Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
III Urodziny i fatalne skutki eliksiru Carmen cz. 1
III Urodziny i fatalne skutki eliksiru Carmen cz. 1
Nastał październik, zamieszanie, które towarzyszyło wymianie ze szkołą Lotecharl było nie do opanowania. Pierwsze dni były najgorsze dla delegacji zarówno Włoch jak i Hiszpanii. Nowe otoczenie, język, tradycje, aczkolwiek sjesta, która trwała od 14:00-16:00 przypadła Włochom do gustu. No właśnie, ta krótka „drzemka” w ciągu dnia w Iigameses nie miała takiego odezwu jak np. w mieście. Generalnie, sjesta to przerwa w pracy, w trakcie której można zjeść obiad i odpocząć. Urzędy, banki i inne instytucje są zamykane co niejednokrotnie irytuje turystów. W Szkole wyglądało to jako dłuższa przerwa. Uczniowie zazwyczaj siedzieli w szkolnych salonach i rozmawiali, czasami co pilniejsi uczniowie odrabiali lekcje. W tych godzinach szkoła tętniła życiem, a nie tak jak miasto, które jakby „zamierało” na czas sjesty. Trzeba mieć na uwadze fakt, że taka dłuższa przerwa bardzo dekoncentruje i rozbija normalny tryb pracy, dlatego też po godzinie 16:00 odbywają się „lekkie” zajęcie, czyli takie które nie wymagają jakiegoś specjalnego myślenia czyli np. nauka latania na miotle, astronomia…
Osoby z wymiany mogły czuć się jak zwierzęta, które wpadły w sidła drapieżników. Włoszki wpadły były bardzo ładne toteż co jakiś czas spotykały się z desperacką próbą podrywu. Nie wiedziały jednak, że principe azurro pojechali do Rzymskiego Imperium. Felipe i Nico nie mieli łatwo. Czuli się śledzeni, kokietowani, oszukiwani. Nigdy nie mieli pewności czy nikt ich nie podsłuchuje. Byli bardzo powściągliwi w kontaktach międzyludzkich. Starali się unikać Włoszek jednak osiągali całkowicie przeciwny efekt. Młodzi Włosi zaczynali być zazdrośni. Czuli, że ich pozycja staje się zagrożona. Jednak jak to bywa, nowość szybko się nudzi. Po dwóch tygodniach wszystko w miarę się uspokoiło. Oczywiście Ci co biegali w poszukiwaniu idealnej miłości, nadal śledzili Diega czy Nico jednak pozostali powrócili do normalnego trybu pracy czyli do nauki i zabawy z przewagą dla zabawy.

Felipe i Nico od wyjazdu nie kontaktowali się z hiszpańskimi przyjaciółmi. Nie to, żeby nie chcieli. Po prostu włoscy nauczyciele wypełnili ich grafik dnia po brzegi. Javier nie czuł się z tego powodu jakoś zbytnio załamany. Niejednokrotnie widział Diega i Lorisa w towarzystwie Mermaid i de Didero. Casillas nie miał pomysłu jak wytłumaczyć Felipe zaistniałą sytuację. Z drugiej strony nie potrafił odciągnąć Carmen od chłopaków. Wychodził z założenia, że problem sam się rozwiąże.

Mermaid pakowała książki do torebki. Była i tak spóźniona jednak spokojnym krokiem podeszła do lustra i pomalowała usta pomadką. Ukradkiem spojrzała na telefon. Felipe nie odzywał się do niej od dobrych kilkunastu dni. Nie wiedziała co się dzieje. Jeśli sobie w ten sposób pogrywa z nią, to ona odpłaci mu się tym samym. Nasypała do miski Devdasa jedzenie dla psów, chwyciła torbę i zeszła na śniadanie. W Wielkiej Sali panował tradycyjny wesoły gwar. Carmen spostrzegła, że co niektórzy jeszcze z zaciekawieniem przyglądali się Włochom. Gdy Mermaid przechodziła obok stołu klasy G lekko uśmiechnęła się do Diega i Lorisa. Ten pierwszy okazał się być całkowicie inny niż go opisywał Cortez. Vinata to miły i uczynny chłopak, nie wywyższał się i nie obnosił z tym, że jest bogaty. Lorisa Carmen polubiła bardziej. Znalazła z nim wspólny język. Tak samo jak ona interesował się tworzeniem eliksirów. Mogła z nim porozmawiać o swoich spostrzeżeniach bez zbędnego tłumaczenia co to jest szurka albo pomicelt. Loris stał się mimowolnie jej bratnią duszą.
Deatis leniwie gryzła tost wpatrując się w grupkę chłopaków stojących pod ścianą. Był tam jeden wysoki, czarnowłosy chłopak o nieskazitelnej cerze. Ukradkiem co jakiś czas spoglądał na Deatis. Carmen znudzona nieobecnością przyjaciółki wymownie odwróciła się w kierunku Francuza. Chłopak natychmiast utkwił wzrok w podłodze, a de Didero coś mruknęła pod nosem.
- Przestań się w niego tak wlepiać – warknęła Mermaid nalewając sobie soku pomarańczowego.
- Zapytał się czy zostanę jego dziewczyną – rzekła Deatis ignorując zaczepkę Carmen.
Mermaid zaniemówiła. Świdrowała przyjaciółkę wzrokiem w nadziei, że to jakiś głupi żart. Carmen wiedziała, że ostatnio de Didero spędzała dość dużo czasu z Francuzem, jednak nie podejrzewała, że to może być coś poważnego. Z drugiej strony nie wiedziała, co Deatis w nim widzi. Mermaid uważała go za pyszałka i idiotę… tak w skrócie mówiąc.
- I co? – zapytała niepewnie Carmen.
- Powiedziałam, że się zastanowię – rzekła powoli Deatis – i odpowiem mu na moich urodzinach.
Carmen odetchnęła z ulgą.
- No i co mu powiesz?
- Chyba się zgodzę – odpowiedziała de Didero. – Nie widzę przeszkód…
- To ja ci kupię okulary – mruknęła Mermaid sama do siebie.

*


Carmen pakowała do torby ostatnie wielkie, ozdobne, czerwone koperty ze złotymi wstążkami przeznaczone dla klubu miłośników roślin. Ramieniem przytrzymywała słuchawkę swojego nowego telefonu. Co jakiś czas potakiwała głową jednocześnie rozglądając się po sypialni czy czegoś nie zapomniała.
- Spokojnie, dziś już rozdaję ostatnie zaproszenia – powiedziała Carmen zakładając torbę na ramie.
- A ona coś wie? – zapytał Nico.
- No co ty – odpowiedziała pogardliwie dziewczyna. – Po moim trupie.
- Nic nie zapytała? – zechciał się dowiedzieć rozbawiony Torres.
- Pytała, ale się nie dowiedziała – mruknęła Mermaid wychodząc na korytarz.
Torres się roześmiał.
- Nie wierzę, że jej nic nie wypaplałaś – podsumował.
- Oj tam… powiedziałam jej, że mamy zamiar zrobić jej skromne przyjęcie – szepnęła Carmen schodząc na śniadanie do Wielkiej Sali.
Torres ponownie się roześmiał.
- … w wulkanie – rzekła Mermaid unikając wzroku zaciekawionych Włochów.
- W wulkanie… - powtórzył Nico z niedowierzaniem, po czym ponownie się roześmiał. – Długo nad tym myślałaś?
- Wymyśliłam na poczekaniu – odpowiedziała Carmen z obrażoną miną.
- Powiedz jej jeszcze, że zamierzamy ją złożyć w ofierze – podsunął Torres.
- Pomyślę nad tym – odpowiedziała Mermaid stając przed złotymi drzwiami od Wielkiej Sali. – Muszę kończyć. Do zobaczenia w sobotę.
- Ciao! – powiedział zadowolony Nico po włosku.
Carmen zamknęła klapkę telefonu i usiadła naprzeciw Deatis.
- Z kim rozmawiałaś? – zapytała de Didero.
- Z Nico – odpowiedziała Mermaid biorąc do ręki pomarańczę.
- I co u nich? – zapytała jakby od niechcenia Deatis.
- Dobrze – rzekła Carmen. – Felipe zaczyna się dziwnie zachowywać – dodała po chwili namysłu.
- To znaczy?
- Nie chciał ze mną rozmawiać – rzekła Mermaid i nałożyła sobie na talerz naleśniki.
- Może jest zajęty…
- Ma jakiś problem i chce to przede mną ukryć – mruknęła Mermaid. – Niech ja go tylko spotkam to mu tak nagadam…
- Nie zamieniaj moich urodzin w pole bitwy – poprosiła Deatis wiedząc, że do najbliższego spotkania dojdzie w sobotę.
Mermaid przewróciła oczami i nic nie odpowiedziała, zajęła się jedzeniem. Deatis pijąc kawę wzrokiem śledziła każdy ruch przyjaciółki myśląc gorączkowo jak dowiedzieć się jakiś szczegółów dotyczących urodzin.
- Dużo już osób zaprosiłaś? – zaczęła de Didero.
Carmen uśmiechnęła się wrogo w duchu.
- Dopiero dziś zaczynam – skłamała.
Deatis zaniepokoiła się trochę, jednak dołożyła wszelkich starań, aby nie pokazać tego po sobie.
- A dużo osób zamiarujesz zaprosić? – drążyła chcąc wywiedzieć się o wielkość przyjęcia.
- Nie wiele – odpowiedziała Mermaid uśmiechając się dwuznacznie.
Deatis oparła się o krzesło. Doszła do wniosku, że Carmen była taka sama jak jej ojciec. Rozmowa przypominała konwersację z automatem a nie człowiekiem. Nie wiadomo było czy kłamią, czy mówią prawdę. Sami byli powściągliwi w szczegółach.
- To ja idę – rzekła Carmen zerkając na zegarek. - Mam jeszcze coś do załatwienia – dodała chcąc rozdać zaproszenia jeszcze na tej przerwie.
Deatis uśmiechnęła się podstępnie i skinęła głową na znak, że rozumie. Gdy Mermaid była przy drzwiach, de Didero gwałtownie wstała i chciała pobiec za Carmen, gdy jakiś przystojny czarnowłosy chłopak zastąpił jej drogę.
- Ciao Deatis! – powiedział Diego w swoim nienagannym prostym czarnym garniturze.
De Didero z żalem odprowadziła wzrokiem koleżankę. Potem spojrzała na Vinate i Lorisa.
- Co tam? – zapytała.
Chłopak uśmiechnął się i spojrzał na wysokiego kolegę.
- No bo jest jakaś wycieczka na korridę na początku grudnia i żeby się zapisać mamy iść do jakiejś no… - mówił Diego po czym szturchnął kolegę w bok.
- Ach tak – odpowiedział tamten i wyciągnął kartkę z kieszeni. – Jakiś… jakaś… Amanda Porfavort? – rzekł Loris z nadzieją w głosie, że dobrze wymówił nazwisko.
- Nie wiemy, która to – rzekł Diego z cichą paniką.
Deatis uśmiechnęła się łagodnie.
- A to nauczycielka od łaciny – zaczęła. – Stara choć dobrze się trzyma jak na swój wiek – dodała i spojrzała się na stół nauczycieli. – Nie ma jej teraz, ale jest żoną Alexandre, który też uczy łaciny. Zazwyczaj chodzą razem… może w czasie obiadu wam pokażę.
- Bylibyśmy wdzięczni – rzekł Diego i uśmiechnął się przeczesując dłonią swoje potargane włosy.
- A Carmen co taka zabiegana? – zapytał Loris wkładając ręce do kieszeni szpodni co tylko dodało mu uroku.
- W sobotę mam urodziny i jest współorganizatorką – powiedziała de Didero. – Hej, może zajrzycie? – zapytała wpadając na świetny pomysł.
Chłopcy się uśmiechnęli.
- Już dostaliśmy zaproszenie – rzekł Diego.
- Tak? – zdziwiła się dziewczyna.
- Ups… chyba się wygadaliśmy – powiedział Vinata i się roześmiał, a jego śmiech miał przepiękny, dojrzały dźwięk.
- I co jeszcze wiecie? – zapytała Deatis z dziwnymi iskrami w oczach.
- O nie królewno, nic z nas nie wyciągniesz… ups, chyba się znów wygadałem – rzekł Diego z udawanym zakłopotaniem.
- Królewno? – zapytała Deatis.
- Jak już późno – krzyknął Loris ciągnąc Vinate za sobą. – Musimy jeszcze sale znaleźć… ciao, miło było… jaki piękny ten obraz!
I poszli zostawiając skołowaną Deatis samą sobie.

