy, gdzie i o której godzinie odbędzie się finał w piłce nożnej. - Później sobie porozmawiacie, Javier jesteś mi potrzebny – wtrącił Nico przerywając uroczą pogawędkę. - A nie, nie… my już wszystko ustaliliśmy – powiedziała z uśmiechem dziewczyna. – Do zobaczenia Javier. - Pa – odpowiedział chłopak odprowadzając senioritę wzrokiem. - Czujemy chemię co – rzekł Torres spoglądając na przyjaciela. - Oj weź przestań – oburzył się Casillas. – Czego chciałeś? – zapytał chcąc zmienić temat. - Kiedy masz swój finał w pojedynkach? - Za dwa tygodnie, a co? - Bo ustawiam harmonogram piłki nożnej u nie chciałbym by coś korygowało z twoim grafikiem, ale dobra… finał zrobimy ostatniego dnia maja. - No i dobrze – podsumował Casillas. - Torres! – ktoś krzyknął zza pleców. - To pewnie Jacques – mruknął Nico. – Pogadamy później. - Spoko – rzekł Javier i poszedł do swojego pokoju. W salonie, na stole, stały trzy puszki coca-coli i talerzyk z kruchymi ciastkami. Popatrzył na napój jak na zbawienie. Od dłuższego czasu bardzo chciało mu się pić, ale jakimś dziwnym trafem zawsze miał co innego do roboty niż nalanie sobie np. soku do szklanki. Chwycił czerwoną puszkę. Usłyszał jak gaz ucieka z opakowania. Usiadł na kanapie i włączył telewizor. Po jakiś piętnastu minutach usłyszał rumot dochodzący z pokoju Corteza. Jak opętany wleciał do pokoju chłopaka. - Co się stało? – zapytał. - A co się miało stać? Sprzątam – mruknął Felipe leżąc w połowie pod łóżkiem. - Ale sprzątanie polega np. na układaniu książek, a nie na wyrzucaniu ich na środek pokoju. - Szukałem dokumentów od samochodu – mruknął Cortez wyciągając jakąś teczkę spod łóżka. - Od Bugatti Veyron? 32 – zechciał się upewnić Casillas. - A mam inny samochód? – warknął chłopak. - No nie, ale tak tylko… pytam. – mruknął Javier siadając na łóżku. – A po co ci one? Felipe drgnął w chwili gdy usłyszał to pytanie. Sprawiał wrażenie, że to co ma powiedzieć nie przechodzi mu przez gardło. Przełknął głośno ślinę. - Sprzedaję… samochód – powiedział powoli, a ta wiadomość wprawiła Javiera w osłupienie. - Ż-ż-żartujesz, prawda? – wydukał. - Chcę otworzyć własny interes – zaczął Cortez siadając obok przyjaciela, trzymając w ręku czarną teczkę. – Ojciec wywalił mnie z domu. Nie będę go błagał ani o dach nad głową, ani o pieniądze. Chcę mu udowodnić, że sam też coś mogę osiągnąć. Poza tym mam ambicje, żeby okazać się lepszym od ojca. Wywalę go na zbity pysk z interesu! Casillas uprzejmie poczekał jak przyjaciel skończy swój monolog, aby dowiedzieć się więcej szczegółów o stosunkach między Felipe a rodzicami. - Jak to cię wywalił z domu? – zapytał Javier. - Normalnie. Zabrałem swoje dokumenty, książki i wróciłem do szkoły. - Ale dobrze zrozumiałeś? Ojciec na pewno chciał cię wywalić z domu? - Javier, to wszystko poszło za daleko. Teraz na poważnie odchodzę z wilii – mruknął Felipe wyjmując z teczki zestawienie jakiś liczb. Casillas umilkł. Nie wierzył własnym uszom. Nigdy by nie podejrzewał Marco o to, że wyrzuci swojego syna z domu. Na dodatek Felipe ma zamiar sprzedać swoje auto, którym opiekował się, dbał o nie lepiej niż miałby zajmować się małym dzieckiem. Nie mieści się w głowie, by to czarne, sportowe auto mógł prowadzić ktoś inny niż Cortez. Przecież to będzie samobójstwo. - Masz już jakiegoś kupca? - Nie – mruknął Cortez – postanowiłem także, że sprzedam go za minimum półtora miliona dolarów Nie będę mojego Skarbka sprzedawał za marne grosze. Javier uśmiechnął się w duchu. Wiedział ile Cortez pracy włożył w ten samochód aby go bardziej unowocześnić. Oceniał go na jakieś… - Dwa miliony ci za niego daję – powiedział z uśmiechem Casillas. – Jak się odbijesz w tym swoim interesie to wykupisz Bugatti. Felipe nie posiadał się ze szczęścia. W ten sposób mógł mieć pieniądze na start w firmie i być pewien, że nikt nie zniszczy mu samochodu. Do pomieszczenia wszedł Torres. Przeszedł przez całą długość pokoju i bezwładnie opadł na fotel. Nawet nie skomentował bałaganu jaki panował w pomieszczeniu. - Ci ludzie mnie wykończą – mruknął Nico z zamkniętymi oczami. – Ciągle coś ode mnie chce. Przydały by mi się wakacje… długie wakacje z dala od ludzi. Felipe popatrzył na swoją teczkę. Widniała tam fotografia „Merisool”. Uśmiechnął się. Skoro z Javierem wyszło to może i Nico się zgodzi. - Może jakiś wakacje na wodzie? – zaczął Cortez. Torres otworzył jedno oko i dał sygnał ręką by Felipe kontynuował. - Sprzedaję „Merisool” – powiedział Cortez, a Casillas posłał mu mordercze spojrzenie. - Ten jacht? – zechciał się upewnić Nico. – Ale dlaczego? - Bo otwieram własny biznes i potrzebny mi jakiś kapitał początkowy. - A ojcie… ała! – krzyknął Torres masując sobie nogę. – Żebyś ty idioto tak piłkę na treningach kopał to bym był przeszczęśliwy – warknął Nico wpatrując się w Javiera. - Spokój! Z ojcem pokłóciłem się na amen, więc na jego pomoc nie ma co liczyć. - Ile chcesz za „Merisool”? – zapytał Nico przyglądając się fotografii, która leżała na kolanach Corteza. - Dwadzieścia milionów – mruknął Cortez. - Euro czy dolarów? – zechciał się dowiedzieć El niño. - Dolarów – odpowiedział Felipe. - Tylko ty się nie przyzwyczajaj do tej łodzi, on to od nas odkupi – powiedział z uśmiechem Javier. - A ty co kupiłeś? - Samochód – odpowiedział z dumą Javier. Czarna komórka Torresa obwieściła, że czas iść na spotkanie. - No nie dadzą człowiekowi spokoju – mruknął Nico oglądając wyświetlacz telefonu. – Kiedy chcesz dostać pieniądze? - Jak najszybciej – powiedział Felipe. - No to jutro dobijemy targu – rzekł Torres i wyszedł z pokoju. ”No, z dwudziestoma dwoma milionami dolarów to już mogę coś działać.” * Deatis z zamkniętymi oczami unosiła się nad drewnianą podłogą w salonie dziewczyn. Profesor Mermaid zalecił jej naukę samokontroli. Kiedy była zdenerwowana nie panowała nad swoją mocą, tak jak to było w sytuacji gdy omal nie podpaliła Carmen. Od tamtego czasu zawzięła się i pilnie zgłębia tajniki jogi. - Widziałaś gdzieś mój referat z numerologii? – zapytała Carmen wchodząc do salonu. De Didero lekko zachwiała się w powietrzu. - W komodzie – odpowiedziała dziewczyna spokojnym tonem. - Gracias – mruknęła i wróciła z powrotem do sypialni. Nagle złapała się za framugę drzwi. Zobaczyła twarz Felipe oświetloną lichym płomieniem. Był nieprzytomny. W tle szumiała woda. Carmen poczuła, że wraca do rzeczywistości. Oddech miała przyspieszony. Kolejna wizja z wyspy sprawiła, że była pełna niepokoju. Osunęła się na ziemię i uderzyła głową w posadzkę. - Carmen! – krzyknęła Deatis podbiegając do przyjaciółki. Felipe siedział w swoim byłym wozie.33 Ostatni raz przesuwał dłoń po pięknej czarnej kierownicy. Popatrzył na prędkościomierz i uświadomił sobie, że długo nie osiągnie prędkości zbliżonej do czterystu kilometrów na godzinę. Wzrok przeniósł na panel. Mały telewizorek zawsze pokazywał mu jego ulubione momenty meczy quidditcha. Tak wiele razem zdziałali, tak dużo razem zobaczyli. Teraz to wszystko musiał oddać. Czuł się fatalnie. - Felipe, wyłaź już – powiedziała Carmen ze skrzyżowanymi rękoma na piersi stając obok drzwi samochodu. Cortez popatrzył na nią takim wzrokiem jak w sklepie małe dziecko prosi matkę o nową zabawkę. Mermaid przewróciła oczami. - Jeszcze minutka – powiedział i głośno westchnął. - Javier chce już jechać – warknęła dziewczyna, której znudziło się stanie na jakimś parkingu, w oczekiwaniu aż jej ukochany z łaski swojej wysiądzie z czarnego auta. – Wyłaź w tej chwili! Chłopak popatrzył na nią błagalnym wzrokiem. Nie podziałało na Carmen. Ogarnęła go fala złości i z nerwami wysiadł ze sportowego samochodu. - Klucze – powiedziała Mermaid, która doszła do wniosku, ze jak sama nie weźmie sprawy w swoje ręce to będą tu stali do końca świata. Felipe niechętnie oddał jakiś pokrowiec dziewczynie. Nagle przytulił się do niej. - Oj ty mój duży chłopczyku – powiedziała z przekąsem Mermaid i zaczęła głaskać chłopaka po jego czarnych włosach. – Jedź zanim się na ciebie rzuci – mruknęła do Javiera. Nastało milczenie. Słychać było tylko ryk silnika, który cichł z upływem czasu. - Felipe, to tylko samochód – powiedziała Mermaid tłumiąc w sobie wybuch śmiechu. - To całe moje życie – odpowiedział. Nastało milczenie. - Jak będziesz oddawać łódź Nico to wezmę chusteczki – postanowiła Carmen. * Nastał piękny słoneczny ranek. Temperatura wskazywała 17°C co zapowiadało upalny dzień. Torres nie spał od piątej rano. Denerwował się przed dzisiejszym spotkaniem z Deatis. To była jego ostatnia szansa na uratowanie ich związku. Starał się jakoś nie myśleć o tym, że nie umie grać w golfa, że to jedyna dyscyplina sportowa, która mu nie wychodzi. Przeklinał dzień, w którym uznał, że ten sport jest nudny i zrezygnował z dalszych lekcji nauki. Założył kremowe rybaczki, białą koszulkę z krótkim rękawkiem, na niej widniał jasnozielony sweterek w romby. Na głowę wybrał kremowy kaszkiet, a na nogi białe, sportowe buty „Puma”. W takim oto umundurowaniu stanął przed Felipe wczesnym rankiem. - Mogę być? – zapytał Nico zakładając białe rękawiczki. Cortez otworzył jedno oko po czym je powoli zamknął. Zbudzony tak wczesną porą zmuszał się aby każde wiadomości, które do niego docierały były przetwarzane przez mózg szybciej niż to było w rzeczywistości. - Na Syberię się szykujesz? – mruknął Felipe wtulając się jeszcze bardziej w poduszkę. - Na golfa z Deatis – rzekł przejęty Torres. – To jest taki tradycyjny strój… może jej się spodoba. - Jak się wcześniej nie stopisz to może, może – powiedział rozbawiony Cortez. – Dzisiaj będzie upał… gorąco… prędzej zalejesz ją hektolitrami potu niż czymkolwiek innym. - To co ja mam zrobić? - Zawołaj Javiera – mruknął Cortez, który w tej chwili skupił się na odtworzeniu swojego interesującego snu z Carmen w roli głównej. - Javier! – krzyknął Torres. – Chodź no! Słychać było otwierane i zamykane drzwi. Kroki jakiegoś wysokiego mężczyzny. Po chwili w pokoju Felipe stanął Casillas owinięty białym ręcznikiem. Wyszedł prosto spod prysznica. - Co tam? – zagadnął ochoczo przybyły. - On się na golfa wybiera – powiedział Felipe tłumiąc w sobie śmiech. - Myślę, że wygodniej było by ci w średniowiecznej zbroi – powiedział Casillas rozbawiony tym roztargnięciem i poświęceniem Torresa. Felipe parsknął śmiechem, na co Nico zrobił urażoną minę. - Patrz jaki obrażalski – powiedział Javier do Corteza. - El niño, pójdziesz tylko w tych spodenkach i Deatis będzie w niebo wzięta – rzekł Felipe siadając na łóżku. - Bez spodenek też by było dobrze – wtrącił Javier. - Puknij się w ten pusty łeb – warknął Torres. Casillas i Cortez roześmiali się na dobre. Po chwili jednak złota rączka się opamiętał i przyniósł Nico swoją nową białą koszulkę. - Masz – powiedział wręczając ubranie przyjacielowi. – Będziesz pasować do całości i powinno być przewiewne. Torres natychmiast zmienił ubranie. Koszulka była biała z krótkim rękawkiem. Zrobiona z bawełny dawała uczucie komfortu. Na lewej piersi widniał firmowy znak klubu Barcelony. - No, teraz mogę spać spokojnie – skwitował Felipe opadając z powrotem na pościel. – Przynajmniej nie usmażysz się na słońcu. Nico uśmiechnął się niepewnie po czym wyszedł z pokoju. - Zwali sprawę – mruknął Javier siadając na łóżku. - Wiem – powiedział Felipe. Dochodziła godzina dziesiąta. Torres wolnym krokiem szedł do sypialni dziewczyn. Uprzejmie zapukał dwa razy po czym wszedł do środka. W salonie siedziała Mermaid zawalona stertą książek. Pisała jakiś referat na Historię magii. - Hola, Lodowa dama gotowa? – zagadnął Torres. - Lodowata lodowatość w całej swej lodowatości szykuje się w lodowatej sypialni – powiedziała Carmen upijając łyk wody. – Wszystko gra? – zapytała widząc, że Nico jest nienaturalnie blady. - Si – mruknął. – To moja ostatnia szansa… trochę się denerwuje. - Jak będziesz taką trzęsącą galaretą to na pewno nic nie zdziałasz – podsumowała Mermaid. – Musisz się uspokoić. Jak sobie radzisz ze stresem przed zawodami? - Nijak – mruknął chłopak siadając na kanapie. – Rzadko kiedy mam tremę, ale jak już to staram się ją ignorować. - No to teraz też ją zignoruj… - Hola Torres – przerwała pogawędkę de Didero. – Idziemy? - Si… ała! – krzyknął chłopak masując sobie głowę. - Na otrzeźwienie – powiedziała Mermaid trzymając w dłoni książkę od historii. De Didero przewróciła oczami. Włożyła białe rękawiczki do torby z kijami i już miała uruchamiać portal do własnego pola golfowego, gdy Torres chwycił ją za rękę. - Będziemy grać gdzie indziej – powiedział. - Jeśli masz zamiar