*


Seniorita Mermaid leżała na łóżku w tajnym pokoju Felipe, w tym samym gdzie ją swego czasu więził, i gdzie znalazła mylne zdjęcie jej i jego ojca walczących ze sobą. Siedziała już tam dobrą godzinę ustalając szczegóły z monsieur de Didero. Urodziny córuchny Aretuza miały być niezapomnianym przeżyciem, dla każdego gościa, ale najważniejszą sprawą było sprostanie wymaganiom Deatis. Mermaid słuchała ciepłego głosu ojca dziewczyny i co jakiś czas potakiwała głową, jednocześnie rysując jakieś szlaczki na kartce papieru.
- Domyśla się? – zapytał Aretuz.
- Nie – opowiedziała Mermaid.
- Ale ktoś z gości mógł jej powiedzieć, gdzie będzie przyjęcie – jęknął monsieur de Didero.
- Powiedziałam im, że mogą jej wmawiać wszystko – odpowiedziała dumna Carmen, - tylko nie prawdę.
- Chytre – pochwalił Aretuz.
- Ach dziękuję – rzekła Mermaid z uśmiechem.
- Och, już nie mogę się doczekać jej miny jak to wszystko zobaczy – powiedział podekscytowany de Didero. – Szybkie koniki jej kupiłem!
- Na pewno się ucieszy – rzekła pocieszająco Mermaid.

*


Torres owinięty ręcznikiem leżał na swoim łóżku w Lotecharl. Po chwili wyszedł z łazienki półnagi Felipe i również położył się na łóżku. Światło księżyca, które wpadało przez okno w dachu oświetlało ich idealnie wyrzeźbione ciała. Pokój był na tyle duży, aby zmieściły się tam dwa duże biało-brązowe łóżka, dwa biurka, duża szafa z rozsuwanymi drzwiami, biblioteczka i telewizor. W pokoju mieli także do dyspozycji swoją prywatną łazienkę. Wszystkie było takie starodawne… Doszli do wniosku, że chcą jak najszybciej wrócić do Iigameses.
Zimny prysznic, który wzięli przed chwilą miał podziałać na nich orzeźwiająco. Mimo to, nie poczuli jakiejś znaczącej różnicy. Nadal byli wykończeni i fizycznie i psychicznie. Felipe przez te zajęcia, prace domowe i natrętne Włoszki nie miał, kiedy usiąść i dopracować „drzwi” do Alemerii.
- Em – mruknął Felipe przechylając głowę w stronę Torresa.
- Hm? – odmruczał Nico.
- Masz strój? – zapytał Cortez.
- Dee? – mruknął Torres co oznaczało czy Felipe pyta o przebranie na urodziny de Didero.
- Si – rzekł chłopak i zaczął wpatrywać się w okno.
- Si.
Felipe nic nie odpowiedział, tylko pokiwał głową.

*


Po ciężkim tygodniu dziewczyny przysiadły do odrabiania lekcji. Następnego dnia miało odbyć się urodzinowe przyjęcie i nie chciały zaraz po nim siedzieć z nosem w książce od Historii Magii. Tak, więc postanowiły wszystko zrobić zawczasu.
W tym celu poszły do szkolnego salonu, tam gdzie Mermaid próbowała zebrać jakieś pomysły na motyw przewodni przyjęcia. Zajęły kanapy przy oknie z widokiem na błonie i rozłożyły książki na stoliku. Carmen nie zdążyła otworzyć zeszytu, a już obok Deatis siedział Francuz.
- Salut! – zaczął chłopak kładąc rękę na oparciu kanapy.
- ¡Hola! – mruknęła Carmen z niewesołą miną.
Deatis uśmiechnęła się do przystojniaka.
- Wymyślili sobie wycieczkę na korridę – powiedział chłopak z pogardą, z tym swoim francuskim akcentem.
- Masz coś do niej? – warknęła Mermaid. – Ja idę.
- Dziwna jesteś – podsumował Francuz. - Lubisz patrzeć jak zwierze cierpi?
- Byk i wszystko inne, co może mnie zabić jest mi obojętne – powiedziała Carmen. – Zresztą mam wrażenie, że posiadasz mylną opinię na temat corrida de toros.
- Czyżby? – zdziwił się chłopak przytulając do siebie Deatis.
- Byłeś przynajmniej na jednej? – zapytała Carmen z pogardą.
- Byłem i po dziesięciu minutach wyszedłem – oznajmił młodzieniec.
- Ja lubię chodzić na korridę – rzekła Mermaid. – Nie uważam tego za okrutne. Traktuję to jak wyraz sztuki. Jak dla mnie ta muzyka, która towarzyszy temu wydarzeniu jest niesamowita… te emocje… ta pasja…
- Ale te zwierzęta są hodowane przez pięć lat tylko po ty by je zabić – powiedział dobitnie chłopak.
- I co z tego? Wszyscy kiedyś umrzemy, tak zostaliśmy zaprogramowani – oznajmiła dziewczyna. – Nie wiem czy jesteś świadomy tego, że w trakcie hodowli są traktowani lepiej niż jakikolwiek inny byk z normalnego gospodarstwa.
- Ale giną na arenie – warknął chłopak.
- W walce – rzekła Mermaid. – W walce… czyli mogą się bronić, co czasem się im udaje.
- No przestań, co to za walka?! – oburzył się czarnowłosy Francuz.
- Jak każda inna – powiedziała dziewczyna. – Znajdziesz mi w historii przynajmniej jedną bitwę, której uczestnicy mieli takie same szanse? Nigdy tak nie było… zawsze armie różniły się.
Chłopak skrzyżował ręce na piersi.
- Nie masz racji – powiedział.
- Mam – rzekła Mermaid. – A najgorsze jest to, że ty o tym wiesz.
- Och nie wygłupiaj się – warknął. – To jest zwyczajne barbarzyństwo!
- To sztuka – powiedziała patrząc w prosto w jego oczy.
- Carmen, ale ja też uważam, że to jest zbyt okrutne – wtrąciła się Deatis, która do tej pory tylko się przysłuchiwała. - Byk umiera od szpady dopiero jak już ma cały stos tych włóczni banderilleros w karku.
- Ale to jest po to by nie zaatakował człowieka!
- Jak nie zaatakował? – warknęła de Didero. - On mu to wbija dopiero jak już trochę pobiega!
- Te tyczki – zaczęła tłumaczyć Mermaid - mają za zadanie sprawić, aby nie podnosił głowy.
- No i się nie meczy wtedy? – zapytała z ironią w głosie. - Wyobraź sobie siebie na miejscu tego byka... Jakiś człowiek cię denerwuje, a ty nie możesz mu zrobić żadnej krzywdy, bo inni maja mieć z tego rozrywkę!
- Może zrobić krzywdę – oburzyła się Carmen. - Przecież Manolete38 zginął przebity rogiem byka, tuż po tym jak mu wsadził szpadę w kark.
- I dobrze mu tak – podsumowała Deatis.
- No wiesz co – oburzyła się Mermaid. - Uważam, że taka śmierć w walce jest lepsza od tej w ubojni – dodała po chwili.
De Didero przewróciła oczami.
- Nie musisz iść jak nie chcesz – warknęła Carmen i zebrała wszystkie swoje zeszyty ze stołu.
- No nie idę – rzekła Deatis. – Uważam to za coś okropnego.
- Nie jesteście z Hiszpanii… nigdy tego nie zrozumiecie – powiedziała, popatrzyła na Deatis oraz Francuza i odeszła.