oszukiwać to już teraz się rozstańmy – odpowiedziała zakładając białą czapeczkę z daszkiem. - Chciałabyś – prychnął pogardliwie. - Wiesz, że to twoja ostatnia szansa? – zapytała chcąc pozbawić Torresa pewności siebie. - Dla ciebie jest warto walczyć do ostatniej kropli krwi – powiedział chłopak i otworzył portal. – Panie przodem. - Merci – rzekła dziewczyna i dumnym krokiem przekroczyła próg starych drzwi, które znikąd pojawiły się w salonie, zaraz za nią poszedł Torres nosząc jej kije. Zrobiło się nagle ciemno. Deatis nic nie czuła. Żadnego szarpnięcia, ani zawirowania. Usłyszała Nico, który kazał jej iść przed siebie, nie zważając na nic, więc szła. Po paru minutach zaczynało się rozjaśniać. De Didero spostrzegła, że szli jakimś kamiennym korytarzem. - Nico, gdzie jesteśmy? – zapytała niepewnie. - W Portugalii – odpowiedział stając obok niej. Poczuła jego ciepło, i nowy zapach wody, której dziś użył. - Nie bój się – szepnął jej do ucha dotykając delikatnie jej dłoni. – Przecież jestem przy tobie. Wyszli na polanę. Zaraz przy wejściu do groty stał mały golfowy samochodzik przygotowany specjalnie dla nich. Deatis od razu zajęła miejsce kierowcy. - Powiedziałem, że już nigdy nie wsiądę do samochodu, gdy ty kierujesz – rzekł Torres wkładając kije na tylnie siedzenia. - Możesz iść pieszo – powiedziała dziewczyna i wdepnęła pedał gazu zostawiając tym samym rozbawionego Nico samego na polanie. - Oj Wisienko, nie na moim terenie takie numery – mruknął Torres przywołując zaklęciem miotłę. Deatis jechała betonową dróżką do pierwszego dołka. Doszła do wniosku, że jest tu naprawdę ładnie i estetycznie. Z daleka dostrzegła jakiś wodospad, gdzieś obok oczko wodne z mostem. W takim miejscu zapominało się o problemach i wszystkich troskach. De Didero podczas przejażdżki odprężyła się i zrelaksowała. Na horyzoncie pojawiły się dwie torby na kije, a obok nich kręcił się jakiś wysoki chłopak. Deatis przygryzła wargę. No nie udało się. Wykiwa kiedy indziej Torresa. Gdy dojechała na miejsce nie widziała na twarzy chłopaka oznak zdenerwowania bądź poirytowania. Wręcz przeciwnie. Był uśmiechnięty i gotowy do walki. Dziewczyna wysiadła z auta i zaczęła wybierać kij. Zwinnym ruchem wbiła piłeczkę w ziemię. Zamachnęła się i posłała piłkę dobre kilkadziesiąt metrów. - Pana kolej – powiedziała ustępując miejsca chłopakowi. Gdy na niego spojrzała spostrzegła, że trzyma w ręce jakąś książkę do golfa. ”No nie! Jeśli sobie myśli, że z jakieś głupiej książki nauczy się grać w tą grę, to jest w wielkim błędzie.” - Niezły zamach – pochwalił Torres jeszcze zanim oddał swój strzał. - Nie gadaj, graj – ponagliła kobieta i usiadła w samochodzie. Śmiać się jej chciało widząc ile siły i koncentracji Nico wkłada w to uderzenie. Skupiony do granic możliwości, książkowo zaczął przymierzać się do strzału. Deatis miała już ziewnąć gdy Torres oddał precyzyjne uderzenie. No może piłeczka nie poleciała tak daleko jak de Didero, ale widać było, iż Nico zrobił duże postępy. - No nie…. ten palant nauczył się grać w golfa – powiedział z uśmiechem Nico siadając za kierownicą samochodu. - Nie przeceniaj tak swoich umiejętności – mruknęła dziewczyna i pognali do następnego dołka. Felipe trzasnął drzwiami od salonu. Nie mógł się uspokoić. Wszystko zaczęło mu się walić na głowę. Javier chodził za nim po całym pokoju i upominał by usiadł i zaczął oszczędzać tą swoją chorą nogę. Oczywiście Cortez był mądrzejszy i nie zważał na upomnienia przyjaciela. - Co się stało? – zapytała Carmen wpadając do salonu chłopaków, zaraz po tym jak Casillas do niej zadzwonił. - Nic – warknął Felipe. - Ale… - jęknęła Mermaid. - Powiedziałem, że nic! – krzyknął czarnowłosy chłopak kręcący się po pokoju. Dziewczyna zwęziła oczy. - Javier, zostaw nas samych – rozkazała zimnym tonem. Kiedy drzwi się zamknęły, Mermaid rozpoczęła drugie starcie. - Więc co się stało? – zapytała krzyżując ręce na piersi. - Nic – szepnął opierając dłonie o szybę w oknie. – Nic… Carmen nie dawała za wygraną. Szybkim krokiem podeszła do niego i zmusiła by na nią spojrzał. - Pytam się po raz ostatni. Co się stało? Chłopak przełknął głośno ślinę. - Zostaję na drugi rok w tej samej klasie. Profesor Quixote nie chce mnie przepuścić z historii magii. Carmen przygryzła wargę. Wiedziała, że dla ucznia, który na ogół nie miał problemów z nauką to raz, wielki szok, dwa, dodatkowy problem, trzy, rok w plecy. Nikt przecież nie chciałby zostawać na drugi semestr w tej samej klasie. - Nic się już nie da zrobić? – zapytała. - Iker miał iść do niego – powiedział chłopak przytulając do siebie Carmen. – Nie martw się, jakoś to będzie. - Może go jakoś przekona – rzekła Mermaid. - Może – mruknął chłopak, jednak nie podzielał takiego optymistycznego nastawienia. - Czyżby był remis? – zapytał z uśmiechem Torres. Deatis miała dziś wyjątkowo zły dzień. Nic jej nie wychodziło, dopadł ją ból głowy, a na domiar złego szykowało się zwycięstwo Nico. - Zamknij się – warknęła. - Nie martw się o Lodowata Pani – zaczął Torres zapisując coś w notesie – najbliższe dwadzieścia cztery godziny, będą Madame najwspanialszymi. Dziewczyna popatrzyła na niego spode łba. Przymierzyła się do strzału i posłała piłkę gdzie jej miejsce. ”Mogło być lepiej.” - Teraz ty – powiedziała dziewczyna odkręcając butelkę mineralnej wody. Torres z radosnym wyrazem twarzy podszedł do małej, podstępnej piłeczki. Skupił się maksymalnie. Przybrał pozycję, zamach… - Ojej… czyżby piasek? – zapytała Deatis z kiepsko udawanym przejęciem. - Niemożliwe – powiedział chłopak rozkładając ręce w geście rozpaczy. – Ale jak? Podjechali małym golfowym samochodem bliżej. Rzeczywiście. Biała torresowa piłeczka wygodnie leżała w nadmorskim piasku. - Uuu… tego w podręczniku chyba nie ma – powiedziała Deatis nad uchem chłopaka. Nico zmierzył ją wzrokiem. Miała rację. Na trawie jeszcze jakoś mu szło, ale w piasku? Przeszkoda nie do pokonania, ale El niño nigdy się nie poddaje. - Dilwale Dulhania Le Jayenge34 - zanucił Torres. - Co ty tam mamroczesz? – zaciekawiła się de Didero. - Nic piękna… Carmen siedziała przy stoliku w salonie i przeglądała swoją książkę kucharską. Miała nieodpartą chęć zrobienia jakiegoś ciasta dla Felipe. Chłopak najbardziej lubił czekoladę, to