*


Wieczorem, Carmen czekała na de Didero, która przyszła do sypialni dopiero o drugiej w nocy. Mermaid nie robiąc żadnych wymówek z pokerową twarzą podała dziewczynie eliksir do wypicia. Deatis zawahała się, jednak, gdy spojrzała na Mermaid wiedziała, że odmowa nie wchodzi w grę. Jednym haustem wypiła zawartość małej buteleczki. Po chwili leżała na kanapie nie przytomna. Mermaid wykręciła numer w telefonie.
- Gotowe – powiedziała do słuchawki i z głośnym trzaskiem zamknęła klapkę. – Moje biedactwo… tak, śpij bo nawet nie wiesz jakie niespodzianki ci wymyśliliśmy.

Pierwsza zasada udanej imprezy? Spać jak najdłużej. Trzeba być wypoczętym, tylko wtedy człowiek może skupić się na zabawie, a nie na spaniu. Nico wyznawał tę zasadę z podwojoną siłą. Przespał śniadanie i na pewno ominąłby obiad gdyby nie Felipe.
- Wstawaj – powiedział Cortez potrząsając przyjacielem.
- C-c-co? Już jedziemy? – zapytał zaspany Torres.
- Możemy się powoli zbierać – odpowiedział chłopak i podszedł do szafy wyjmując z niej dwa pokrowce na garnitury.
Nico jęknął.
- Wstawaj, dziś twój wielki dzień – powiedział Cortez sprawdzając czy wszystkie elementy strojów są w pokrowcach.
- Odwal się – warknął Torres wstając powoli z łóżka.
- Jaki nie miły – skomentował Felipe.
Torres zmierzył go wzrokiem.
- Za pół godziny jedziemy – rzekł Cortez wynosząc stroje do samochodu.
Chłopcy w ciągu trzech godzin musieli pokonać drogę z Rzymu do Barcelony, zabrać Javiera i prosto pojechać do średniowiecznego pałacu w Costa Brava.
Nico z wielkim oporem ogarnął się, założył na siebie byle co, zabrał dokumenty i zszedł na dół gdzie czekało na niego czerwone Ferrari po ojcu. Felipe już siedział w środku. Torres nic nie mówiąc zasiadł za kierownicą i wyjechał na drogę. Przez całą podróż nie odzywali się do siebie, słuchali starych hitów w radio. Nico zauważył, że Cortez zachowuje się jakoś inaczej, tak jakby się czymś denerwował. Na wszelki wypadek o nic nie pytał, by nie irytować przyjaciela.
Posiadłość państwa Casillas mieściła się w Barcelonie. Był to bardzo duży dom, urządzony w tradycyjnym hiszpańskim stylu. Wielki piętrowy budynek, barwy brudnej czerwieni otaczany był przez wielki, kremowy, wysoki mór, zza którego nie było widać kompletnie nic. Gdy mag przekraczał bramę posiadłości zaczynał krążyć po wielkim szpalerze. Gdy znudziła mu się jazda prawie dwustumetrowym odcinkiem prywatnej drogi, zostawiał samochód w podziemnym parkingu. Tam czekał już na nich Casillas. Nico zaparkował obok niego i wyłączył silnik.
- No i jak tam? – zapytał Javier. – Masz – powiedział podając Cortezowi kluczyki od jakiegoś audi.
- Co to? – zapytał Nico zaskoczony takim obrotem sprawy.
- Jedziesz z Javierem, ja dołączę później – powiedział otwierając srebrny samochód stojący jakieś dwadzieścia metrów dalej. – Muszę coś załatwić – dodał spoglądając na chłopaków wzrokiem zbitego psa.
- Dobra, nie traćmy czasu – rzekł Javier i zaprowadził Torresa do windy. – Mamy jakoś tak godzinę w plecy.
- Gdzie on pojechał? – zapytał Nico gdy znaleźli się w szklanym, małym pomieszczeniu.
- Dotyczy to ojca – mruknął Javier. – Więcej nie wiem – dodał, gdy usłyszeli ciche piknięcie i drzwi się otworzyły na salon.
Dom był ogromny, zbudowany na szablonie dwóch prostokątów tworzących kąt prosty. Największe i najpiękniejsze drzwi były tymi głównymi do domu. W środku hacjenda państwa Casillas nie była niczym wyróżniającym się. Pokoje były dość wysokie, przeważały meble drewniane, ciężkie zasłony i w takich samych kolorach poduszki ustawione w równym rządku na kanapie. Gdyby nie okna, które zajmowały prawie wszystkie ściany można by powiedzieć, że było tam trochę mroczno. Mimo wszystko pokoje były świetnie oświetlone, a oryginalne lampy z Indii nadawały pomieszczeniom egzotycznego charakterku.
- Chcesz coś do picia? – zapytał Casillas.
- Nie dzięki – odpowiedział Nico. – Muszę wziąć prysznic.
- Pierwsze drzwi po lewo – poinstruował gospodarz.
- Grazie… to znaczy gracias – poprawił się Nico i poszedł do łazienki.
Po upływie godziny chłopcy zaczęli ubierać się w staromodne ubrania uszyte na bazie fraku.39 Najpierw założyli białe, płócienne koszule z żabotem a na to bogato zdobione kamizelki. Spodnie były długie, wspaniale podkreślające (ku uciesze pań) męskie pośladki. Nico wziął do ręki czerwoną wstążkę i z pytającym wzrokiem udał się do Javiera. Casillas wzruszył ramionami.
- Who! – krzyknął gospodarz, a gdy skrzat się pojawił dodał – Zawiąż nam to.
Służący popatrzył na wstążkę a potem za pomocą magii podwyższył się do poziomu torresowej szyi. Po chwili, na płóciennej koszuli widniały dwie kokardy, które przypominały raczej jakieś duże supełki. Całość prezentowała się całkiem dostojnie.
- O! Don Diego de la Vega – powiedział Javier przeglądając się w lustrze, a jednocześnie trzymając się za swój cieniutki czarny wąsik. – Nie zauważyłem pana.
Nico zmierzył go wzorkiem i szybkim ruchem ręki oderwał kiść włosów spod nosa Casillasa.
- Jeszcze podczas tańca połowa ci odpadnie i będziesz wyglądał jak idiota – podsumował Nico, jednak to mu nie wystarczyło. – Zdejmij te okulary, bo wyglądasz jakbyś wyskoczył z epoki w inne czasy.
Javier zwęził oczy. W gruncie rzeczy właśnie to robią.
- Powóz już czeka – oznajmił Who wchodząc do salonu.
Chłopcy popatrzyli na siebie, po czym chwycili swoje laski z ukrytymi szpadami i wyszli przed dom.
Na dworze stał wielki, czarny powóz ozdobiony złotymi i czerwonymi kwiatami wyrzeźbionymi na rogach karocy. Woźnica w starodawnym uniformie hiszpańskiej służby, gdy tylko zauważył paniczów, zabrał owies od konia i czym prędzej pobiegł otworzyć drzwi. Gdy tylko Javier zdążył usiąść, Nico zamruczał z zadowolenia obserwując bogato zdobione wnętrze. Pogładził czarne, miękkie siedzenie i wyciągnął książkę. Casillas natomiast wychylając się przez okno dał znak woźnicy, że mogą jechać. Usłyszeli rżenie konia i powóz wzniósł się ku górze. Mieli niecałą godzinę na dotarcie do Costa Brava.

Promienie słońca wpadające przez okno obudziły Deatis. Gdy tylko przestała śnić o średniowiecznych pojedynkach, do jej małego noska doleciał zapach lawendy. Dziewczyna pogładziła ręką poduszkę i już była pewna, że nie jest u siebie. Otworzyła oczy i usiadła na łóżku. Z zadowolenia, aż zamruczała. Znajdowała się w pokoju Carmen w Walencji i to nie bez przyczyny. Nastał upragniony dzień 15 października – urodziny mademoiselle de Didero. Brązowowłosa nie mogła opanować podniecenia. Wyskoczyła z łóżka jak kula z procy i podbiegła do ciemno-drewnianej komody, na której, obok zdjęcia Felipe w srebrnej ramie i książki Jamesa Evansa, leżało wielkie czerwone pudło z perfekcyjnie ułożoną kokardą. Deatis leciutko pociągnęła za wstążkę, która w mgnieniu oka zamieniła się w liścik.
„Weź prysznic i wróć do mnie!”

Deatis z radości, aż klasnęła w dłonie. Uwielbiała niespodzianki, a jej przyjęcie urodzinowe przypominało jedną wielką zagadkę kryminalną, z mnóstwem wskazówek. Być może gdyby wiedziała, co zdarzy się na przyjęciu nie byłaby taka radosna, a może nigdy by i nie wyszła z tego łóżka.
Czym prędzej pobiegła do łazienki, a charakterystyczna podłoga w pokoju Carmen, która to przypominała jedną wielką przepaść, nie budziła już w niej takiego niepokoju, jak to było przed laty.

Carmen ubrana jeszcze w T-Shirt i krótkie spodenki, z miną nazistowskiego sadysty, siedziała w jadalni popijając sok pomarańczowy. Przy owalnym stole z hiszpańskimi, lekkostrawnymi przysmakami siedzieli jeszcze jej rodzice. Stefano Mermaid jak na biznesmena przystało, śniadanie jadł już w eleganckim garniturze. Lada chwila powinien wyjść do pracy ale po co się spieszyć. Mężczyzna postanowił się nie wtrącać w sprawy córki jak gdyby od niechcenia zaczął liczyć: jaką objętość ma jego kubek? A gdyby był o trzy centymetry węższy i o trzy centymetry dłuższy?
Matka Carmen – Ellen przyglądała chcąc się uspokoić obserwowała pracę ogrodnika przez wielkie okna, które zajmowały prawie całą ścianę. Niestety, na nic to się zdało. Kobiecie nadal drżały ręce ze zdenerwowania. Już od trzech dni się zbiera, aby powiadomić córkę i męża o przyjeździe jej rodziców z Anglii w następnym tygodniu, jednak nie może znaleźć odpowiedniego momentu. W końcu wzięła głęboki wdech, wiedziała że kolejnej nieprzespanej nocy nie wytrzyma.
- Kochani – zaczęła pani domu opierając dłonie na kolanach.
Carmen spojrzała znad kubka na matkę tak, jak gdyby ta dopuściła się największego przestępstwa na świecie.
- Nie zmienia się! – krzyknął nagle ojciec, co zwróciło uwagę kobiet.
Stefano nie odrywał wzroku od swojego kalkulatora. W jednym łyku kawy ile jest samej kawy, wody i innych? Przyjmując, że jeden łyk ma 25 mililitrów, a kawa to Tchibo Exclusive, kupiona przez skrzaty w pobliskim monopolowym.
- Kochanie, słuchasz mnie? – zapytała Ellen spoglądając na męża.
Stefano nie wiedzieć czemu spojrzał się na czerwony wazon z białymi różami. Ile potrzeba czasu, aby napełnić pięciolitrowy słoik łykami zaczerpniętymi z butelki Coca-coli (przyjmując, że 1% całości będzie śliną)?
- Stefano! – krzyknęła seniora Mermaid. – Mówię do ciebie!
- Słucham, słucham – skłamał budząc się ze swojego matematyczno-fizycznego nastroju.
Nagle rozniósł się głośny huk. Domownicy spojrzeli w sufit.
- To ja idę zająć się Didi – powiedziała Mermaid z uśmiechem i po biegła na górę.
Jak tylko wyszła na korytarz usłyszała krzyki Deatis. Włożyła ręce do kieszeni i wolnym krokiem, nie spiesząc się, poszła do swojego pokoju. Gdy otworzyła drzwi zobaczyła wijącą się De Didero.
- Nie – mogę – od – dychać – mówiła z przerwami Deatis trzymając się za swój gorset zawiązany zbyt ścisło. W pudełku znalazła starą, niebiesko-biała suknię wyjętą wprost z czasów francuskiej królowej Marii Antoniny. Panna wyglądała w niej olśniewająco. Poprzez samo wiążący się gorset, de Didero zyskała perfekcyjne podkreślenie talii osy oraz tym samym wyeksponowała swoje piersi. Z jej ramion niedbale zwisały napompowane rękawy zakończone białą koronką. Pod sukienką znajdowało się specjalne, metalowe koło, które sprawiało, że suknia wydawała się większa i bardziej dostojniejsza. Jeszcze tylko peruka i Deatis mogłaby uchodzić za krewniaczkę rodziny królewskiej.
- O nie – krzyknęła Mermaid zadając sobie sprawę z tego co się dzieje. – Dałabym sobie rękę uciąć, że to twój rozmiar – skłamała Mermaid, jednocześnie rozwiązując gorset.
- Nie da się tego jakoś poluźnić? – zapytała z Deatis z nadzieją w głosie.
Carmen spojrzała na gorset, który leżał jeszcze lepiej niż na manekinie. Chwilę odczekała, że niby się zastanawia i dodała z przekonaniem:
- Nieee, będzie ci już wtedy widać plecy – ponownie skłamała.
Deatis była bliska płaczu.
- Ta suknia jest taka piękna! – krzyknęła de Didero. – Ale ja nie wytrzymam tak ściśnięta. W czym ja się pokażę?!
Carmen przytuliła przyjaciółkę, jednak koło znacznie utrudniało tego typu czułości. Aż strach pomyśleć gdyby Mermaid kupiła suknię ze szkieletem prostokąta, który to się w drzwi nie mieści.
- Ja mam dwie suknie – rzekła nagle Mermaid, jak gdyby dostała olśnienia. – Jedną kupił tata, a drugą mama.
Czarnowłosa zobaczyła iskierki nadziei w oczach Deatis.
- Ale to jest twoja suknia – powiedziała nagle de Didero cofając się.
- W dwóch na raz nie będę przecież chodzić – rzekła dość logicznie Carmen.
- No to pokazuj.
- Tylko one nie są w francuskim stylu – uprzedziła Mermaid otwierając szafę. – To hiszpański strój40.
Suknia uszyta została z czerwonego materiału z złotymi zdobieniami. W jakimś stopniu przypominała tą francuską, jednak nie była tak napuszona i ciężka. Koło zastąpiła niezliczona ilość falbanek, a zamiast ozdobnego naszyjnika, na deatisowskiej szyi pojawiła się ciasno zawiązana wstążka z kryształkiem. Koronkowe zakończenia rękawów były, jednak Carmen czym prędzej je oderwała, ponieważ nikt nie będzie nosił zasłonek jako ubranie. De Didero nie musiała nic mówić, Mermaid wiedziała, że czuje się dobrze w tej sukni (Carmen już się o to przecież postarała).

Przed domem Carmen znajdował się ogromny, wiklinowy kosz z woreczkami piasku po bokach. W powietrzu unosił się wielki, złocisty materiał z wyszytą czarną literą „D”, wypełniony ciepłym powietrzem. Wokół balonu biegało kilku dorosłych mężczyzn, ubranych na czarno, próbujących zniżyć kosz na tyle, by Carmen i Deatis mogły bez trudu wsiąść na pokład. Mermaid, dumna ze swojego pomysłu, z uśmiechem na twarzy pchała przyjaciółkę przed siebie. Natomiast de Didero wyglądała na przerażoną.
- To wróćcie przed północą – powiedział Stefano dochodząc do panienek będących już w koszu.
- Papá – jęknęła Carmen.
- Oj dobra, dobra… tylko żartowałem – rzekł unosząc ręce w geście poddania się.
Mermaid odprowadziła ojca wzrokiem, który powolnym krokiem wsiadł do swojego mercedesa i odjechał do pracy.
- Odbijamy! – krzyknęła czarnowłosa.
Kosz lekko zakołysał się. Deatis trzymając się kurczowo kosza zauważyła dwa spadochrony. Pytającym wzrokiem spojrzała na Mermaid, ubraną w długą zieloną suknię z wielkim dekoltem uwydatniającym jej piersi, która właśnie bawiła się swoją komórką. Ze zgrabnych i opalonych ramion artystycznie spadały warstwy materiału, co dodawało Carmen tylko sexapilu.
- Po co te spadochrony? – zapytała niepewnie córka Aretuza.
- Jak będziemy na miejsku to nie będziemy lądować, tylko skakać – rzekła Mermaid chowając telefon do torebki.
- Ty żartujesz – szepnęła Deatis niepewnym głosem.
- Chciałabyś – odpowiedziała z wrednym uśmiechem Carmen.