też głównie wokół tego smaku skupiała swoją uwagę. W pewnym momencie do pokoju wleciała mała sowa śnieżna trzymająca jakieś zawiniątko. Dziewczyna ostrożnie zabrała list z ostrego dzioba ptaka. Rozłożyła papier i zobaczyła srebrny, zdobiony drogimi kamieniami sztylet. Czarnowłosy chłopak i piękna młoda kobieta siedzieli w samochodzie golfowym. Jedli obiad na zakończenie spotkania. Deatis zagryzała ze smakiem kurczaka w papryce, natomiast chłopak nie wyglądał na zachwyconego. - Przykro mi, ale przegrałeś – powiedziała Deatis z wrednym uśmiechem. Torres popatrzył na nią błagalnym wzrokiem. De Didero wiedziała, że Nico liczył na jakąś taryfę ulgową. - Nic z tego Torres. Była umowa. Jak wygrasz to spędzimy razem czas, a jak nie to się rozstaniemy. - Nie, to jakoś inaczej brzmiało – wtrącił chłopak. - Ja wiem co mówiłam – powiedziała de Didero. Nastało milczenie. - To… koniec? – zapytał szeptem Nico spoglądając dziecięcym wzrokiem na nią. - A warto to ciągnąć? - Si – odpowiedział Torres bez zastanowienia – Jeszcze się nam ułoży... zobaczysz! Dziewczyna pokręciła głową i poszła do miejsca gdzie znajdował się dziwny portal. Torres natomiast położył się zrezygnowany na trawie. Po chwili nachylił się nad nim jakiś dorosły facet ubrany w szary garnitur. - Paniczu, przyprowadzić konie? - Po cholerę skoro poszła? – warknął Torres. * Carmen chowała książki do komody. Koniec nauki na ten rok. Uśmiechnęła się do siebie. Figury dały im na razie spokój, jednak dziewczyna podejrzewała, że wrócą w najmniej oczekiwanym momencie. Wzięła eliksir i poszła do chłopaków, aby odwiedzić Felipe. Chłopak siedział na kanapie oglądając mecz piłki nożnej. Koszulę miał rozpiętą, krawat niedbale rzucony na podłogę. W lewej ręce trzymał colę, a w drugiej różdżkę. - Hola – zaczęła dziewczyna. Obejrzał się. - Cami… usiądź – powiedział pokazując miejsce obok siebie. - Jak się czujesz? – zapytała stawiając flakonik na stole. - Noga już mnie nie boli – odpowiedział dając sygnał, że nie ma ochoty rozmawiać o historii magii. Wtuliła się w jego silne, męskie ramiona. Czule zaczął głaskać ją po głowie. - Co robisz w sobotę wieczorem? – zapytał chłopak. - Nic – odpowiedziała z zaciekawieniem Carmen. - No to zabieram cię na wycieczkę – rzekł Felipe z uśmiechem. - Randka? - Oh yeah! – powiedział pokazując rząd prostych białych zębów. * - Uważam, że powinnaś dać Nico szansę – powiedziała Mermaid przy śniadaniu w Wielkiej Sali. - Nie wiem czy jest tego wart – mruknęła de Didero. - Przestań patrzeć się na tego Francuza – warknęła Carmen. - Już – powiedziała Deatis przenosząc wzrok na kolejnego chłopaka. - Jesteś niemożliwa. Córka Aretuza zignorowała tą wypowiedź. - Było i nie ma – mruknęła Deatis upijając łyk soku pomarańczowego. - Co? Miłość? – zdziwiła się Mermaid. – To nie jest coś takiego co może się z godzina na godzinę odmienić. - Ale to gasło po woli… - Chyba nie do końca, skoro Torresowi zależy i stara się to odbudować – powiedziała Mermaid spoglądając na sąsiedni stół gdzie siedzieli trzej przystojni młodzieńcy. - To co, że on chce jak ja już się znudziłam – przyznała szczerze dziewczyna. - Ale ty nawet nie chcesz tego odbudować… nawet mu nie dajesz żadnych szans! - Miał szansę… grałam z nim w golfa? Tak czy nie? - Dobrze wiedziałaś, że przegra. - Nie starał się i dlatego przegrał – powiedziała Deatis spoglądając ukradkiem na Torresa. - A moim zdaniem to ten mecz był jak ściganie się koniem z samochodem wyścigowym. - Mam nadzieję, że to on jest tym koniem – mruknęła znudzona de Didero. Mermaid prychnęła z pogardą. - Co ci ten Jacques da? - Bogaty, z pochodzenia Francuz i… jest czystej krwi. - To, że Torres jest dzieckiem mugoli nie skreśla… - Owszem skreśla – wtrąciła de Didero. - Jesteś okropna. De Diero zwęziła oczy. Miała już dość dyskusji w takim stylu, a ostatnio było ich coraz więcej. Zobaczyła, że Nico podniósł się z krzesła. - Ostatni raz – warknęła Deatis do Carmen i podeszła do czarnowłosego chłopaka. – Hola Nico! - Witam – szepnął drżącym głosem Torres wpatrując się wprost w oczy de Didero. - Może moglibyśmy gdzieś wyskoczyli dziś na obiad… tylko we dwójkę - zaproponowała Deatis siląc się na uśmiech. - Nie moglibyśmy – powiedział Nico ciągle świdrując ją tym swoim obojętnym spojrzeniem. - Ale dlaczego? - Mam ważniejsze sprawy na głowie… ty zresztą też. I odszedł. Deatis zaczęła się zastanawiać czy przypadkiem nie usłyszał jej rozmowy z Carmen. Iker zapukał do gabinetu nauczyciela od Historii Magii. Był to ich drugie starcie. Niestety, Diaz tak jak i pierwszym tak i drugim razem osiągnął porażkę. Quixote nie chciał zmienić oceny Cortezowi. Uznał, że jego lenistwo i obojętny stosunek do przedmiotu nie pozwalają Jose na przepuszczenie Felipe do następnej klasy. Będzie to nauczka dla młodego ucznia. Diaz odszedł z gabinetu kolegi z pracy ze spuszczoną głową, jednak nie poddał się. Postanowił wymyślić coś co by pozwoliło podważyć ocenę Quixote. De Didero ucieła sobie popołudniową drzemkę. Śnił się jej rodzinny obiad, gdy poczuła jakieś ciepło na policzku. Otworzyła oczy i zobaczyła twarz Torresa. Chłopak wykonał gest ręką, dając jej tym samym znak by nic nie mówiła. Pociągnął ja za sobą i wyszli z pokoju. Starannie omijali jakich kolwiek ludzi. Dziewczyna była na początku zaskoczona, później chciała zasypać Nico lawiną pytań. Torres wyprowadził ją na plażę, gdzie znajdowała się miotła. Deatis przygryzła wargę. Znowu miotłą. Jak się domyśliła wsiedli na nią i pognali przez siebie. Dziewczyna poczuła, że lecą szybciej niż zwykle, dlatego też w krótkim czasie przenieśli się do całkowicie nieznanego miejsca. Deatis nie biegała aż tak daleko. Chłopak delikatnie wylądował na jasnym piasku. Przed nimi znajdowała się wielka skała, która była częściowo zarośnięta. Chwycił za dłoń Deatis pomagając jej tym samym zejść z miotły. Spojrzał jej przez chwilę głęboko w oczy po czym odsłonił zwisające gałęzie i ukazał tunel z drewnianą łódką. Dziewczyna przymrużyła oczy. W jaskini panowała głucha cisza. Torres chwycił de Didero w pasie i postawił na kołyszącej się łódce. Brązowowłosa usiadła na ławce i zaczęła wypatrywać dalszego rozwoju wypadków. Chłopak wziął wiosła i łódka odbiła od brzegu. Przez dłuższą chwilę de Didero słyszała