Nico i Javier wynudzeni do granic możliwości wreszcie dotarli na miejsce. Powóz podjechał pod same schody. Panowie wyszli na zewnątrz. Zobaczyli innych gości. Wszyscy byli ubrani w starodawne hiszpańskie stroje. Nawet obsługa dostosowała się do wymogów Carmen i założyła proste lniane, niebieskie ubrania. Chłopcy byli pod wrażeniem. Myśleli, że przenieśli się w czasie. Powozy, ludzie, język i wreszcie sam budynek sprawiali, iż człowiek nagle wskoczył do XVI wieku. Płac, był ogromny. Zbudowany z szarego kamienia w połowie zarośnięty przez zielony bluszcz wyśmienicie nadawał się na przyjęcie Deatis.
Chłopcy podeszli do jakiegoś mężczyzny, podali mu zaproszenie i dopiero wtedy weszli do środka, gdzie najpierw znaleźli się w przedsionku z luksusowym kącikiem do odpoczynku, a dopiero potem, przechodząc przez szklane drzwi znaleźli się w głównej sali, gdzie z lewej strony znajdowała się scena dla zespołu, a z prawej, rozszerzające się na 20 metrów schody z czerwonym dywanem. Nico oglądał wszystko z zaciekawieniem i aprobatą. Podobał mu się taki wystrój wnętrz. Główną salę, przeznaczoną do tańca oświetlało pięć wielkich szklanych żyrandoli. Ich światło odbijało się w lśniącej marmurowej podłodze. Javier zauważył, że gdy znajdą się piętro wyżej, będą mogli z wewnętrznego tarasu podziwiać tańczące pary, lub po prostu iść do swoich sypialni. Carmen zadbała, aby dostali najlepsze pokoje, jakie pałac mógł zaoferować.
- Hola! – powiedziała blondynka z zespołu cheerliderek podchodząc do chłopaków. – Jak wam się podoba?
- Może być – odpowiedział Javier kiwając głową.
- Motyw przewodni to Hiszpania w XVI wieku - rzekła dziewczyna gładząc swoją stylową niebieską suknię.
- No nie wiem czy takie wnętrza… - zaczął Nico, jednak panienka mu przerwała.
- Czepiasz się szczegółów – wtrąciła. – Po prostu chodzi o to by poczuć ten stary klimat, a nie kłócić się o wiek.
Casillas zamyślił się spostrzegając Francuza ubranego w strój hiszpański.
- Aż dziwne, że się Francuzi nie buntowali – powiedział Javier do dziewczyny.
- No wiesz co? – oburzyła się z uśmiechem. – Jest nas cztery razy więcej niż tych żabojadów.
- No faktycznie Carmen zaszalała – podsumował Nico. - Następnym razem, gdy będzie mówić „dużo gości” muszę to zweryfikować.
- Z tego co wiem to są tu wszystkie klasy siódme i ósme, ludzie z wymiany i rodzina Deatis – wyliczała poinformowana blondynka. – Oczywiście to wszystko razy dwa, bo zaproszenia dostali z osobą towarzyszącą. No właśnie, a gdzie są wasze partnerki?
- Nigdzie – odparł Javier zanim Nico zdążył otworzyć usta. – My tu mamy misję.
- Misję? – zdziwiła się dziewczyna.
- Taką specjalną – rzekł Casillas uśmiechając się do wrogiego Torresa.
W tej chwili podeszła do nich kolejna dziewczyna w złocistej sukience informują, że zaraz przybędzie Deatis i żeby nigdzie nie odchodzili.
Do wielkiej sali zaczęli schodzić się goście nie bardzo wiedząc jak i skąd przybędzie solenizantka. Wszyscy w napięciu oczekiwali na to, co się wydarzy.

- Ładnie nie? – zapytała Carmen kiedy balon znalazł się nad pałacem.
Deatis nie wiedziała, co powiedzieć. Budynek był tak ogromny, że przeszedł jej najśmielsze oczekiwania. Zapadała noc, a wokół niego migało kilkanaście lamp, w których światło było skierowane ku górze. De Didero widziała i niezliczoną ilość koni i powozów, ludzi wychodzących z zamku wprost do ogrodu, z czerwonym dywanem. Była w takim szoku, że nie zauważyła pola golfowego zaraz za pięknym, różnorodnym ogrodem.
Balon wylądował. Wszystkie światła skierowane zostały na postać Deatis. Dziewczyna poczuła się jak gwiazda filmowa.
- I co mam robić? – szepnęła de Didero.
- Po prostu idź wyznaczonym szlakiem na schody – odpowiedziała Mermaid stojąca z tyłu. – I się uśmiechaj.
Brązowowłosa wolnym krokiem szła po czerwonym dywanie. Spotykała ludzi mniej lub bardziej znanych, którzy piszczeli lub krzyczeli „de Didero”. Światła lekko ją oślepiały, jednak i tak była szczęśliwa. Tylko dzięki ochronie mogła bez przeszkód udać do wyznaczonego miejsca. Gdyby jej nie było, najprawdopodobniej tłum by ją zgniótł. Kątem oka zobaczyła wyprostowanego i uśmiechniętego Nico opartego o ścianę, który w jakiś specjalny sposób na nią patrzył. Gdy weszła do środka, dziękowała Bogu, że nie jest to średniowieczny zamek. Podobał jej się taki luksusowy styl pałacu. Wiedziała, że te urodziny zapamięta na całe życie. Dziewczyna stanęła na środku rozszerzających się schodów. Po chwili dotarła do niej Carmen i ręką uciszyła tłum, zebrany na sali. Z diabelskim uśmiechem na twarzy popchnęła przyjaciółkę w kierunku mikrofonu.
- Witam wszystkich – zaczęła niepewnie dziewczyna rozglądając się po uśmiechniętych twarzach. – Nie wiem, co przygotowali organizatorzy imprezy – spojrzała na Carmen. – Ale dziękuję za tak liczne przybycie i mam nadzieję, że wszyscy wrócimy cali i zdrowi do domu. Życzę wam niezapomnianych wrażeń cokolwiek się wydarzy.
Przemówienie skończyło się oklaskami.
- No to urodziny czas zacząć – krzyknęła Mermaid a po jej słowach na głowy gości spadły miliony, błyszczących, małych karteczek. Na ścianie pojawił się wielki, cyfrowy zegar odliczający czas do północy. – Zapraszamy do świętowania.
Sala jadalna była tuż obok, tak samo wielka jak miejsce do tańca. Okrągłe stoły mogły pomieścić sześć par. Usadzenie każdego gościa zostało dokładnie przemyślane. Carmen nie mogła sobie pozwolić na jakikolwiek bałagan. Wszyscy bez większych problemów odnaleźli swoje talerze z bilecikami.
Mermaid zaprowadziła Deatis do stołu na jakimś podeście, który wyjątkowo był nakryty dla ośmiu osób. De Didero usiadła obok Francuza, który wyrósł jak spod ziemi. Nico siląc się na uprzejmy ton zapytał się jak samopoczucie chłopaka. Carmen i Javier wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Wszyscy zasiedli do stołu. Mermaid rozłożyła sobie na kolanach czerwoną serwetkę.
- A gdzie Felipe? – zapytała dziewczyna spoglądając na puste sąsiednie miejsce.
- Zaraz przyjdzie – odpowiedział pospiesznie Casillas wychylając się zza bukietu białych lilii na stole.
- Gdzie jest? – powtórzyła Carmen.
- Gada z zespołem – skłamał Nico.
Mermaid zrobiła urażoną minę, jednak nic nie odpowiedziała.
- Zadzwoń do niego i powiedz by tu zaraz przyszedł, bo ja się do niego przejdę.

Cortez siedział za kierownicą swojego ukochanego Bugatti Veyron. Wiedział, że jest już spóźniony, ale wierzył, że Javier i Nico posiadają przynajmniej w połowie taką charyzmę jak on i go jakoś zamaskują.
Jego telefon, leżący na siedzeniu obok, zaświecił się. Odebrał wiadomość jednocześnie kierując auto.

Jeśli zaraz nie przyjedziesz to Cię kociak zadrapie pazurami na śmierć.


Chłopak jeszcze mocniej nacisnął pedał gazu. Gdyby Carmen widziała tę czwórkę i dwa zera na liczniku, do końca życiu nie wsiadłaby z nim do auta. Ale na szczęście nie mogła widzieć…