tylko dźwięk przelewającej się wody. Dopiero po dłuższej chwili zaczynało się rozjaśniać. Wypłynęli z groty wprost pod lagunę. Gałęzie wysokiego drzewa dotykały tafli wody. Korony drzew utworzyły parasol. Czuć było słony zapach wody, ciepły letni wiatr. Kolibry ścigały się nad głową młodej pary. W powietrzu unosiła się wyjątkowa atmosfera… taka magiczna. Łódka osiadła na mieliźnie. Torres wziął na ręce dziewczynę by nie zamoczyła ubrania w wodzie i postawił ją na małej, zielonej, wysepce, na której rosło wyjątkowe stare drzewo. Było duże i masywne. Jego liście, gałęzie leniwie zanurzały się w wodzie bądź leżały na lądzie. Deatis dostrzegła, że na polanie leży koc. Na nim stał czarny niski stolik i dwie poduszki służące za siedzenia. Chłopak usiadł naprzeciwko dziewczyny i przysunął do siebie bliżej wiklinowy koszyk. - Kuchnia hiszpańska czy chińska? – zapytał Nico. - Niech będzie chińszczyzna – mruknęła Deatis zaskoczona przygotowaniem Torresa. Nico położył na stole dwie małe miseczki, dwa komplety pałeczek chińskich. Później na stoliku pojawiły się ryż, ryba, owoce morze i wiele innych przysmaków, do wyboru. - Trening skończył się wcześniej? – zapytała de Didero patrząc jak Torres nabiera trochę ryżu dwa patyki. - Nie – odpowiedział spoglądając w jej oczy. - Wkurzyłeś się na nich i chcesz odreagować? – ciągnęła dalej Deatis. - Nie – roześmiał się. – Szło im całkiem dobrze. - To dlaczego się ze mną spotkałeś? Podobno miałeś jakieś ważniejsze sprawy. - Ty jesteś tą ważniejszą sprawą – odpowiedział chłopak opierając głowę o rękę. – Za bardzo cię kocham by cię stracić. Dziewczyna poczuła, że się zarumieniła. Torres natychmiast wstał i usiadł obok niej. - Nauczyłem się nowego zaklęcia – szepnął zakładając kosmyki włosów za ucho. - A spełnia warunki BHP? Chłopak roześmiał się w głos. - Jest bezpieczne – rzekł po czym machnął różdżką. Na polanie pojawiło się mnóstwo białych lilii35. Wyspa wyglądała tak jakby ktoś pokrył trawę białym puchem. Torres zerwał kwiat i pogłaskał nim policzek Deatis. - A co oznacza lilia? – zapytała dziewczyna przyjmując kwiatek od Nico. - Nie wiem – mruknął. – Wybrałem ją bo najbardziej ciebie przypomina. Jest niewinna, delikatna i oczywiście piękna. - Różą uchodzi za najpiękniejszy kwiat – powiedziała de Didero. - Ale jest oklepana i pospolita, nie pasuje do ciebie. - Ale to symbol miłości! - Ale wszyscy ją sobie dają, a ja nie jestem ‘wszyscy’ – powiedział spoglądając w jej oczy. – Zresztą codziennie dostajesz róże od tego swojego adoratora, chciałem się wyróżnić. Deatis zrobiła wielkie oczy. - Przecież wiem, że ktoś cię podrywa za moimi plecami – powiedział spokojnym tonem. – No al. skoro mam cię stracić przez jakąś tam różę to mogę zasypać cały świat tym kwiatkiem. - Dobrze – rzekła dziewczyna. - Co ‘dobrze’? – zdziwił się chłopak. - Zasyp cały świat różami – powiedziała z uśmiechem. Chłopak otworzył usta ze zdumienia. Dla prawdziwego Hiszpana 35°C to pogoda ledwo muśnięta słońcem. Po szkolnym parku, gdzie znajdowała się fontanna ze smokiem, spacerował Casillas. Starał się wyciszy i uspokoić. Za piętnaście minut miał spotkać się z Cortezem. Javier miał już wolne. Wszystko zaliczył przynajmniej na ocenę pozytywną, tak więc w spokoju mógł przygotowywać się do półfinału pojedynku. - Hola – zaczął Felipe podpierając się jedną kulą – Gotowy? - Jasne – odpowiedział ochoczo czarnowłosy chłopak. Cortez i Casillas udali się na plażę. Starannie wyszukali miejsce, które było z dala od ludzi. Felipe stworzył swojego klona, dzięki czemu Casillas mógł ćwiczyć zaklęcia, sam zaś wygodnie położył się w cieniu pobliskiego drzewa. Zasnął. Śniło m się, że ucieka przez las. Słyszał jakieś krzyki, wycie wilków. Carmen biegła obok. Nagle białe zwierze, które pokazywało swoje ostre kły, zbliżyło się do nich na niebezpieczną odległość. Felipe kątem oka zobaczył jak wilk chce chwycić nogę dziewczyny. Cortez zareagował od razu. Popchnął Carmen w bok. Niestety białe kły wilka wbiły się w nogę chłopaka. Poczuł ostry ból. - Stary, obudź się! – krzyknął Javier nachylając się nad przyjacielem. Felipe spojrzał na swoją bolącą nogę. - Javier, zejdź ze mnie – szepnął Cortez z trudem łapiąc oddech. Dopiero w tej chwili Casillas spostrzegł, że niechcący uklęknął na chorej nodze czarnowłosego chłopaka. - Perdona me – wymamrotał. - To tylko sen… – odpowiedział Felipe ocierając pot z czoła. - Bardzo realistyczny… wyłeś jak… - urwał widząc groźny wzrok przyjaciela. – Wszystko w porządku? - Si. Wracaj do treningu – wtrącił Felipe – bo chyba się obijasz. - Ale na pewno? - Si, jestem pewien, że się lenisz. Casillas uśmiechnął się i wrócił do ćwiczeń. Felipe przymknął oczy. Wiedział, że nie był sen, że to raczej wspomnienie z Indii. Ogarnął go nagły niepokój… * - Carmen, wstawaj! – krzyknęła Deatis potrząsając przyjaciółką. - C-c-co się stało? – zapytał zaspanym głosem czarnowłosa. - Ten idiota zrobił to! - Który idiota i co… - Torres… róże są wszędzie! – krzyczała de Didero zeskakując z łóżka przyjaciółki. Carmen podniosła głowę i rozejrzała się po pokoju. Wszędzie stały wazony z bukietami róż. Mermaid odetchnęła z ulgą. Nico zostawił dróżki na przemieszczanie się z pokoju do pokoju. - Na korytarzu też są? – zapytał z rozbawieniem Carmen. - Też – przyznała przerażona de Didero. – Najgorsze jest to, że poprosiłam by cały świat zasypał różami. Czarnowłosa roześmiała się w głos. - Oglądałaś jakieś poranne wiadomości? – zapytała Mermaid. - Nie wiem czy chcę wiedzieć – mruknęła de Didero. - Następnym razem musisz uważać o co prosisz Nico… - Dobra, idę do niego – powiedziała Deatis całkowicie ignorując słowa przyjaciółki. Kiedy brązowowłosa wyszła Mermaid opadła na poduszkę. Znakomicie wiedziała, że Nico dostanie szlaban za zanieczyszczanie szkoły. Nawet zrobiło jej się go trochę żal. Starał się, a i tak odniósł porażkę. Carmen stała przed lustrem dobre pół godziny. Nie mogła się zdecydować czy podpiąć włosy, czy raczej pozostawić rozpuszczone, czerwona sukienka czy strój sportowy. Miała mętlik w głowie. W takim stanie zastała ją godzina za piętnaście siódma. W pośpiechu założyła krótkie białe spodenki oraz luźną bluzkę w turkusowo zielono-białe kwiaty z szerokimi rękawami. We włosy włożyła jakiś grzebień z cekinową turkusową lilią. Subtelny wzrok podkreśliła czarną kredką do oczu, a na usta nałożyła brzoskwiniowy błyszczyk. Chwyciła swoją sportową torebkę i udała się prosto do salonu chłopaków z Barcelony. Felipe stał przy oknie i obserwował szkolne błonie. - Denerwuję się – mruknął do przyjaciela. – A jak się znudzi? - Masz – rzekł Nico wręczając jakiś pakunek Felipe. - Co to? - Film… a raczej bajka… „Śpiąca królewna” – powiedział Torres – W naszym świecie uchodzi za najpiękniejszą historię. - Myślisz, że będzie chciała oglądać bajkę? To nie jest zbyt… statyczne? Torres prychnął. - Kochanku XIX wieku – powiedział Javier wchodząc do sypialni Corteza – Twoja luba przybyła. - Dziękuję jaśnie panie za tak radosną nowinę – odpowiedział z uśmiechem Felipe – Gracias – rzekł do Nico poklepując go po ramieniu. Carmen stała na środku salonu uważnie słuchając zasad gry w koszykówkę które tłumaczył jej Javier. - Idziemy? – zapytała dziewczyna. - W drogę – rzekł Cortez otwierając drzwi przed dziewczyną. Słońce przygrzewało, wiatr delikatnie poruszał taflą wody robiąc idealne fale dla początkujących surferów. Zaraz przy wejściu na plażę młodzi ludzie urządzili sobie taką wakacyjną imprezę. Słychać było jakąś rytmiczną muzykę oraz zadowalające krzyki biesiadników. Gdzieś w oddali, z dala od tego szampańskiego zgiełku, byli dwaj przystojni młodzieńcy. Javier i Casillas siedzieli na deskach do surfingu, które leniwie unosiły się na wodzie. Tutaj nikt nie piszczał na ich widok, nikt nie przystawiał się na siłę. Po prostu mogli spokojnie, ‘poważnie’ ze sobą porozmawiać. - Kończą mi się pomysły – mruknął Torres patrząc na dno morza. – Tej rybki już się nie da złowić. - Nie poddawaj się – zachęcił Casillas. - Nie… jutro powiem jej, że lepiej będzie jak się rozstaniemy i niech ona idzie w swoją stronę a ja w swoją… - Wiesz co? Ja mam taką gazetę w pokoju na temat podrywania dziewczyn. Poczekaj tu, zaraz ją przyniosę… - No dobra – zaczął Felipe, kiedy wraz z Carmen stanął przed wysoką górą. – kto ostatni na szczycie ten hmm… - zamyślił się. - Czy ja jestem dziewczyną Torresa czy twoją? – mruknęła Mermaid spoglądając na szarą skałę. - Wspinaczka to fajna sprawa – rzekł Cortez przypinając Carmen do liny. – Naprawdę! – dodał pociągając za sznurek tak, że dziewczyna zawisła w powietrzu. - Postaw mnie w tej chwili na ziemię! – warknęła Mermaid, która w tej chwili zaczęła się kołysać. - I to był jeden z nielicznych momentów, gdy miałem nad tobą całkowitą kontrolę – podsumował Felipe opuszczając dziewczynę na ziemię. - Bardzo śmieszne – mruknęła spoglądając na swoje buty – nie… jak ja tam dojdę to mi się cały makijaż popsuje. - Przeżyję – mruknął chłopak sprawdzając siłę supła. - A nie ma jakiejś innej drogi? – szepnęła seksownym głosem Carmen po czym delikatnie pocałowała usta chłopaka. - Hmm… nie – odparł z uśmiechem Cortez. - A teraz? – zapytała Mermaid po tym jak pocałowała go bardziej namiętnie. - Zaczynam sobie jakiś szlak przypominać. - Widzę że się dogadamy Señor Cortez – podsumowała dziewczyna po czym zajęła się ustnym negocjowaniem. - Zastanawiasz się zapewne, jak to jest, że jedni nie mają problemów z poznaniem, poderwaniem nawet najbardziej atrakcyjnej kobiety, a Ty jesteś samotny? 36 - zaczął czytać artykuł w jakiejś gazecie. - Do konkretów przejdź – poprosił Torres, który przygotowania to miał opanowane… raczej. - Słuchaj… to, to znamy. Traktuj je dojrzale… to też znamy… o! Jakieś teksty: ” Jesteś drugą najpiękniejszą kobietą, jaką znam. Na jej pytanie, kim jest ta pierwsza kobieta odpowiadasz: - Pierwszą jest moja mama (kobiety uwielbiają czułych mężczyzn).” - Jeju… beznadzieja – podsumował Torres. - Nie… ja tak nie powiem. - ” Masz ochotę na spacer z nieznajomym?” - przeczytał Casillas po czym się roześmiał. - Tia… to prawie brzmi mi tak jakby jej powiedzieć, że tu obok w parku są takie ładne krzaki… Torres uśmiechnął się pod nosem - ” Czy mogę liczyć na chwilę interesującej rozmowy?” Znowu chłopcy się roześmieli. - Namówię Felipe by tak zawalił Carmen. Ciekawe jaką będzie miała minę – powiedział Javier bujając się niebezpiecznie na białej desce, która zaczęła się kołysać na wodzie. - Dobra, dalej – rozkazał Nico ocierając łzy z policzka. - ” Nie powinno być dla Ciebie problemem zdobycie numeru telefonu lub adresu e-mail. Mając już potrzebne dane możesz zacząć podrywanie. Najlepiej, kiedy pobudzisz wyobraźnię wybranki. Nie pisz, kim jesteś, czego chcesz. Bądź tajemniczy, niedostępny. Nie nalegaj na spotkanie, pozwól, aby kobieta myślała, że spotkanie to jej inicjatywa. Do końca nie pozwól, by wiedziała, kim jesteś. Jeśli oddzwoni nie odbieraj telefonu. Nie spiesz się, masz przecież czas.” - Są jakieś przykłady? – zapytał Nico. - Oczywiście… ”Masz ochotę na chwileczkę zapomnienia?” - powiedział Javier robiąc co chwilę przerwę bo nie mógł wytrzymać ze śmiechu. Carmen rozglądała się na boki. Okazało się, że na szczycie góry jest trochę wietrznej niż na dole, ale to dobrze. Upał nie dawał się tak we znaki. Mermaid dostrzegła jakieś maleńkie mrówki w oddali. Zapewne byli to uczniowie Iigameses bawiący się na plaży. Zastanawiała się czy Deatis też jest z nimi. - Chodź – powiedział Cortez gładząc niebieski kocyk rozłożony na trawie. Dziewczyna uśmiechnęła się i skrzyżowała ręce na piersi. - Brzmi to co najmniej dwuznacznie – mruknęła. - Odpoczniemy – rzekł leżąc na ziemi i spoglądając na nią z ukosa. - Niewątpliwie. - Bo ja się po ciebie przejdę – zagroził. - No to chodź – powiedziała Mermaid nie ruszając się z miejsca. - Jeju… do czego ty mnie zmuszasz – jęknął Felipe i leniwe wstał z koca po czym zaczął ganiać się z Carmen po całym szczycie. Po paru minutach Mermaid leżała na kocu przytrzymywana przez silne męskie ramiona. - Dałam ci się po prostu złapać. - Tak, ja wiem – mruknął z uśmiechem Felipe całując delikatnie szyje wybranki. - Słońce mnie razi – powiedziała w pewnym momencie Mermaid. Cortez oderwał się od niej i zaczął się jej przyglądać. - O… już nie razi – rzekła z wrednym uśmieszkiem, na co Felipe przewrócił oczami. Nastało milczenie. - Co? – zapytała Carmen, kiedy zaczęła odczuwać lekki dyskomfort, gdy tak Cortez świdrował ją wzrokiem. - Lubisz niespodzianki? - Co masz dla mnie? – zapytała