Oczywiście dostał reprymende, że nic nie zjadł ciepłego, ale jakimś cudem udobruchał ukochaną. Cała paczka stała między wejściem do jadalni, a salą taneczną. Na scenie widać było małego skrzata, który pełnił rolę wodzireja. Zespół dostrajał instrumenty, a najedzeni goście wchodzili na parkiet wyczekując pierwszych dźwięków muzyki.
Felipe objął Carmen i położył brodę na jej ramieniu. Po chwili zmarszczył brwi. W oddali zauważył eleganckiego młodzieńca idącego w ich kierunku. Jedną rękę trzymał w kieszeni, a w drugiej, jak to miał w zwyczaju, bawił się srebrną monetą. Obok Vinaty szedł nieznany Cortezowi chłopak. Felipe domyślił się, że to musi być Loris, o którym Carmen tyle mu opowiadała.
Chłopcy podali ręce facetom z Barcelony, a dłonie dam szarmancko ucałowali. Felipe mocniej ścisnął swoją dziewczynę.
- Señor Cortez – odezwał się uprzejmie Diego. – Miło pana widzieć.
- Wzajemnie – rzekł przez zęby Cortez.
Mermaid szturchnęła swojego chłopaka lekko w bok.
- Wyjechałeś – mruknął Felipe.
- Ojciec miał jakiś tam interes – powiedział Diego przewracając monetę z podobizną Anny II Galilei, między palcami.
Cortez zaczął mierzyć wzrokiem Włocha. Javier spoglądał to na jednego, to na drugiego. Czekał, aż któryś z nich nie wytrzyma napięcia. Carmen zerknęła na zegarek i ciągnąc za sobą Deatis wyszły z tego ponurego grona.
Felipe miał ochotę zrobić coś Vinatcie, naprawdę chciał, jedna starał się opanować. Bez słowa odwrócił się na pięcie i poszedł a górę, gdzie były komnaty dla ponad stu par! Chłopak głośno dyszał, nie mógł złapać oddechu. Nie wiedział jak pozbyć się Diega i co robić jak jest w jego towarzystwie. Pewnym ruchem ręki otworzył drewniane drzwi do swojej komnaty. Była duża i przestronna . W oknach wisiały ciężkie, czerwone zasłony. W pokoju znalazło się też przesadnie wysokie, drewniane łóżko. W stylową, złotą ramę umieszczoną na ścianie, wbudowany został telewizor. Na toalecie stała wielka misa, a obok dzban z wodą. Było to pomieszanie stylu XVII-wiecznej Francji z XXI wiekiem. Cortez czym prędzej nalał wody do naczynia i opłukał twarz. Oparł się o drewniany mebel i w milczeniu wpatrywał się w swoje odbicie w lustrze. W pewnym momencie zauważył ciemną sylwetkę stojącą gdzieś za nim. Momentalnie odwrócił się.
- Co tak uciekasz przed starym przyjacielem? – zapytał Diego wychodząc naprzeciw.
- Nie mamy o czym gadać – powiedział sucho Felipe czując jednocześnie, że jego opanowanie szlak trafia.
- Mamy wiele tematów – odparł Vinata podchodząc bliżej. – Na przykład, porozmawiajmy o Carmen… piękna z niej dziewczyna…
- Zamknij się! – warknął chłopak.
- Bardzo podobna do Veronici – ciągnął dalej Diego z wrednym uśmiechem. – Też taka samotna.
- Tylko ją tknij, a cię zabiję – zagroził Cortez.
- Si, si… wtedy też tak mówiłeś – rzekł znużonym tonem Vinata.
- Wyjdź – powiedział niskim, zimnym tonem Felipe. – Wynoś się!
- Nie ma mowy! – odparł Włoch ciągle bawiąc się monetą. - Odkąd dowiedziałem się, że jest twoją dziewczyną muszę ją mieć.
- Carmen nie jest taka głupia jak Veronica – warknął Cortez.
- Każda jest – podsumował Diego. – Trzeba tylko odpowiednio ją do siebie zwabić.
Cortez czuł, że traci nad sobą kontrolę. W jego oczach pojawiły się ogniki, a w myślach cały czas życzył Diegowi śmierci.
- Nie znasz jej – powiedział powoli Felipe.
- Dziewczyna pragnąca silnego faceta. Musi być przystojny i bogaty – wyliczał Diego. – Jaka szkoda, że musisz w poniedziałek wracać do Rzymu. Nie będzie jej kto pilnował.
Felipe podszedł do chłopaka.
- Pamiętaj, że jesteś na moim terenie – szepnął wrogim tonem Cortez.
- Bla, bla, bla – zaczął przedrzeźniać Diego. – Co byś nie wymyślił to i tak postawię na swoim. Jak z własnej woli nie będzie chciała pozować to jej coś podam. No nie będę się chwalić, ale mam dość dużo pomysłów.
Diego uśmiechnął się i podszedł do wyjścia. Felipe czuł się upokorzony i zagrożony. Niczym lew, wyczuwający obcego osobnika na swoim terenie, wpadł w furię.
- Vinata! – krzyknął mało kontrolując to co robi. – Wtedy nie potrafiłem tego! – na dowód swoich słów wyciągnął różdżkę i wypowiedział zaklęcie.
Stracił panowanie nad sobą. Pragnął zemsty jak nigdy w życiu. Ciało Diega uderzyło w baldachim, łamiąc go na małe kawałeczki. Chłopak podszedł do nieprzytomnego młodzieńca. Przyłożył mu patyk do twarzy myśląc czy może zrobić coś więcej, niż tylko go pospolicie zabić. Nie żałował ani przez chwilę tego, co zrobił. Czuł zadowolenie i dumę. Krew na jego dłoniach sprawiała mu radość.
W tym momencie do komnaty wszedł Javier. Widząc, co się stał odciągnął Felipe od Vinaty.
- Zabiłeś go? – zapytał Casillas mierząc puls chłopakowi leżącemu w ruinach łóżka.
- Jeszcze nie – odpowiedział Felipe dziwnym tonem.
To zastanowiło Javiera.
- Jak to jeszcze? – zapytał zdając sobie sprawę, że jego przyjaciel aż tak daleko by się nie posunął. – Dobrze się czujesz?
- Si! – warknął.
- Zawołam Carmen – zaproponował Casillas i pobiegł do wyjścia.
Felipe przed jego nosem zatrzasnął drzwi i wyrzucił przyjaciela na ścianę zwalając przy tym telewizor. Chłopak nie pozostał dłużny. Chwycił różdżkę i czym prędzej rzucił pierwsze lepsze zaklęcie na Felipe. Wstał, otrzepał się z kurzu i wyciągnął komórkę.

Carmen, Deatis i Nico stali przy górze prezentów urodzinowych. Kolorowe pudełka z kokardami były różnej wielkości. Niektórzy pakowali prezent w prezent, więc nie należało kierować się wielkością. Obok tego stołu leżała księga, do której należało wpisać swoje najlepsze życzenia. Torres właśnie miał rysować serduszko, gdy poczuł wibracje w kieszeni.

„Masz minutę na znalezienie Carmen i odciągnięcie jej od Deatis.”


Chłopak popatrzył na uśmiechnięte dziewczyny, a potem zauważył na schodach Javiera.
- Carmen! Jaka cudowna piosenka – krzyknął Nico. – Zatańczysz ze mną?
- Pewnie – odpowiedziała zaskoczona. – Zaraz wracam – rzekła do przyjaciółki.
- Nie ma sprawy – powiedziała Deatis, która od razu zaczęła szukać swojego partnera.
- Kochana! – krzyknął Casillas. – Mamy kłopoty – streścił.
- Co się stało? – zapytała de Didero, jednak nie usłyszała odpowiedzi, razem z Javierem biegła na górę.
Chłopak zaprowadził ją do pokoju Felipe. Dziewczyna, aż pisnęła, gdy zobaczyła zakrwawioną postać w połamanych deskach. W pierwszym odruchu pomyślała, że ten mężczyzna nie żyje.
- Co się dzieje?! – krzyknęła podchodząc bliżej do rannego i sprawdzając wielkość ran.
- Nie wiem! – wrzasnął Javier. – Co cię opętało?!
Cortez milczał i odwrócił się do okna. Pierwsza fala złości już minęła. Powoli docierało do niego to, co zrobił i sam nie pojmował jak mógł się tak nie kontrolować. Z drugiej strony nie może znieść myśli, że Vinata coś knuje. Boi się, że Diego zrobi to samo, co parę lat wcześniej, gdy Felipe chodził z Veronicą. Uwiódł ją, a gdy się z nią zabawiał zrobił chyba z milion zdjęć. Potem je rozesłał po znajomych, a przede wszystkim do Corteza. Dziewczyna załamała się psychicznie, zmieniła adres i szkołę. Nie chciał, by Mermaid to przeżywała, bo on… najwyżej mógł dostać swoje zdjęcie z napisem „rogacz”, jakoś to przeżyje, ale do Carmen nie był już taki pewien.
Vinata zaczął się budzić. Deatis robiła wszystko, co mogła, ale obrażenia nie zgoją się z minuty na minutę. Chłopak wstał i zobaczył swoje odbicie w lustrze.
- Pożałujesz Cortez – warknął Włoch wycierając krew z wargi. – Skończysz na ulicy… razem z tą swoją dziwką!
Tym razem Casillasowi puściły nerwy i nim Felipe zdążył cokolwiek zrobić, Javier z potężną siłą zanurzył swój łokieć w brzuchu Diega, z którego przed chwilą de Didero wyjęła kawałek drewna. Chłopak jęknął z bólu i upadł na ziemię.
- Pozwól, że ci wyjaśnię Diego – zaczął cicho Felipe kucając nad chłopakiem. – Casillas, Torres i ja jesteśmy jak rodzina. A w rodzinie ludzie sobie pomagają.
- Poza tym, nie podskakuj – dodał Javier gwałtownie podnosząc Diega z podłogi. – Nie jesteś u siebie.
- Możesz być pewien, że do balu na Boże Narodzenie dostaniesz te fotki – warknął Vinata. – Wszyscy je dostaniecie! – i wyszedł z pokoju, lekko się kołysząc.
- Co się tu dzieje?! – krzyknęła wściekła de Didero.
- Nic – odparli jednocześnie chłopcy.
Dziewczyna zrobiła urażoną minę i przez parę sekund czekała, aż jej ktoś łaskawie wyjaśni całe to zajście. Panowie milczeli. Zręcznie omijając odłamki szła i drewna udała się do wyjścia.
- Idę po Carmen – mruknęła.
- Nie! – krzyknęli jednocześnie. – Nic jej nie będziesz mówić – dodali już trochę ciszej zbliżając się powoli do Deatis, przypierając ją do muru.
- Spadaj – warknęła do Felipe.
- Ona nie może się o tym całym zajściu dowiedzieć – szepnął stanowczo Cortez patrząc wrogo na de Didero.
- Porypało cię całkowicie – podsumowała dziewczyna. – Omal go nie zabiłeś i ja mam niby milczeć?!
- Si – potwierdził chłopak. – Dla dobra ogółu.
- Dla dobra ogółu trzeba było siedzieć cicho! – warknęła Deatis. – Popsułeś moje urodziny, pomyślałeś o tym?
Felipe spojrzał na nią z ukosa. Wiedział, że jak tylko ją wypuści wszystko powie Mermaid. A tego Carmen wiedzieć nie mogła.
- Nie będzie bolało – rzekł Cortez i wyciągnął różdżkę.
- Co ty robisz? – zapytała przerażona Deatis po czym poczuła, że Javier mocno przyciska ją do ściany.
- Wymażę ci to zajście z pamięci – oznajmił beztrosko Felipe. – Będziesz mogła dalej bawić się na swoich urodzinach.
- Oszalałeś… - szepnęła Deatis.
- Nie, po prostu nie wiesz, co możesz zrobić mówiąc Carmen o tej sytuacji – rzekł szczerze Cortez obracając różdżkę w palcach.
- Jak się Torres dowie, że chcieliśmy ci wymazać coś z pamięci, to nas najprawdopodobniej zabije – oznajmił Casillas.
- A jak już wiesz, że nas Nico zabije, to łatwo się domyślić, że cię kocha – mówił Felipe.
- Widzisz – zaczął Javier. – Mamy już trzy powody, aby ci coś w tej głowie zmienić.
- Jak to… kocha? – zapytała zaskoczona de Didero.
- Spokojnie – rzekł Felipe. – Jeszcze raz się dziś o tym dowiesz.
- To nie etyczne – mówiła Deatis.
- Etyczne czy nie, nie możesz rozmawiać o tym z Carmen – podsumował Felipe. – Przedstawisz jej to w złym świetle. Nie tak jak jest to naprawdę.
- Sam jej nie możesz powiedzieć? – zapytała de Didero.
- Myślisz, że mi uwierzy? – odpowiedział pytaniem Felipe. – Ale kiedyś jej powiem, tylko muszę ją na to przygotować.
Podniósł różdżkę i zaczął wyciągać jakąś niebieską nić.
- Robiłeś to już kiedyś? – zapytała de Didero.
- Wiele razy – odpowiedział Cortez.
Niebieska nić zaczęła wędrować do jakiegoś małego flakonika. Deatis czuła, że staje się coraz bardziej senna, aż w końcu bezwładnie opadła w ramiona Casillasa. Chłopcy wynieśli ją na korytarz i tam dopiero zaczęli cucić. Gdy się ocknęła wmówili jej, że zemdlała. Dziewczyna mało przytomnie poszła dalej bawić się z gośćmi. Natomiast Javier i Felipe zostali na ciemnym korytarzu. Cortez usiadł na czarno-czerwonym dywanie ukrywając twarz w dłoniach.
- I co teraz? – zapytał Javier.
- Nie wiem – szepnął Felipe. – Nie mam zielonego pojęcia, do czego on jeszcze może być zdolny.
- Szczerze pogadaj z Carmen – poradził Javier.
- Ona uznaje Vinate za miłego i potulnego chłopca, tylko ja widzę w nim jakiegoś demona – warknął Cortez.
- Mhm… - mruczał Casillas.
- Byle przetrwać do stycznia – mówił Felipe. – Potem on wróci do Włoch i będzie spokój.
- To jak? Zaklęcia awaryjne? – zechciał się upewnić Javier.
- Ja wrócisz do zamku to je wszystkie uruchom – odpowiedział Cortez i wstał z podłogi. – Nie ma wyjścia.