Mermaid z uśmiechem zarzucając ręce na szyję ukochanego. - To niespodzianka, a one mają to do siebie, że obdarowywana osoba nie wie co daje jej ta druga. Chłopcy tak się zainteresowali tematem podrywu, że poszli o krok dalej. Nico, jako przedstawiciel rodu mugolskiego, poszedł po małe, płaskie, czarne urządzenie zwane popularnie laptopem. Jak wszyscy wiedzą, w Internecie można znaleźć wszystko. - ”Witam Panów, żegnam Panie!”37 - przeczytał Javier. - Hmm…. chwytliwy tytuł – podsumował Torres. - Popatrzmy co my tu mamy – mruczał Casillas przesuwając stronę w dół. ”Forum- najnowsze tematy: Dziwne zachowanie dziewczyny” - roześmiał się otwierając stronę na nowej zakładce. - Weź to – rozkazał Torres. - ”Jak odzyskać dziewczynę. Jak wrócić do byłej”? zechciał się upewnić Javier. – Nie… to jest lepsze! ”Jak doprowadzić dziewczynę do orgazmu. Spraw żeby sex z tobą był niezapomniany” - dodał otwierając kolejne zakładki. - To otwórz jeszcze ”Komplementy. Czy mówić i jak mówić komplementy kobietom.” - poprosił Nico rozkładając się na piasku w cieniu drzew. Panowie przez dobre kilka minut buszowali po całym serwerze otwierając nowe podstrony. Nie zważali na to, że zaczynało się ściemniać, a morska woda niebezpiecznie się do nich przybliżała. - ”Zrób się trochę niedostępny. Jeśli spotykacie się w pracy, szkole, na uczelni traktuj ja jako koleżankę. Nie bądź przesadnie miły. Traktuj ja identycznie jak inne koleżanki. Zero jakiejkolwiek inicjatywy z Twojej strony. I jeśli Cię diabeł podkusi, żeby wtedy powiedzieć jej jak bardzo za nią tęsknisz będziesz stracony. Lepiej dla Ciebie było by gdybyś wstąpił do zakonu niż mówił o tym ze za nią tęsknisz. Chodzi o to, żeby ona poczuła niedostępność, żeby poczuła że Cię straciła. Że byłeś wartościowy.” - czytał Javier. - No stary… zfrajerzyłeś się jak to określili. - Przestań – fuknął Torres zdając sobie sprawę, że przyjaciel ma trochę racji; lata za Deatis jak jakiś pies, stara się na wszystkie sposoby, a ona i tak jest gdzieś wysoko ponad nim. Znowu zaczęli się wczytywać w kolejną otwartą stronę. - ”Po drugie! Mówię kobietom komplementy których nie słyszały dotąd. Jeśli mówisz "jesteś piękna" to jesteś taki sam jak milion innych facetów. A ona na pewno tego komplementu nie doceni. Lepiej powiedzieć dziewczynie że ma bardo rozmarzony głos, lub że podoba Ci się jej czoło.” - roześmiał się Casillas. - Hej, Deatis… ale masz piękne czoło! – krzyknął Torres machając ręką na przywitanie tak jakby dziewczyna stała obok nich. – Już to widzę jak podziała. - Może spróbuj z uszami – podsunął Javier. - Tak… na uszy bardziej poleci. Też mi się tak wydaje – uśmiechnął się Nico budując samochód z mokrego piasku. Nastało milczenie. Javier od czasu do czasu coś zacytował, ale Torres był całkowicie wyłączony. Doszedł do wniosku, że źle robił. Nie potrzebnie się za nią tak uganiał. Naprawdę działało to na jego nie korzyść. Z jednej strony chciał jej powiedzieć, by ze sobą zerwali, z drugiej jednak bał się, że straci ją na własne życzenie. Miał mętlik w głowie. Tak… musi się zmienić! - Słuchasz mnie? – zapytał Casillas marszcząc brwi. - Co? Si… si – mruknął Nico oglądając się nieobecnym wzrokiem do tyłu. Carmen i Felipe spacerowali po zapomnianej części plaży zostawiając za sobą odciski stóp, które i tak były zmywane przez falę wody. Cortez mocno obejmował dziewczynę, jakby przeczuwał, że ktoś mu ją zabierze. - Cami – zaczął chłopak – pamiętasz taką małą karteczkę z wyspy? Dziewczyna zrobiła wielkie oczy. - Nie wiem o czym mówisz – skłamała. - Mówię o tym – rzekł Felipe pokazując jakiś papierek. - Ale bez kartki umowa jest nie ważna! – krzyknęła Mermaid chcąc wyrwać papier z ręki Corteza. - Wiem, dlatego ci jej nie dam – odpowiedział unosząc rękę do góry. Mermaid zaczęła bezradnie skakać chcąc zdobyć papier. Na próżno. - To… Carmen… - zaczął swoim szarmanckim głosem, zbliżając twarz do jej ucha. – Kiedy mogę liczyć na realizację zamówienia? - A coś w ogóle zamawiałeś? – prychnęła. - Ma być fajna muzyka, koronkowa bielizna i obowiązkowo szpilki! Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi. - Chyba wolałabym iść z tobą do łóżka – przyznała Carmen. - A ja myślę, że to jest fajniejsze – powiedział chowając kartkę do kieszeni. – Nawet wiem gdzie to zrobisz. Mermaid przewróciła oczami, a Felipe znowu ją objął. - Romantyczny wieczór – zaczęła Mermaid chcąc zmienić tor rozmowy. – Która jest godzina? - Zaraz będzie północ. - Mhm – mruknęła z zadowolenia dziewczyna głaskając swój niebieski, stary klucz który dostała od ukochanego. – Pełnia i północ sprzyjają miłości – dodała muskając usta chłopaka. - Jakie słodkie – skomentował Cortez. – Daj jeszcze… - Jesteś zachłanny – szepnęła zbliżając się ponownie do ust chłopaka. Kiedy ich usta się spotkały Carmen poczuła coś dziwnego, jakby ktoś z niej wychodził. Oderwała się od ukochanego co spotkało się z wielkim protestem Felipe. Spojrzała w bok i zobaczyła swojego klona uśmiechającego się i przesyłającego buziaki. - Weź się schowaj! – krzyknęła Mermaid niezadowolona z faktu iż w takiej chwili figury powróciły. - Trójkącik? MI tam taki układ pasuje – zażartował Cortez, a Carmen skarciła go wzrokiem. Mermaid nie wiele myśląc rzuciła się na figurę, przewracając ją na mokry piasek. Tamta zaczęła krzyczeć. Felipe przyznał, że to komiczny widok. Mermaid za włosy pociągnęła sobowtóra w głąb wody. Coś zaczęło bulgotać. Carmen zatopiła głowę figury. Klon machał rękoma i nogami, jednak po chwili wszystko ucichło. Mermaid wyciągnęła ciało na brzeg. Figura już nie lśniła blaskiem, nie wykonywała żadnych ruchów, bardzo zbladła i zesztywniała. - Zabiłaś ją? – zapytał zszokowany Cortez. - A si! – wrzasnęła Carmen odganiając włosy z czoła. Po tych słowach pojawił się klon Felipe. Spojrzał no swoją ukochaną, na Mermaid i na Corteza. Uklękną przy ciele klona seniority veneno i odgarną jej mokre włosy z twarzy. Po raz ostatni pocałował jej usta. Figura wstała i wrogo zmarszczyła brwi. Klon Felipe chwycił Carmen tak, że nie mogła się ruszyć. Zatkał jej buzię ręką by nie krzyczała. Prawdziwy Felipe zanim zorientował się co się właściwie wydarzyło, tamten zdążył już uciec. Było już po wszystkim. Chłopak ciągle przed oczami miał wzrok swojego sobowtóra, który mówił: „Ty zabrałeś moją Carmen, ja zabiorę twoją”. Cortez upadł na kolana. Po chwili przybiegł jakiś nauczyciel z dyżuru zainteresowany trzaskami zaklęć teleportujących. - Coś ty zrobił?! – krzyknął mężczyzna. – Zabiłeś ją! – wrzasnął rzucając drętwotę na Felipe. – Zabójstwo? Masz poważne kłopoty chłopcze. 