Przyjęcie przebiegało bez zarzutów. Zespół, który znalazła Carmen, profesjonalnie kierował całą zabawą. Dzięki muzyce goście przenosili się w różne kraje, była Grecja – zorba odtańczona przez Nico i Javiera, Turcja – taniec brzucha, Indie – hity z filmów Bollywood i wiele, wiele innych.
Wszyscy poruszali się w kręgu własnych intryg. Nie jest żadną tajemnicą, że Francuz nie cieszył się przychylnością przyjaciół Deatis. Mermaid otrzymała zadanie wykończenia go na tamtejszy wieczór. Gdy nikt nie patrzył otworzyła swój wielki pierścień i wsypała jakiś proszek do piwa Francuza. Wszyscy patrzyli jak dopija ostatni łyk zatrutego napoju. Parę sekund później wywrócił się do tyłu razem z krzesłem i usnął.
- Ojej – rzekł Felipe, a ton jakim to powiedział sprawił, że wszyscy się roześmiali.
Jedynie Deatis, która dopiero co przyszła, wyglądała na zdenerwowaną.
- Co wy mu zrobiliście? – zapytała groźnie.
- My? – zdziwili się wszyscy. – Niiiic…
- Tak to jest, jak się za dużo pije – dodał Nico machając butelką piwa.
Dziewczyna zmierzyła ich wzrokiem i wezwała ochroniarza by odesłała Francuza do domu.
- Oczywiście – rzekła na obchodne.

W końcu wybiła północ. Deatis stanęła na środku sali tanecznej. Wszyscy zebrali się wokół niej i zaczęli śpiewać Cumpleaños feliz, Cumpleaños feliz… po czym solenizantka zdmuchnęła wszystkie świeczki. Odsunęła się na bok i patrzyła jak skrzaty sprawnie rozdzielają tort. Wtedy na arenę wkroczył ojciec de Didero. Aretuz z uśmiechem na ustach ucałował córkę w czółko i poprosił o mikrofon. Wszyscy swój zaciekawiony wzrok skierowali na dorosłego mężczyznę. Tradycyjnie dziewczyna powinna dostać jakiś drogi prezent np. samochód lub własne mieszkanie. Wszyscy jednak obstawiali czarne Ferrari.
- Witam wszystkich – zaczął Aretuz. – Moja córuchna już taka duża – spojrzał na zmieszaną dziewczynę. – Mam dla ciebie prezent. Wejść! – rozkazał pokazując ręką na drzwi.
W progu ukazał się młody człowiek ubrany w francuski strój z rajtuzami i białą peruką prowadzący jakieś niskie zwierze. Deatis pobladła jednocześnie słysząc śmiech wśród gości.
- Dlaczego mi nie kupiłeś samochodu? – zapytała cicho przez zęby. – Tak trudno było kupić jakieś auto?! Skompromitowałeś mnie!
- Samochody są takie pospolite – odezwał się ojciec. – A kucyk to coś oryginalnego.
- Tato! Ja mam osiemnaście lat – warknęła zaciskając pięści. – Jestem już za stara na kucyki! – i wybiegła z sali.
- Córuchno, zaczekaj! – krzyknął ojciec jednak dziewczyna go nie posłuchała.
Deatis, czym prędzej wyszła z pałacu. Była tak wściekła, że nie zwracała uwagi na to, czy wypada jej opuścić własne przyjęcie czy też nie. Chciała wydostać się stamtąd jak najszybciej. Noc była ciepła. Księżycowa poświata odbijała się w tafli fontanny urzekając romantycznym nastrojem. Wiatr cichutko i delikatnie poruszał dziwacznie wystrzyżonymi tujami. Dziewczyna podwinęła swoją długą suknię i zaczęła biec na polanę, powstrzymując się od płaczu.

Impreza toczyła się dalej. Poniektórzy tańczyli, inni zapragnęli napełnić swoje brzuchy po brzegi, śmiali się i wesoło rozmawiali. Jedynie Carmen przygryzała nerwowo wargę. Nie wiedziała, gdzie jest de Didero. Javier i Felipe sprawiali wrażenie, że ta informacja nie jest ważna i zajęli się dyskusją na temat urodzajności włoskich dam. Dopiero, gdy przyszedł, Nico, przyjaciele podjęli rozmowę.
- Nie wiem czy jej szukać – podzieliła się obawami Mermaid. – Może chce zostać sama, a może potrzebuje przyjacielskiej rady?
Cortez ziewnął dyskretnie i objął ukochaną ramieniem.
- Zostaw wszystko naturze – powiedział z uśmiechem i pocałował ją w policzek.
- Jakiej znowu naturze?! – oburzyła się Mermaid na obojętność Felipe. – Tu trzeba działać – rzekła i walnęła pięścią w stół.
Chłopak wyjął ciasto z sałatki, które spadło z patery pod wpływem niespodziewanych drgań. Natomiast na twarzy Javiera zagościł podejrzany uśmieszek. Casillas z premedytacją kopnął pod stołem Torresa w nogę. Rozległo się głośne „Na mózg ci padło?” a przy okazji Nico obdarzył przyjaciela wzrokiem pełnym nienawiści.
- Natura, do roboty – rzekł Casillas. – A to na odwagę – dodał, podając Nico szklankę szkodzkiej.
Chłopak upił łyk alkoholu. Być może to pomogło, bo bez żadnych zawahań odwrócił się na pięcie i poszedł w kierunku schodów. Javier obstawił się butelkami różnych trunków, a na środku talerza znalazła się średniej wielkości szklanka. Uśmiechnął się sam do siebie i powoli zaczął wlewać sok porzeczkowy. Felipe widząc zaskoczoną minę Mermaid splótł dłonie na karku i zaczął bujać się na krześle.
- Bardzo mi przykro, że nie byłam godna poznać waszego niecnego planu – warknęła Carmen zjadając truskawkę.
- Och ty niegodna niewiasto – zaczął Cortez. – Dzisiaj nic nie dzieje się bez przyczyny.
Mermaid zmierzyła swojego chłopaka wzrokiem, po czym popchnęła krzesło. Felipe bez skutecznie próbował utrzymać równowagę. Z hukiem upadł na kamienną posadzkę. Carmen chrząknęła znacząco.
- Ach te dzisiejsze krzesła – zaczęła. – Takie niestabilne.