32 Bugatti Veyron (z zewnątrz) - odsyłam do linku 33 Bugatti Veyron (we wnątrz) - odsyłam do linku 34 Dilwale Dulhania Le Jayenge - (hindi.) Odważny zabierze narzeczoną z jej domu...; fragment piosenki z filmu pt. „Żona dla zuchwałych”; 35 Lilie - Starożytni Grecy wierzyli, że lilia powstała z kropel mleka, które uroniła bogini Hera. Nazywali ją leirion, od przymiotnika leiros (delikatny, cienki, wrażliwy). Przypisywane są jej nawet magiczne właściwości. Od niepamiętnych czasów lilia symbolizuje chwałę, królewskość i majestat; w mowie kwiatów oznacza "mam wobec Ciebie poważne zamiary"; 36 Zastanawiasz się zapewne (...) a Ty jesteś samotny? - odsyłam do linku; 37 Witam Panów, żegnam Panie! - odsyłam do linku; Ot i kończymy okropnym nieporozumieniem xD Wiem, ze motyw zabójstwa oblatany, ale to jest pretekst by końcu rozwiązać zagadkę wyspy ;) Mam nadzieję, że się podobało. Z rzeczy przyziemnych. Skończyłam niedawno osiemnaście lat (też się cieszę)… no to tyle xD Poza tym (TAK!) zdałam test teoretyczny z prawa jazdy i pokornie proszę o trzymanie kciuków 27 maja 2009 roku od godziny 8:40 do 11:00 hehe… mam nadzieję, że zdam, jak ja bym chciała xD Czy coś jeszcze miałam wam powiedzieć? Hmm… chyba nie. Oszczędzę znaki xD |
|
Było kilka litrerówek i bodaj jeden błąd ortograficzny. Ale teraz rozdział: sprzedaż samochodu i jachtu mnie powaliła. Głównie cenowo. Znaczy, też bym chciała mieć tyle pieniędzy. == Deatis strasznie pojechała z tą czystą krwią. == Takie teksty są ciosami poniżej pasa. I nie powinno się ich używać. (Bo to prawie jak stwierdzenie, że tylko piękni ludzie mogą uprawiać seks -- A wrrr) Teksty na podryw straszne. (w tym sensie, że tak żałosne, że aż śmieszne) Osobnik płci męskiej, ktory napisalby do mnie, czy nie mam ochoty na chwileczkę zapomnienia na pewno otrzymałby komentarz zwrotny dość obszerny i dość niepochlebnej treści dotyczącej poziomu jego IQ. W każdym razie: chyba naprawdę lepiej będzie, jak ze sobą zerwą. (I jakoś tak mnie specjalnie nie dziwi, że ten adorator Dee to francuz...) Dalej: ja bym się w zyciu nie spodziewała, że Carmen może tak 'na zimno' kogoś zabić. Oo Nawet jeśli ten ktoś jest TYLKO figurą vel sobowtórem. Albo nawet szczególnie, jeśli to był sobowtór, bo tak zabić 'samego siebie-nie siebie'... Oo idę czytać dalej. ^^' |
|
Bies
» brak www 28 czerwiec 2009
|
|
Po ,pierwsze: Twój blog zeżarł mój długi komentarz! *tupie ze złości* A ja tak się starałam go ładnie sklecić... Eh. No dobra, zaczynamy od nowa. Przeczytałam Twoje opowiadanie - całe piętnaście rozdziałów (przepraszam, że tak długo to trwało, ale ostatnie tygodnie były bardzo męczące). Oto moje spostrzeżenia po przeczytaniu: Rozwinęłaś się! Przyznam szczerze, ze pierwsze rozdziały nie za bardzo przypadły mi do gustu (szczególnie ten pomysł z konkursem piosenki), ale za to pozostałe - bajka! Okazały się bardzo wciągające i interesujące;) Spodobał mi się twój świat przedstawiony: nie Hogwart, nie Anglia, nie Francja, ale słoneczna Hiszpania! A tak nawiasem gratuluję znajomości hiszpańskiego (ja jakoś nie miałam nigdy do niego głowy - wiem, mea culpa!) Co do bohaterów: Carmen również dojrzała w miarę kolejnych 'odcinków' - na początku wydawała mi się nieco rozpuszczona, kapryśna i taka... Roztrzepana. Na szczęście szybko dorosła i spoważniała (w każdym razie w moim odczuciu). Deatis i Nico bardzo polubiłam - są tacy pomocni...;) Najmniej ciepłych uczuć żywię do Javiera (wiem, to znowu zależy od gustu - i znowu: mea culpa!), ale wydał mi się podejrzany i taki... Nie do końca szczery. Ale to tylko moje spostrzeżenia! No i Felipe... W moim mniemaniu to męski odpowiednik Mary Sue: bogaty, inteligentny, bystry, szarmancki, oszałamiająco przystojny, pewny siebie, delikatny, taktowny, gdy potrzeba silny i zdecydowany... Mmm... Bardzo mi się podoba! ;D No dobrze, nie będę dłużej Cię zamęczać moim słowotokiem... Na zakończenie stwierdzam, że Twoje opowiadanie jest naprawdę ciekawe i warte polecenia. Pozdrawiam! |
|
shylin
» http://quilcene.blog4u.pl 22 czerwiec 2009
|
|
Zapraszam szanowną Lady Carmen na premierę rozdziału szóstego historii Ilji Dawletiarowa. O. ^^
|
|
Bies
» brak www 18 czerwiec 2009
|
|
Wróciłam \^^/ i dodałam rozdział numer pięć. I przepraszam, że nie czytam == (uderza głupim łbem w klawiaturę) |
|
Bies
» brak www 31 maj 2009
|
|
Łaaa... Jakie długaśne... I dobrze. Rozdział pełen niespodzianek. Ciekawe momenty(które mi się podobały): gra w golfa, pocieszanie Felipe przy "utracie" samochodu, randka Carmen z Felipe oraz czytanie artykułów... Myślę, że kryzys jaki zapanował między Nico a Deą zostanie przełamany za sprawą porwania Cami. Dobrze by było, gdyby oboje zdali sobie sprawę, ile tak naprawdę dla siebie znaczą(lub nie...). Dziwi mnie, że tylko Casillas wstawił się za Felipe. I trochę nieprawdopodobne były sumy za samochód i jacht. Nie chodzi mi o cyferki tylko o to, skąd chłopaki wzięli kasę(chyba, że rodzice są niesamowicie bogaci). A i jeszcze jestem ciekawa tego interesu, dzięki któremu Felipe stanie się niezależny finansowo. Hmm.. ciekawe w co włoży kasę i czy mu się zwróci... ^^ No to chyba tyle. Kiedy kolejna część??? Pozdrawiam. |
|
Corliss H. Dove
» http://story-about.blog4u.pl 23 maj 2009
|
|
Ja też mam mętlik teraz... No to Nico mnie kochał czy nie? xD Ja doszłam chyba do wniosku, że póki nasz związek był potrzebny Carmen i Felipe póty trwał. A teraz i Nico i ja chyba przestaliśmy się rozumieć. Trochę jakoś mi tak żal się zrobiło (jak bohaterce xD), ale z drugiej strony chyba lepiej, żebyśmy się już oboje nie męczyli ^^' Swoją drogą ciekawe czy zostaniemy przyjaciółmi O.o nie licząc szoku po kłótni Felipe z ojcem, sprzedaży jachtu i samochodu... Co tam jeszcze było xD A! Randka Carmen z Felipem też mi się bardzo podoła No to kiedy kolejna część? PS Już wiem o co Ci chodziło z tym morderstwem xD |
|
Deatis
» http://lodowata-wisienka.wjo.pl 19 maj 2009
|