Nico zdążył obejść cały pałac, jednak nigdzie nie znalazł Deatis. Włożył ręce do kieszeni i przechadzał się po krużgankach wciąż myśląc gdzie mogła pójść. Było dosyć chłodno, jednak wyjście z dusznej sali na zewnątrz bardziej przynosiło ulgę, niż poczucie dyskomfortu. Letni wiatr figlarnie bawił się jego czarnymi włosami, a on sam wpatrywał się w kamienną posadzkę idąc przed siebie. W pewnym momencie położył ręce na murowanej balustradzie i zamknął oczy wsłuchując się w niewinny śmiech dziewczyny biegnącej ze swoim chłopakiem do fontanny. Potem rozległ się dźwięk rozlewającej się wody. Prawdopodobnie zaczęli się nią chlapać. Znów nastała cisza. Jednak, gdy Nico usłyszał ciche słowa „Ti amo” wzdrygnął się i otworzył swoje brązowe oczy. Spojrzał na dziedziniec, gdzie przy fontannie siedział Loris namiętnie wpatrujący się w jakąś Hiszpankę. Torres odsunął się od balustrady i szybkim krokiem zaczął schodzić ze schodów. Tylko przypadek sprawił, że gdy znalazł się na parterze, wybrał drogę wiodącą wprost do ogrodu. Czuł się dziwnie. Gdy patrzył na tę dziewczynę miał wrażenie, jakby coś tracił, a przecież jej nie znał. Może to i była ta ścigająca z klasy F, ale nie zmienia to faktu, że nic go nie łączyło z Elizabeth. Oddech miał płytki i przyspieszony. Cienie krzewów przybierały dziwne kształty, ale gdy tylko przetarł oczy wszystko miało swoje logiczne wytłumaczenie. Lampy słabo oświetlały kamienną, białą ścieżkę. Nico szedł ciągle przed siebie nasłuchując. Zdawało mu się, że ktoś za nim idzie, ale gdy tylko odwrócił się widział jakąś wiewiórkę lub gołębia. W duchu sam się z siebie śmiał.
Po pewnym czasie znalazł się na prawie pustej polanie. Trawa była krótko przystrzyżona, a i sam gatunek był taki… specjalny. Nico nie miał wątpliwości, właśnie przyszedł na pole golfowe. W oddali, w rytm muzyki dochodzącej z zamku, poruszały się drzewa, a na ich tle zauważył jakąś postać. Wytężył wzrok i był pewien, że to Deatis. Zawahał się. Ogarnął go niepokój i panika, jednak w mgnieniu oka wyobraził sobie Javiera i Felipe, którzy nie dają mu żyć za takie tchórzostwo. Nie myśląc za dużo zaczął iść w kierunku dziewczyny. Po drodze starał przypomnieć sobie wszystkie motywujące słowa przyjaciół Jesteś Łoś SuperKtoś! Połowa lasek chce wskoczyć ci do łóżka, więc chyba taki zły nie jesteś! Ona podświadomie ciebie pragnie, tylko o tym nie wie! Idź i ją uświadom Casanova! Jesteś przystojny, bogaty, zdolny, inteligentny, opiekuńczy… tacy ludzie jak ty są zagrożonym gatunkiem! Te ostatnie słowa należały do Carmen, której Torres najbardziej ufał. Mimo wszystko podwyższył swoją samoocenę i nabrał pewności siebie. Chłopak był już na tyle blisko by słyszeć i widzieć, co Deatis wyczynia. Bez zwątpienia była wściekła. Waliła kijem w ziemię mimo, że suknia znacznie utrudniała jej wykonywanie gwałtownych ruchów. Po chwili wyrzuciła kij trzy metry od siebie. Zła, że tak blisko upadł, chwyciła następny, który tym razem powędrował dalej.
- Trochę ci zszedł na lewo – rzekł Nico stając za plecami dziewczyny. – Spróbuj tym – dodał podając drewniany. – Mają lepszy tor lotu.
Deatis popatrzyła na chłopaka w osłupieniu. Była tak zaskoczona, że nawet nie potrafiłaby przedstawić się.
- A tym, co rzucałaś – mówił nie zwracając uwagi na zakłopotanie de Didero – najlepiej rzucać na „bumerang”.
- Czyli? – zapytała cicho.
Chłopak coś zamruczał przy stoisku z kijami i wybrał najcieńszy. Podszedł do dziewczyny i przy niej zgiął patyk o kolano. Potem trzymając za jeden koniec wyrzucił przed siebie. Po chwili kij wrócił.
Deatis zaczęła bić brawo.
- Co jeszcze umiesz? – zapytała.
- Na „helikopter”.
Nico wybrał kolejny kij z serii tych cienkich. Chwycił go w połowie i podkręcając wyrzucił przed siebie. Patyk w locie przypominał śmigło helikoptera.
- Znam też na „dyrygenta”! – pochwalił się.
Tym razem wybrał średniej grubości i wyrzucił nad głowę. Gdy go ponownie chwycił, zaczął sprytnie obracać kij w palcach niczym dziewczynka na czele parady.
- A to twoje, jak waliłaś kijem w ziemie to sposób na „drwala”.
- Skąd ty to znasz? – zapytała rozbawiona Deatis.
- No wiesz, kiedyś jak mi zależało, żeby bardzo dobrze grać w golfa i coś nie wychodziło to wpadałem w szał.
Deatis poczuła ukłucie w sercu. Wiedziała, że ten sport to jego pięta achillesowa, jednak uczył się go i trenował specjalnie dla niej. Tak bardzo wtedy chciał iść z nią na randkę…
- A teraz? – zapytała sama nie wiedząc czy pyta się o grę czy o coś więcej…
- A teraz już umiem grać – odparł Nico pokazując rząd białych zębów, jednak wyczuł w głosie Deatis jakąś niepewność. – Wszystko w porządku?
- Qui – rzekła pocierając brew i unikając jego wzroku. – Po prostu chcę by ten dzień skończył się jak najszybciej.
Chłopak przytulił ją do siebie.
- Nie jest tak źle – rzekł. – To tylko jedna wpadka.
Dziewczyna wtuliła się w jego ramiona i nie słuchała go. To, co czuła na początku ją przerażało, jednak uznała to za objaw zdenerwowania. Noskiem dotykała jego nagiej klatki piersiowej odsłoniętej przez niedopitą koszulę. Rozkoszowała się jego zapachem.
Torres też nie wyglądał na skupionego na rozmowie. Gadał byle gadać, jednak po pewnym czasie dał sobie spokój i wtulił się w jej włosy pachnące cytryną i jaśminem. Tak bardzo nie chciał wypuszczać jej z ramion, jednak wiedział, że i tak trzyma ją za długo.
- To co? – szepnął jej do ucha. – Rundka golfa?
- Po ciemku?
- Jeszcze fajniej – zapewnił.

Dochodziła piąta nad ranem. Towarzystwo zaczynało opuszczać pałac. Większość uczestników urodzin była zadowolona z przyjazdu. Najedli się, napili, wytańczyli. W końcu zostali w Costa Brava tak długo! Mermaid jako organizatorka przyjęcia miała obowiązek każdemu podziękować z osoba za przyjazd. W końcu opadała z sił. Gdy dochodziła do stołu, gdzie siedzieli Javier i Felipe pragnęła tylko zostać tam na zawsze.
- Chyba już starczy tego alkoholu – mruknęła Mermaid do Javiera, który podawał Cortezowi kolejną szklankę.
- Czekaj, jeszcze dwie – mruknął Casillas spoglądając na swój zeszyt z jakimiś plusami i minusami. – Jeszcze dwie i będziemy mieli wypróbowane wszystkie możliwe połączenia tych trunków – rzekł pokazując puste butelki na stole.
Carmen złapała się za głowę.
- Pochorujesz się – skomentowała.
Felipe tylko się uśmiechnął i objął ukochaną ramieniem.
- Ti amo – zaczął nucić do ucha Carmen, Felipe, - un soldo Ti amo, in aria Ti amo se viene testa vuol dire che basta: lasciamoci. Ti amo…41
Mermaid spojrzała na Corteza. Pierwszy raz słyszała, żeby śpiewał.
- Jesteś pijany – podsumowała dziewczyna z uśmiechem.
- Ja tylko degustowałem – poprawił chłopak. – Bo Javier przeprowadzał test konsumenta…
- Jesteś pi-ja-ny – utwierdziła się w przekonaniu Mermaid.
- Bambina, ale nie jesteś zła? – zapytał Cortez niewinną miną.
- No nie, oni cię zitalianowali do reszty! – powiedziała Mermaid wstając. – Javier, idź go zaprowadzić do sypialni.
- Signora del mio cuore42… - jęknął Felipe, jednak wobec Casillasa był całkowicie bezbronny.
- Że niby ja? – zapytał Javier i pociągnął przyjaciela za sobą.
Carmen natomiast rozejrzała się po sali. Na parkiecie tańczyło już tylko kilka par. Dziewczyny dla wygody zdjęły buty, a chłopcy całkowicie rozpięli koszule. Co niektórzy mieli jeszcze siłę na podskakiwaniem, jednak Mermaid zawszę tę grupę ludzi uważała za odmieńców. Zer
» data: 13 grudzień 2009
» Powrót
» posted by CamiShoot
» komentuj



Ja już mówiłam o szablonie? Tak, mówiłam xD i nie będę się powtarzać ^.^ Co do rozdziału to ja się zaczęłam wypowiadać głębiej na drugiej części więc może dodam go już tam ^^ to może zróbmy tak:



CIĄG DALSZY NASTĄPI...
Deatis
           » http://lodowata-wisienka.wjo.pl    13 grudzień 2009